25 września
wtorek
Aurelii, Wladyslawa, Kleofasa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Abp Martyniak: Ocenią mnie historia i Pan Bóg

Ocena: 0
2220

Arcybiskup-senior metropolii przemysko-warszawskiej obrządku bizantyjsko-ukraińskiego opowiada w wywiadzie dla KAI o ciężkich losach Kościoła greckokatolickiego w okresie komunizmu i trudnym odbudowywaniu struktur.

2015-12-21 15:03
rozmawiał Paweł Bugira (KAI) / Przemyśl, mz
fot. PAP/Darek Delmanowicz

W sobotę w Przemyślu odbył się ingres nowego metropolity abp. Eugeniusza Popowicza. Zastąpił on abp. Jana Martyniaka, który po blisko 25 latach kierowania diecezją przechodzi na emeryturę.


Paweł Bugira (KAI): Przed dwoma laty obchodzono jubileusz 1025-lecia chrztu Rusi Kijowskiej. W przyszłym roku będziemy świętować 1050 lat od chrztu Polski. Te jubileusze pokazują, że w wyznawaniu wiary Polska i Ukraina są niemal równolatkami. Co jeszcze nas łączy?

Arcybiskup senior Jan Martyniak: Przede wszystkim sąsiedztwo, słowiańskie pochodzenie, w pierwszych latach państwowości polskiej i księstwa kijowskiego byliśmy powiązani dynastycznie. Ruś Kijowska, podobnie jak Polska, przyjęła chrześcijaństwo zjednoczone, kiedy Kościół był jeszcze niepodzielony. Tyle, że na Rusi była tradycja bizantyjska z Konstantynopola, a w Polsce łacińska z Rzymu. Jeszcze przez wiele lat po podziale z 1054 r. chrześcijaństwo tutaj było zjednoczone.


A jeśli chodzi o nasze Kościoły?

Chociaż różnią się tradycją, prawem kanonicznym i formą duchowości, to uznajemy prymat Ojca Świętego, a najważniejsze kwestie wiary są te same.


Po wojnie, przez blisko pół wieku Kościół greckokatolicki był zdelegalizowany przez władze Polski Ludowej. Nie można było oficjalnie funkcjonować, nie było parafii, ani struktur diecezjalnych. Ksiądz arcybiskup również pracował jako kapłan obrządku łacińskiego. Kościół jednak przetrwał, wiara się ostała.

To są tragedie wojny i komunizmu. Komunizm w Rosji zlikwidował Kościół greckokatolicki, a prawa Kościoła prawosławnego mocno ograniczył. To samo robiono w krajach satelickich, w tym w Polsce. Tutaj nie było dekretu likwidującego, były za to wysiedlenia w ramach akcji „Wisła”. Forma „grekokatolik” była zakazana.

To straszna dyskryminacja, bo jak można zabraniać człowiekowi wyznawania wiary takiej, jakiej on chce.

Od 1956 r. byliśmy tolerowani. Wcześniej zostaliśmy pozbawieni swoich świątyń, więc odprawialiśmy liturgie w kościołach, w których zgadzali się na to proboszczowie. To było wielkie upokorzenie. Od 1957 r. zaczęły się tworzyć placówki, ale nie były to jeszcze parafie. Nie było pieczątek, ani metryk. To wyglądało jak zły sen. Ale wierni trwali przywiązani do swojej tradycji, języka i obrządku. Dopiero w wyniku ruchów solidarnościowych zostaliśmy dekretem państwa przywróceni jako diecezja przemyska. Mój poprzednik – wikariusz generalny ks. Bazyli Hrynyk starał się jak mógł, utrzymywał kontakty z kardynałem Wyszyńskim. Później przez pięć lat wikariuszem generalnym był ks. Stefan Dziubyna.

W 1981 r., w dzień wybuchu stanu wojennego, kardynał Glemp powołał dwóch wikariuszy generalnych. Dla Polski północnej ks. Jozafata Romanka z zakonu bazylianów i mnie na południe. W 1989 r. zostałem biskupem, a w 1991 r. papież odnowił diecezję przemyską, która obejmowała całą Polskę. Ja zostałem jej ordynariuszem. W 1996 r. uregulowaliśmy stan prawny i Kościół greckokatolicki ma te same prawa, co Kościół rzymskokatolicki.


To, że Kościół przez tyle lat był w tak trudnych warunkach, spowodowało odpływ wiernych, czy wręcz przeciwnie – wzmocnienie ich wiary?

Odpływ, bardzo duży odpływ. Przez dziesięć lat nie mogliśmy odprawiać nabożeństw w ogóle, więc część osób przeszła do Kościoła prawosławnego, a część do łacińskiego.


Rok 1991 był czasem radości z powołania na nowo diecezji przemyskiej. Mieszała się ona jednak ze smutkiem, bowiem piętrzyły się różne trudności. Wystarczy wspomnieć spór o przemyski Karmel, który załagodził dopiero św. Jan Paweł II podczas wizyty w Przemyślu.

Ten kościół, który dał nam Ojciec Święty, przyjmujemy jako piękny dar, ale on na pewno bardziej odpowiadałby karmelitom, niż nam. Jest duży i jest do niego łatwiejsze dojście. Oczywiście kościół karmelitów był własnością zakonu, ale jest przecież jeden Kościół katolicki – szkoda, że nie można było się porozumieć.


Istotny wpływ na trudne relacje pomiędzy rzymsko- a grekokatolikami miały zaszłości historyczne. Od kilkunastu lat sytuacja staje się jednak coraz lepsza.

Ludzie stają się dojrzalsi duchowo i mądrzejsi politycznie. Nie można niczego budować na złości, nienawiści i ciągłym wracaniu do historii. Trzeba ją osądzić, wnikliwie wszystko zbadać, ale nie można nią żyć. Przecież wszyscy ludzie są dziećmi jednego Boga.


Można chyba powiedzieć, że Waszymi patronami byli Jan Paweł II i kard. Józef Glemp, którzy do Kościoła greckokatolickiego odnosili się z życzliwością.

Ojciec Święty odnosił się do nas bardzo życzliwie, nie tylko w Polsce. Cerkiew rozwija się dzięki niemu. Kardynał Glemp również nas wspierał. Jedyną barierą był komunizm.


Jak podsumowałby Ksiądz Arcybiskup 25 lat odrodzenia struktur Kościoła greckokatolickiego w Polsce?

Okres odradzania się Kościoła należy liczyć już od 1981 r., kiedy zostałem wikariuszem generalnym, bo ksiądz Prymas dał wikariuszowi właściwie pełną władzę. Odbudować struktury było bardzo ciężko. Wszystkie nasze dobra, które są potrzebne do istnienia, były nam zabrane. Staraliśmy się o ich odzyskanie. Jeszcze do dziś trwają niektóre sprawy. Ułożyliśmy jednak stosunki z państwem i Kościołem prawosławnym, żeby nie było nienawiści. Część naszych cerkwi oddaliśmy w porozumieniu z państwem i Stolicą Apostolską. W 1996 r. powstała druga diecezja. To ułatwia pracę, wierni są lepiej obsłużeni. Nasi klerycy kształcą się w seminarium lubelskim, gdzie korzystamy z gościny bardzo nam życzliwych biskupów.

Struktury są, parafie są, mamy wszystkie prawa, możemy katechizować, możemy mieć kapelanów. Potrzeba tylko wiernych i to zostawiam następcy. Na niego czekają nowe troski. Liczba naszych wiernych to kilkadziesiąt tysięcy. Jest ich więcej, niż się oficjalnie podaje, ale niektórzy mają jakiś kompleks i nie przyznają się do Cerkwi. To trochę trudno zrozumieć, kiedy patrzę na Koptów w Egipcie – oni oddają życie w męczeństwie, a niektórzy nasi wierni podchodzą do religii obojętnie. To dlatego, że brakuje miłości do Kościoła.

Przybywa emigracji. Część pochodzi ze wschodniej Ukrainy – oni mówią po rosyjsku, czują się Ukraińcami, a religia jest dla nich rzeczą obojętną. Część jest tu nielegalnie, żyje w trudnych warunkach. Tym ludziom trzeba pomóc. Powołałem do istnienia nową parafię w Warszawie, a potrzeba kolejnych. Bardzo życzliwi dla nas są biskupi: kardynał Nycz i arcybiskup Hoser, którzy rozumieją nasze potrzeby i deklarują pomoc.


Jak wygląda kwestia powołań kapłańskich i zakonnych? Gdzie formują się przyszli księża oraz zakonnicy i zakonnice?

Mamy trzy zakony żeńskie i jeden męski, ale od kilku lat nie mają one powołań. Mamy natomiast kandydatów do kapłaństwa dla diecezji. Obecnie kształci się ich dwunastu. Kryzysu nie mamy, ale przydałoby się więcej powołań, aby usprawnić duszpasterstwo. Sama Warszawa będzie w przyszłości potrzebować dziesięciu kapłanów.


Spodziewał się Ksiądz Arcybiskup, że przyjdzie mu odegrać tak ważną rolę w dziejach swojego Kościoła oraz narodu?

To ocenią historycy, a przede wszystkim Pan Bóg.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI