22 września
sobota
Tomasza, Maurycego, Joachima
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Kawałek po kawałku

Ocena: 0
1017

Dziesięć lat po wojnie z Rosją Gruzini wątpią w szybki powrót do macierzy nadmorskiej Abchazji i położonego w centrum kraju regionu Cchinwali (nie używają określenia „Osetia Południowa”, twierdząc, że jest fałszywe i ma służyć uzasadnieniu rosyjskiej interwencji). Wiemy dlaczego, bo dobrze znamy tę zasadę: na czym Rosja raz położy rękę, tego dobrowolnie nie odda, uważając, że to się jej należy już na zawsze. Jedynie gdy Moskwa popada w naprawdę wielkie kłopoty, można coś odzyskać, ale zdarza się to nie częściej niż raz na trzysta lat. Pesymizm dobrze pokazuje defensywne hasło, które towarzyszyło rocznicowemu spotkaniu ministrów spraw zagranicznych Polski, Łotwy, Litwy i wicepremiera Ukrainy w Tbilisi: „O trwały pokój i bezpieczeństwo”.

Przypadek Gruzji pokazuje, że nie trzeba okupować całego kraju, by osiągnąć swoje cele. Pełna okupacja oznacza duże kłopoty, zmagania z partyzantką, problem o dużej skali międzynarodowej. A jeżeli weźmie się kawałek, najlepiej z jakąś mniejszością, to awantura szybko ucicha, Zachód po miesiącu udaje, że sprawy nie widzi, a napadnięty kraj zostaje okaleczony na trwałe. Ciągle myśli o stracie, ma utrudnioną drogę do instytucji międzynarodowych, sprawia wrażenie kraju niepewnego. W takich warunkach trudno o rozwój, o inwestycje. Nie przypadkiem Rosja zastosowała ten scenariusz również na Ukrainie, zajmując Krym oraz sporą część Donbasu. W nieoficjalnych analizach polskiego MON również pojawiał się ten scenariusz w odniesieniu do naszego kraju. To dlatego przesunięto niektóre jednostki na wschód i dlatego powołano WOT. Schowanie się za Wisłę w oczekiwaniu na odsiecz, jak to planowano przed rokiem 2015, byłoby pułapką, bo agresor nie musiałby ruszyć na Warszawę. Mógłby zająć jedno lub dwa województwa i „zadeklarować gotowość do rozmów”, na które naciskałby Zachód, a które oczywiście niczego by nie przyniosły.

Rosyjska okupacja obejmuje ok. 20 proc. terytorium Gruzji. Są to tereny coraz bardziej wyludnione. W regionie Cchinwali mieszka ledwie 20 tys. osób. Kilkutysięczne miasteczka zostały zredukowane do niewielkich wiosek. Powstają za to nowe bazy rosyjskiej armii. Moskwa (formalnie: separatystyczne republiki) buduje bariery graniczne. Wyburzane są także domy Gruzinów, którzy wyjechali. Zdarzają się przypadki zabójstw ludzi niewygodnych.

Okaleczona Gruzja próbuje uciekać do przodu. Marzy o członkostwie w NATO i Unii Europejskiej. Łatwo nie jest, bo to kraj wciąż bardzo biedny (choć w porównaniu z Polską drogi), do tego politycznie zdominowany przez Bidzinę Iwaniszwiliego, oligarchę, który ogromne pieniądze zarobił w Rosji. O skali problemów świadczy emigracja: w chwili upadku ZSRR Gruzja liczyła 5,5 mln obywateli, dziś 3 mln 700 tys. Inna sprawa, że gdyby nie pieniądze płynące z diaspory, gospodarka mogłaby się załamać.

Wspomniana wizyta delegacji polsko-litewsko-łotewsko-ukraińskiej była jedynym akcentem międzynarodowej pamięci o rosyjskiej agresji. Nawiązywała do wyprawy zorganizowanej w 2008 r. przez Lecha Kaczyńskiego, do której doszło w chwili, gdy rosyjskie czołgi sunęły na stolicę. Nie pojawił się żaden przedstawiciel Francji, choć dekadę temu prezydent Francji Nicolas Sarkozy też przyjechał do Gruzji jako przedstawiciel Unii i nie ukrywał, że niechętnie widzi polską „konkurencję”. Nadzieje słabych państw na opiekę zachodnich mocarstw zawsze kończą się równie smutno. Podobnie Niemcy nie robią nic, by wymusić na Rosji wprowadzenie w życie ustaleń z Mińska, które miały zakończyć wojnę na Ukrainie, a które firmował Berlin i inne mocarstwa.

Z prób budowania solidarności między państwami Europy Środkowo-Wschodniej łatwo się śmiać, bo nikt tu nie jest mocarstwem i każdy ma swoje, niemałe, problemy. Ale innej drogi nie ma. Widać to było w Tbilisi 7 sierpnia 2018 r. Gdyby nie wizyta delegacji z Warszawy, Rygi, Wilna i Kijowa, Gruzinom byłoby jeszcze smutniej; obchodziliby rocznicę samotnie. Co ważne: bez Polski nikt inny nie wyszedłby z taką inicjatywą, z obawy, że dosięgnie go brutalna zemsta. Podmiotowość Polski jest więc niezbędnym warunkiem jakiejkolwiek podmiotowości całego regionu. To jest nasza historyczna misja.

Idziemy nr 33 (671), 19 sierpnia 2018 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI