24 lutego
sobota
Macieja, Bogusza, Sergiusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Niebo nad studnią

Ocena: 0
713

Wciąż nieznani – choć są pewne tropy – scenarzyści „Ucha prezesa” po ostatniej burzy związanej z niezwykle realistycznym zaprezentowaniem milionowej publiczności rzekomego romansu posła PO i posłanki Nowoczesnej powinni zdobyć się na porządną refleksję. Kabaret, polityka, dziennikarstwo – czyli sfery, które jakoś zamykają się w tym serialu – są brutalnymi dziedzinami życia, i każdy uczestnik tej gry musi mieć skórę dość twardą. Ale taki numer, jak ten z rzekomym romansem, trąci już bardzo niebezpieczną pychą i wewnętrzną zgodą na intencjonalne krzywdzenie ludzi. Czy sportretowani politycy mają jakąkolwiek szansę bronić się przed tym pomówieniem? Zawsze coś zostanie, coś dotrze do dzieci, zawsze znajdą się tacy, którzy za plecami dwuznacznie się uśmiechną. Tym bardziej, że serial dorobił się już opinii – w dużej mierze nieuzasadnionej – miarodajnego portretu kulis życia politycznego. I nawet gdyby – czysto hipotetycznie, nie mam na ten temat żadnej wiedzy – scenarzyści chcieli coś zasygnalizować, to też oznacza to wchodzenie z butami w cudze życie; życie zawsze naznaczone upadkami i odrodzeniami, grzechem i oczyszczeniem. Niektórzy próbują równoważyć omawianą scenę wcześniejszymi wybrykami, np. przedstawieniem ministra rządu PiS jedzącego z miski dla kota, ale to jednak nie są porównywalne sprawy, choć i ta druga sytuacja nie może budzić entuzjazmu.

Polska zdołała niemal pokonać wirusa „urbanoizmu”, którym zaraziło się tak wielu ludzi w latach 90., ale nowe czasy przynoszą nowe choroby. Wielu komentatorów przedstawia ostry spór polityczny jako największe zagrożenie naszej doby; rzekomo grozi nam wręcz wojna domowa. Ale to pomyłka: ostry spór polityczny niesie ze sobą emocje, zaangażowanie, często przesadę. Żaden prawdziwie gorący konflikt nam jednak nie grozi, bo czasy są letnie, znudzone, rozproszone. Dziś zagraża nam raczej cynizm podszyty nihilizmem. Kończy się zabójczym dla państwa i społeczeństwa oglądaniem wszystkiego z perspektywy kamerdynera, pogardą dla jakiejkolwiek idei, czystym materializmem i pogonią za formą. Finalnie: także rodzajem piekła na ziemi.

No dobrze, powie ktoś, ale przecież niedawno w Warszawie, na placu Defilad, w proteście przeciwko rządom PiS podpalił się człowiek. Owszem, leczył się na depresję, co może sprzyjać dramatycznym gestom. Na tę sprawę należy patrzeć jednak w perspektywie gwałtownej zmiany, której rzeczywiście doświadcza Polska. Moim zdaniem jest to zmiana zasadniczo pozytywna, ale są też tacy, którzy postrzegają to wręcz skrajnie inaczej. Zmiana punktów odniesienia, upadek starego świata rodzą przeciążenia, które u wielu wywołują reakcje zupełnie nieadekwatne. Bo nawet jeśli ktoś uważa, że w Polsce zagrożona jest demokracja, nawet jeśli realizowany kierunek polityczny wywołuje u niego głęboki sprzeciw, to nie można uznać, że wyczerpane zostały wszystkie inne sposoby protestu, że nie ma możliwości głoszenia swoich racji, że zmiana władzy jest niewyobrażalna czy choćby nieprawdopodobna. A tylko taka sytuacja czyniłaby akt samospalenia jakoś uzasadnionym. Dwa lata rządów „wrogiej opcji” nie oznacza w żadnym razie „powrotu do PRL”. Dramatyczne gesty, i także coraz ostrzejsze słowa wypowiadane przez wielu przedstawicieli establishmentu, są pośrednim dowodem na nienaturalny i niedemokratyczny kształt naszej rzeczywistości przed rokiem 2015. Wielu Polaków po prostu nie było w stanie wyobrazić sobie, że można iść innym kursem. Jeden z modeli gospodarczo-społecznych i ideowych brali za jedyny możliwy, za coś ostatecznego. Myśleli, że widzą świat, a widzieli kawałek nieba nad studnią.

No właśnie, minęły dwa lata. Sypią się oceny i rady. Moje zasadnicze „zalecenie” dla dobrej zmiany jest krótkie: nie zatrzymywać się, nie ugrzęznąć, pamiętać o celu. Doskonałe sondaże pokazują, że jest społeczne przyzwolenie na przebudowę państwa – i także, pamiętajmy, sfery społecznej! – czego nie można zmarnować. Niestety, w zbyt wielu miejscach zaczęło się już celebrowanie władzy i zwykłe urzędniczenie. Dlatego jakiś rodzaj szarpnięcia cuglami jest konieczny. Nie za mały, nie za duży, ale taki w sam raz.

Idziemy nr 45 (631), 5 listopada 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły