21 sierpnia
wtorek
Joanny, Kazimiery, Piusa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Spać spokojnie?

Ocena: 4.6
1216

Nieudany Marsz Wolności partii opozycyjnych to ważny moment. Była to próba spuentowania trudnego okresu partii rządzącej, zwłaszcza awantury wokół nagród i protestu osób niepełnosprawnych. Chodziło o wytworzenie nowej dynamiki, która rozpoczęłaby swoiste odliczanie do dnia wyborów, a tym samym do dnia, w którym nastąpi zmiana władzy.

Ten zamiar legł w gruzach z dość banalnej przyczyny: po prostu na warszawskim Placu Zamkowym pojawiło się kilkanaście tysięcy ludzi, a nie co najmniej 50 tys., na które liczyli, w wersji minimum, organizatorzy. Wiele to mówi o sile przyciągania liderów opozycji, o ich charyzmie. Nie pomogła intensywna kampania promocyjna w internecie ani innych mediach, nie pomogli wybitni aktorzy przemawiający ze sceny ani znane zespoły muzyczne uświetniające wydarzenia swoimi złotymi przebojami. Pusty plac był komunikatem i jednoznacznym, i bardzo bolesnym. Zobaczyliśmy społeczne osamotnienie liderów opozycji. Tak to bywa, gdy marzenia i ambicje przesłaniają rzeczywistość. A przecież jedna z najważniejszych zasad polityki mówi jasno: lepiej wynająć małą salę i mieć tłok, niż wielką salę i mieć pustki pod ścianami. Lepiej zrobić marsz w wąskiej ulicy otoczonej wysokimi budynkami, niż wiec na ogromnym placu.

Opozycja ma święte prawo do żerowania na wpadkach rządzących, do mobilizowania ludzi także do ulicznych demonstracji. Ale w tym wypadku cieszę się z niskiej frekwencji. Marsz odbywał się bowiem pod hasłem obrony rzekomo zagrożonej wolności. To wyjątkowo zakłamana teza. W Polsce zagrożone są jedynie liczne monopole, jawne i niejawne: medialne, światopoglądowe, biznesowe, również polityczne. Nie da się jednak wiarygodnie bronić twierdzenia o zagrożeniu wolności, a już na pewno nie na tle Europy Zachodniej. Rozumiem, że wielu ludzi mogło mieć tego typu obawy, utrwalone latami propagandy liberalnej, tuż po wyborach, ale dziś nie powinni już oni mieć wątpliwości, że się mylili. I sądząc po tym, jak nielicznie stawili się w centrum stolicy, chyba, na szczęście, nie mają. Oby porażka Marszu Wolności oznaczała również koniec tej zakłamanej retoryki, przynajmniej w wydaniu polityków. Blokuje ona bowiem jakąkolwiek sensowną rozmowę o Polsce i jej rzeczywistych problemach, a także szkodzi Polsce na forum międzynarodowym.

Porażka marszu Platformy i Nowoczesnej skłania także do refleksji nad siłą kreacji medialnej. Od paru tygodni można było przecież odnieść wrażenie, że oto naród wymawia kontrakt wyborczy zawarty w 2015 roku. Ton większości mediów zdawał się sugerować trwałe wręcz przełamanie. Tymczasem widać, że fundamenty dobrej zmiany wciąż są zasadniczo nienaruszone. To, co najbardziej uderzało podczas marszu opozycji, to nawet nie kiepska frekwencja, ale całkowita dominacja tych grup społecznych, które zawsze popierały owe formacje – przede wszystkim mieszkańców wielkich miast, i to w średnim lub starszym wieku. Nie widać było, by doszły jakiekolwiek nowe grupy. A dopóki one się nie ruszą, wiele się nie zmieni.

To wszystko nie znaczy, że rządzący mogą spać spokojnie. I choć może jeszcze nie śpią, to zapadają w coraz dłuższe drzemki. Sukces pierwszych dwóch lat PiS polegał na stałym przypominaniu wyborcom, po co ten rząd doszedł do władzy i co robi. Dziś niby słyszymy to samo, ale wypowiadane jakby szeptem, nieśmiało, a czasem wręcz ze wstydem. W rezultacie najbardziej prospołeczny rząd III RP znalazł się w defensywie właśnie na polu socjalnym. Turboliberalna opozycja, której wielu przedstawicieli nie okazywało litości ludziom biednym i niewykształconym, dość skutecznie przebiera się w szatki obrońców najsłabszych. W jakiejś mierze to zapewne rzeczywiście efekt „propagandy sukcesu”, która sprawia, że trudno mówić otwarcie, iż budżet nie jest bez dna, że choć rząd ma więcej pieniędzy, niż poprzednicy, to jednak nie na wszystko wystarczy. Gorsze jest jednak oddanie pola drugiej stronie, nieumiejętność narzucenia własnych tematów, samozadowolenie i brak dyscypliny. Czasem prowadzące do wypowiedzi na granicy pogardy wobec osób protestujących w sejmie. Niezależnie od stylu i sensowności tego protestu – to droga ku klęsce.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest redaktorem naczelnym tygodnika „W Sieci”



Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI