22 sierpnia
środa
Cezarego, Tymoteusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Azjaci mile widziani?

Ocena: 0
1077

Media społecznościowe obiegło kilka dni temu zdjęcie grupy Hindusów, którzy rozgrywali partyjkę krykieta w jednym z warszawskich parków, odłożywszy na bok torby służące do dowożenia jedzenia klientom restauracji. Widok do niedawna wręcz niewyobrażalny – a wkrótce, być może, stały element społecznego krajobrazu. Bo imigrantów w stolicy przybywa w tempie wręcz błyskawicznym, o czym każdy może się sam przekonać podczas choćby krótkiego spaceru po centrum. Ściągają ich firmy zmagające się z brakiem chętnych do pracy, zwłaszcza w transporcie i usługach. Coraz częściej już nie tylko z Ukrainy, do czego zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale również z egzotycznych krajów Azji, zwłaszcza Indii i Bangladeszu.

Wszystko odbywa się z jednej strony oficjalnie, a z drugiej jakoś w szarej sferze. Nie toczy się w tej sprawie niemal żadna debata publiczna; rządząca prawica jest zadowolona, że zablokowała przymusową relokację, a lewica cieszy się na choćby namiastkę swojego marzenia o multi-kulti. Z jednej strony są pozwolenia na pobyt i pracę, oficjalnie liczone w tysiącach, ale z drugiej nie ma pewności, czy niektóre firmy nie chodzą na skróty, czy państwo rzeczywiście pilnuje procedur tak, jak powinno. Przymykaniu oka sprzyja bez wątpienia coraz gorsza sytuacja na rynku pracy; dziś niemal nie sposób znaleźć budowlańca do wykonania drobnych robót, a i na wielkich budowach nie jest lepiej. Tylko w tej branży brakuje 100-150 tys. ludzi. Nawet w regionach o tradycyjnie wysokim bezrobociu firmy mają problemy z zapełnieniem wakatów.

Według doniesień prasowych, rząd chce pójść jeszcze dalej. Szykowana nowelizacja ustawy o instytucjach rynku pracy ma znacznie ułatwić zatrudnianie pracowników spoza Unii Europejskiej. Pozwolenia na pracę mają być wydawane na pięć lat, a Filipińczycy i Wietnamczycy być może w ogóle nie będą potrzebowali żadnej zgody. Preferencje mają objąć te grupy etniczne, które – jak wynika z doświadczeń – łatwo się integrują. Tak długie okresy zatrudnienia oznaczają oczywiście również zgodę na łączenie rodzin i na osadnictwo na stałe. Projekt jest na wczesnym etapie konsultacji, a zmiany miałyby wejść najwcześniej na początku przyszłego roku.

Przy tak niskiej dzietności jak nasza (dzięki 500+ dobiliśmy do 1,45 urodzenia na kobietę, ale to i tak dramatycznie mało) i tak szybkim wzroście zasobności społeczeństwa imigracja zarobkowa jest realnie niemożliwa do uniknięcia. Jej powstrzymanie byłoby możliwe tylko w ramach szerszej (kontr)rewolucji kulturowej, połączonej z daleko idącą korektą systemu wartości, aspiracji, stylu życia. Ale na to ani się dziś nie zanosi, ani nie wydaje się to możliwe w krótkiej perspektywie i w takim a nie innym otoczeniu cywilizacyjnym. Również hasła odwołujące się do powrotu imigrantów z Wielkiej Brytanii i Irlandii brzmią mało realnie, bo zachodnich zarobków wciąż nie jesteśmy w stanie zaproponować, nawet gdyby płace skokowo wzrosły. Niektórzy, np. narodowcy, twierdzą, że stojąc przed tego typu wyborami, lepiej zgodzić się na depopulację kraju i wolniejszy rozwój gospodarczy, byle tylko powstrzymać napływ przybyszów. Nawet jeśli mieliby rację, to pozostaje pytanie: jaki demokratyczny rząd przeżyje coś takiego?

Co więc robić? Po pierwsze, doceniać imigrację z Ukrainy, najkorzystniejszą z możliwych, kulturowo nam bliską, relatywnie łatwą się asymilującą. Jeśli chcemy tych ludzi zatrzymać, a powinniśmy chcieć, powinni czuć się u nas możliwe dobrze. Nie są to przecież żadni „banderowcy”, ale ciężko pracujący, zazwyczaj sympatyczni ludzie. Po drugie, jasno określać zasady pobytu imigrantów z innych obszarów kulturowych, od pierwszego dnia jednoznacznie egzekwować prawo. Po trzecie wreszcie, robić jeszcze więcej na rzecz zwiększenia dzietności. Rząd robi znacznie więcej niż poprzednicy, ale głównie w sferze socjalnej. W sferze edukacji, mediów, kultury i popkultury nadal królują wartości, które trudno uznać za przyjazne dzieciom i mich rodzicom. Tu każdy krok wymaga boju, ale trzeba próbować. Bo imigracja spoza Europy, nawet najlepiej zaplanowana i przeprowadzona, zmieni Polskę nie do poznania. Nikt jeszcze z tą regułą nie wygrał.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI