14 grudnia
sobota
Alfreda, Izydora, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Derby nie będzie

Ocena: 0
577

To jedno przynajmniej jest jasne: Donald Tusk nie wystartuje w majowych wyborach. Salon zaszlochał z żalu, bo choć rozum podpowiadał, że były premier nie musi wcale wygrać z Andrzejem Dudą, to serce tęskniło za piękną przeszłością. Wydawało się, że wystarczy, by powiedział „tak”, a koszmar roku 2015 zniknie i wszystko będzie, jak było. „Król Europy” wybrał jednak inaczej. I jak zwykle ubrał swoją decyzję w szaty poświęcenia dla wyższej sprawy: „Uważam, że możemy te wybory wygrać, ale do tego potrzebna jest kandydatura, która nie jest obciążana bagażem trudnych, niepopularnych decyzji, a ja takim bagażem jestem obciążony od czasów, kiedy byłem premierem”. Tym samym przyznał, że wielu Polaków go nie lubi. Jeśli kierował się tylko tym elementem, to dlaczego tak długo zwlekał? Przecież nie trzeba badań, by wiedzieć, że ten polityk budzi naprawdę wielkie emocje. Ale któż z nas chętnie akceptuje niemiłą prawdę na swój temat?

Bardzo ciekawa była także dyskusja, która rozgorzała po ogłoszeniu decyzji przez Tuska. Po pierwsze, okazało się, że wiele osób po prostu mu nie wierzy, podejrzewając jakąś kolejną sztuczkę. W końcu w 2014 r. też jasno deklarował, że „nigdzie się nie wybiera”, a później ruszył do Brukseli. Po drugie, nawet media sympatyzujące z Tuskiem podkreślają, że sprawy bytowe miały spore znaczenie. „Jego żona zawsze marzyła o podróżach, i teraz to się ziściło. A gdyby Donald został prezydentem, podróże by się skończyły” – powiedziała „Gazecie Wyborczej” osoba związana z Tuskami. Te dwa wątki – niewiara w jego słowa oraz poziom materialny – podsumowują polityczną drogę Donalda Tuska tak precyzyjnie, jak to tylko możliwe. Historia nie kupuje PR-u, za pomocą którego można odnosić nawet wielkie sukcesy, ale który nigdy nie otwiera drogi do prawdziwej wielkości.

Osobiście żałuję, że Tusk nie wystartuje. Z jednej strony jego udział podniósłby temperaturę wyborów do poziomu wcześniej nieznanego, ale z drugiej być może wreszcie doczekalibyśmy się czytelnego rozstrzygnięcia w starciu kandydatów naprawdę reprezentatywnych dla każdej ze stron. Gdyby wygrał Andrzej Duda – a pewnie by wygrał – doszłoby do jednego z owych dobrych przełamań, które skutecznie oczyszczają polityczną atmosferę. Teraz opozycja wystawi kandydatów, którzy będą próbowali zamazać bądź zmiękczyć jej prawdziwą tożsamość. W przypadku Tuska nie było to już możliwe.

To nie koniec ciekawych wiadomości. Coraz głośniej słuchać o koncepcji określanej roboczo jako „obywatelski kandydat opozycji na prezydenta”. Koncepcja jest prosta: jeśli wybory rozegrają się między Andrzejem Dudą a kandydatami opozycyjnymi, czyli Małgorzatą Kidawą-Błońską i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, to z boju zwycięsko wyjdzie raczej obecny prezydent. Trzeba więc powtórzyć scenariusz sprzed pięciu lat, ale w drugą stronę. Trzeba mieć własnego „Pawła Kukiza” – kogoś, kto rozerwie szeregi przeciwnika i choć zbierze sporo wyborców, to na pewno nie wygra. Nie o zwycięstwo bowiem chodzi, a o zadanie takich strat, by rywal stał się niewybieralny. Taki „obywatelski” kandydat mógłby atakować naprawdę ostro. Mógłby mówić rzeczy, których poważny polityk nie powie. Kto mógłby odegrać tę rolę? Wskazuje się kilka nazwisk, m.in. Adama Bodnara, Andrzeja Rzeplińskiego i Szymona Hołownię (!). O tym ostatnim mówi się najwięcej, i chyba nieprzypadkowo: w ten sposób można by sięgnąć po wyborców młodych i uszczknąć nieco elektoratu katolickiego.

Jeśli tak jest naprawdę, to na sprawę należy patrzeć spokojnie, bo nie wygląda szczególnie poważnie. Jednak sama idea, by scenariusz wyborczy rozpisać na poszczególne role, jest groźna. W pewien sposób przypomina to ideę „demokracji sterowanej”, praktykowaną w Rosji. Tam również tak układa się listy wyborcze, by pozorować realne spory, a tak naprawdę doprowadzić do z góry przewidzianego finału. Ciekawe, że właśnie opozycja sięga po takie narzędzia. Inna sprawa, czy obóz rządzący też nie powinien pomyśleć nad udzieleniem pomocy kandydatom antyopozycyjnym. W czasie kampanii warszawskiej Patryk Jaki musiał sam walczyć ze sporą gromadką polityków, którzy solidarnie i zgodnie go atakowali. To wrażenie osamotnienia z pewnością nie pomogło kandydatowi Zjednoczonej Prawicy. Jeśli powtórzy się w wyborach krajowych, nie pomoże też Andrzejowi Dudzie.

 

Idziemy nr 46 (735), 17 listopada 2019 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 14 grudnia

Eliasz już przyszedł, a nie poznali go i postąpili z nim tak, jak chcieli.
Dziś w Kościele:
+ sobota, II tydzień Adwentu, wspomnienie św. Jana od Krzyża, prezbitera i doktora Kościoła
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Syr 48,1-4.9-11; Ps 80,2ac.3b.15-16.18-19; Mt 17,10-13
+ Komentarze Bractwa Słowa Bożego do czytań

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



Najczęściej czytane artykuły



Nasze patronaty

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -