25 marca
poniedziałek
Marioli, Wieczyslawa, Ireneusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Postęp wymaga ofiar

Ocena: 4.6
1112

Nie ma dnia, by któryś z polityków opozycji nie wezwał do przyjęcia przez Polskę eurowaluty. „Euro to bezpieczeństwo, bogactwo, lepsza wymiana handlowa, szybszy rozwój biznesu” – przekonywał tuż przed świętami Ryszard Petru. Wcześniej Grzegorz Schetyna wymienił rezygnację ze złotówki jako najważniejszy – oczywiście zaraz po „depisizacji” kraju – cel swojej partii. Były szef MSZ Radosław Sikorski przypominał, że „większość naszych unijnych sąsiadów już euro ma i, dalibóg, chcielibyśmy mieć takie kłopoty gospodarcze, jak Niemcy. Zarówno Słowacja, jak i Litwa też świetnie sobie radzą” – przy okazji naciągając argumenty, bo Niemcy są bogate i mają inne problemy, niż ich biedniejsi partnerzy.

To, że opozycja myśli o wprowadzeniu Polski do strefy euro, dziwić nie powinno. To są ugrupowania, które od wielu lat, może nawet od samego początku, swój sens istnienia widzą we wdrażaniu planów ukutych gdzieś w Brukseli. Sensowność poszczególnych rozwiązań, ich pozytywny bądź negatywny wpływ na sytuację Polski – nie mają przy tym większego znaczenia. Najważniejsze, by płynąć z głównym nurtem. Nie jest to zresztą tylko polska specyfika; podobne mechanizmy występują w większości państw Starego Kontynentu. Zazwyczaj sytuacja jest nawet gorsza, bo u nas dwie główne siły polityczne realnie się różnią, podczas gdy smutnym europejskim standardem jest „rywalizacja” partii nominalnie chadeckich i socjaldemokratycznych, ale jednocześnie tak bardzo do siebie podobnych, że gdyby ktoś dokonał zamiany kadr i programów, pozostawiając jedynie szyldy, wielu obserwatorów w ogóle by się nie zorientowało.

Kierunek więc nie dziwi. Ale już intensywność działań opozycji na rzecz przyjęcia euro jest czymś zastanawiającym. Nie jest to bowiem ani sprawa szczególnie pilna, ani też jakoś szczególnie popularna. Opozycja na innych polach chowa tematy niewygodne, mało nośne, eksponując raczej to, co przysparza głosów. Tymczasem sztandar euro, niezależnie od meandrów programowych, wciąż powiewa bardzo wysoko, wręcz coraz wyżej. Tak jak gdyby, z punktu widzenia opozycji, była to sprawa wręcz gardłowa. A przecież nie jest. Ba, rząd Donalda Tuska mógł się chwalić mapą z Polską jako „zieloną wyspą” wzrostu gospodarczego właśnie dzięki zachowaniu złotówki. To własna waluta pozwala nam dość szybko gonić najbardziej rozwinięte gospodarki.

Owszem, Słowacja czy Litwa również rosną, ale jednak – patrząc na kolejne dekady – znacznie wolniej. Do tego są to państwa niewielkie, które przyjmując unijną walutę, kierowały się przede wszystkim motywami politycznymi; w przypadku Litwy jest to chęć jak najmocniejszego związania się z Zachodem z obawy przed Rosją, a w przypadku Słowacji marzenie o „byciu w europejskim jądrze”. Polska, wchodząc do strefy euro, wyrządziłaby sobie wielką krzywdę. Jak mówił ostatnio prezes NBP Adam Glapiński: „Brak niezależnej polityki pieniężnej odebrałby nam wielki atut, który dziś mamy, czyli zdolność do amortyzacji wahań koniunktury międzynarodowej. Dziś możemy reagować zmianą kursu złotego, waluty dostatecznie silnej i stabilnej. Po wejściu do euro moglibyśmy reagować jedynie wzrostem bezrobocia, spadkiem aktywności gospodarczej, czyli silnymi wahaniami, a w końcu kryzysami”.

Zdaniem Glapińskiego, coraz śmielsze eksponowanie postulatu euro przez opozycję nie jest przypadkowe. Wciągnięcie Polski do wspólnej waluty jawi się bowiem Brukseli, Berlinowi i Paryżowi jako lekarstwo na europejską zadyszkę, jako wielki sukces propagandowy, efektowna ucieczka do przodu. A i naszym „Europejczykom” dałoby liczne korzyści. „Siły polityczne, które chcą powrócić do władzy, myślą o zapewnieniu swojej dominacji już »na zawsze«, może na dekady. Wejście do strefy euro radykalnie ograniczy polską suwerenność ekonomiczną, co razem z innymi elementami zakotwiczy Polskę na stałe w tzw. głównym nurcie europejskim. Nie będzie już pola manewru.” Dodajmy: nie tylko w gospodarce.

Patrząc na to, jak brutalnie traktowany jest obecny polski rząd, jak w czasie tej „świętej wojny” Unia łamie własne zasady, trudno mieć wątpliwości, że zachodni decydenci zrobią wszystko, co w ich mocy, by Warszawa już nigdy nie sprawiała poważniejszych kłopotów. A że zapłacą za to – skazaniem na wieczną peryferyjność gospodarczą – Polacy? Trudno, postęp wymaga ofiar.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -