20 czerwca
środa
Diny, Bogny, Florentyny
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Brońmy prawdy

Ocena: 0
1427

Awantura po wypowiedzi premiera Mateusza Morawieckiego w Monachium właściwie nie pozostawia złudzeń: to nie jest żaden dialog, to kafkowski proces, w którym Polska siedzi na ławie oskarżonych i nie ma prawa do obrony. Nasze pojednawcze gesty, nasze łagodzenie tonu, nasza pokora – a taki charakter miały wszystkie wystąpienia szefa rządu od chwili wybuchu kryzysu – nie tylko są ignorowane; one służą do nakręcania spirali agresji przeciwko naszemu państwu i naszym racjom. Tak właśnie stało się z wystąpieniem w Monachium.

Pytanie izraelskiego dziennikarza Ronena Bergmana – piszącego dla „New York Timesa” – było bardzo mocne, w pewnym sensie stanowiło próbę wywołania przesilenia. Przywołał on historię swojej rodziny, która miała zostać wydana gestapo przez polskich sąsiadów. Dostał gromkie brawa. Premier Morawiecki w tej trudnej sytuacji odpowiedział nie tylko grzecznie, ale wręcz pokornie: przyznał, że Polacy dopuszczali się strasznych czynów, ale zaznaczył, że „sprawcami” (perpetrators) bywali również Żydzi, Ukraińcy czy Rosjanie. Sens i kontekst jego wypowiedzi są bezdyskusyjne: chodziło o wskazanie, że na dnie piekła zgotowanego Polsce przez Niemców również przedstawiciele narodów ofiar bywali sprawcami. Zarzuty, że słowa szefa rządu oznaczają jakiś rodzaj negacji Holokaustu lub że są pisaniem historii na nowo, nie wytrzymują krytyki. Mówiąc wprost, są wyjątkowo złośliwą manipulacją. Trzeba naprawdę morza złej woli, by tak to przedstawiać. Zachęcam zresztą do obejrzenia relacji z monachijskiej konferencji (łatwa do odnalezienia w internecie), wówczas absurdalność krytyki staje się oczywista.

Sens tego wszystkiego jest jasny: chodzi o takie zaszczucie i znękanie polskich władz, by przestały się odzywać w sprawie relacji polsko-żydowskich z okresu II wojny światowej. Mamy milczeć. Mamy bez dyskusji zaakceptować przedstawiony nam akt oskarżenia. Mamy zrozumieć, że każde nasze działanie zostanie obrócone przeciwko nam. Mamy zapamiętać, że w tym starciu nie mamy żadnych szans. W tle jest sugestia, że jeśli postąpimy według tego wskazania, to w końcu będzie spokojnie, że przestaniemy być łajani. Ale oczywiście będzie odwrotnie: po zaakceptowaniu fałszywego oskarżenia o „systemowy” charakter polskich przewin wobec Żydów czekają nas kolejne roszczenia, zarówno na płaszczyźnie historycznej, moralnej, jak i materialnej. Dlatego intuicja naszych władz, że tu nie można ustąpić, jest słuszna.

W kraju reakcje również do bólu przewidywalne. Znów płyną złote rady, których autorzy zalecają, by przede wszystkim siedzieć cicho, przepraszać i starać się być bardzo miłym. To już coś więcej niż niemądre analizy; to instynkt, który tak wielu nakazuje biec na pomoc tym wszystkim, którzy czepiają się Polski. Do tego charakterystyczna autoagresja, skierowana przeciwko rządowi i obozowi rządzącemu: że przecież sami prowokujemy, że popełniamy błędy, że nie wykorzystujemy wspaniałych szans promocyjnych, rzekomo leżących na ulicy. Tak, to prawda, że z perspektywy czasu premier powinien użyć słowa „kolaboranci” zamiast „sprawcy”, ale czy to oznacza, że bezprecedensowa, zakłamana nagonka na Polskę jest usprawiedliwiona? Tak, to prawda, z dzisiejszą wiedzą obóz rządzący nie przegłosowałby nowelizacji ustawy o IPN, ale czy ma to oznaczać zgodę na przypisywanie nam współsprawstwa Holokaustu? To jest pozorny realizm; to przede wszystkim oznaka słabości psychicznej, mentalnej uległości. Podmiotowe państwo zawsze kiedyś wejdzie komuś w drogę. Jeśli jest to Polska, to samym swoim istnieniem prowokuje do agresji.

Jeden element jest ciekawy: widoczna wściekłość, z jaką spotyka się polski opór przed pisaniem historii na nowo. Gdybyśmy naprawdę nic nie znaczyli, gdyby ten bój był rozgrywką o dawno przewidzianym wyniku, nasi oskarżyciele podchodziliby do sprawy spokojniej, z wielką pewnością siebie. A tu furia za każdym zakrętem coraz większa, armaty coraz większego kalibru, tak jakby czegoś się obawiano.

Dlaczego tak się dzieje? Może dlatego, że po prostu bronimy prawdy? Nie „naszej”, ale obiektywnej? To zawsze irytuje, nawet jeśli broniący jest dużo słabszy. Bo prawda ma w sobie tajemniczą siłę, która potrafi w zaskakujący sposób odwrócić losy batalii. Oczywiście pod warunkiem, że nie złamie jej strach.

Idziemy nr 8 (646), 25 lutego 2018 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły