14 grudnia
czwartek
Alfreda, Izydora, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Jak zmienia się świat

Ocena: 4.9
689

– Największym prezentem, jaki dostałem od Pana Boga, jest moje powołanie – mówi abp Henryk Hoser SAC

fot. ks. Henryk Zieliński / Idziemy

Z abp. Henrykiem Hoserem SAC, ordynariuszem diecezji warszawsko-praskiej, rozmawia Monika Odrobińska

 

W Dniu Ubogich stanął Ksiądz Arcybiskup z chochlą przy gotowaniu pierogów. Gdzie Ksiądz nauczył się je lepić?

To żadna sztuka – wystarczy zlepić brzegi i ścisnąć. Kiedyś nie było kupnych pierogów, więc w domu się je lepiło i były częstym daniem.

 

Czy to wychowanie domowe wprowadziło Księdza Arcybiskupa na ścieżkę kapłańską?

To było powołanie, które odczytałem dość późno, jesienią 1966 r., po tym, jak w czerwcu skończyłem medycynę. Najpierw było zaskoczenie i zdziwienie, ale potem myśl ta mnie nie odstępowała. To było typowe powołanie, cechujące się tremendum – czyli lękiem przed Majestatem Bożym – i fascinatum – czyli fascynacją tą perspektywą. Uważałem, że to zbyt poważna sprawa, by podejść do niej lekko, dlatego przez dwa kolejne lata przygotowywałem się mentalnie i duchowo, kończyłem staż podyplomowy na medycynie, a z myślą o przyszłej służbie kapłańskiej zrobiłem prawo jazdy. Po studenckiej rewolcie marca 1968 r., w której aktywnie uczestniczyłem, wstąpiłem do nowicjatu.

Dziś widzę, że Pan Bóg konsekwentnie mnie prowadził, obdarzywszy wrażliwością na sprawy duchowe. W szkole podstawowej miałem doskonałego prefekta, ks. kanonika Aleksandra Kamińskiego, który pasjonująco mówił o Bogu i wierze. Ogromny wpływ wywarła też na mnie mama – wykształcona, znająca grekę i łacinę, o dużej wiedzy teologicznej. Uczęszczała do gimnazjum klasycznego męskiego w Chojnicach jako ekstern. Połowa jej kolegów poszła do seminarium w Pelplinie. Wielu z nich, już jako kapłani, zginęło w obozach niemieckich lub zostało rozstrzelanych.

Dziesięć lat byłem ministrantem, wtedy też w kaplicy sióstr westiarek w Duchnicach, gdzie poznałem pallotynów, ówczesnych kapelanów z pobliskiego Ołtarzewa. Kiedy wkraczałem na ścieżkę życia konsekrowanego, brałem pod uwagę zakon jezuitów i dominikanów, ale wtedy przypomnieli mi się pallotyni – ich duchowość bardzo mi odpowiadała.

 

Jak się przenikają u Księdza Arcybiskupa posługa lekarska i duchowa?

Medycyna daje duży zakres znajomości człowieka – od cielesności po psychikę. Kapłaństwo także obejmuje wszystkie komponenty człowieczeństwa. Wykształcenie medyczne wypracowuje typ myślenia przyczynowo-skutkowego, które wyraża się w sukcesji diagnozy i terapii. Daje to możliwość analizy wszystkich zjawisk – także duszpasterskich. Na misjach, gdy zaskakiwały mnie zjawiska kulturowe i historyczne, zastanawiałem się nad ich „patomechanizmem”, czyli przyczyną i rozwojem. To pozwalało lepiej zrozumieć tamtą specyfikę, a jeśli sytuacja wymagała poprawy – także wdrożyć odpowiednią „terapię”.

W powołaniu duchowym najważniejsze jest słuchanie Powołującego, posłuszeństwo Duchowi Świętemu, a ono najczęściej ujawnia się w konkretnych wydarzeniach i podczas modlitwy. To z modlitwy pochodzi inspiracja do działania, „oświecenia i natchnienia” – ona przypomina o istocie spraw, bo na bieżąco jesteśmy zwykle pochłonięci ich powierzchownymi przejawami.

 

Jaki jest Kościół w Polsce po blisko półwieczu kapłańskiego w nim życia?

W latach 60. był to Kościół przedsoborowy. Kardynał Stefan Wyszyński rozwiązania soborowe wdrażał sukcesywnie, choć część środowiska intelektualistów domagała się natychmiastowej i radykalnej reformy liturgii. To, co dziś obserwujemy na Zachodzie – choćby reinterpretacja dogmatów – jest już efektem kryzysu posoborowego. Polskę to zjawisko na szczęście ominęło. Nie odwróciliśmy się od duchowości i pobożności ludowej, nie zmieniliśmy podejścia do sakramentów, np. pokuty i pojednania, który na Zachodzie ogranicza się do zbiorowego rozgrzeszenia lub przestaje się go praktykować.

Zmianę obserwowałem na przestrzeni lat, które od upływu miesiąca po święceniach aż do 2008 r., gdy objąłem biskupstwo w diecezji warszawsko-praskiej, spędziłem zagranicą. Kiedy wyjeżdżałem z kraju w 1974 r., trwał „środkowy Gierek”, ludziom zaczynało się żyć dostatniej, ale potem pojawił się kryzys. Kiedy jechałem do Polski przez Niemcy w 1981 r., obserwowałem tam konwoje militarne, a w Polsce… kabaret. Widziałem Jacka Fedorowicza kpiącego z milicji z dachu tramwaju na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej w Warszawie. Poszedłem wtedy do kina Palladium na „Człowieka z żelaza”. Ten czas, obejmujący także 10 mln zrzeszonych w „Solidarności”, skończył się stanem wojennym – mnie już wtedy w Polsce nie było.

 

Na tle Zachodu u nas Kościół jest w dobrej kondycji. Z czego to wynika?

Zachodni Kościół to wyschnięty potok ze strużką wody, jako skutek milczącej apostazji. Jest w nim duże podporządkowanie poprawności politycznej, głos episkopatu jest zbyt słabo słyszalny – nawet wobec praw ideologicznych skierowanych przeciwko życiu, rodzinie czy małżeństwu. Do zaćmienia duchowego doprowadził także zanik praktyk duchowych, głównie spowiedzi. Już w 1978 r. spotkany prof. Jerôme Lejeune, odkrywca genetycznej przyczyny zespołu Downa, informował mnie, że w 15-milionowym Paryżu jest zaledwie pięć miejsc, gdzie można się wyspowiadać – nie ma co się dziwić świecczeniu społeczeństwa, które staje się społeczeństwem biblijnej Niniwy.

W Polsce głos episkopatu uwiera, ale najważniejsze, że owce słyszą głos pasterza. Silny Kościół jest efektem naszej historii: podczas zaborów, potem okupacji niemieckiej i sowieckiej do 1989 r. jedyną instytucją podtrzymującą tożsamość polską i jedność narodową był Kościół. Księżówkę w Zakopanem budowano po to, by mogli się w niej „integrować” duchowni z ze wszystkich zaborów. Papieski Instytut Polski w Rzymie powstał po to, by klerycy studiowali w polskim środowisku. Nasza historia nas uratowała – zawsze mamy się do czego odwołać.

 

Przykłada Ksiądz Arcybiskup wagę do jubileuszy?

To zawsze okazja do dziękowania Bogu za życie, a ludziom za życzliwość. Jubileuszu 75-lecia nie przeżywam w kategoriach katastrofy – że życie się kończy, bo mam nadzieję, że zaczyna się nowy jego rozdział.

 

Jak jubileusz, to prezenty!

Największym prezentem, jaki dostałem od Pana Boga, jest moje powołanie. A czego bym sobie życzył, to bym nigdy nie tracił nadziei. Bo to ona prowadzi do celu, który jest w Bog

 

 

Dostojnemu Jubilatowi z okazji 75. urodzin składamy życzenia wszelkiego błogosławieństwa!

Zespół i Czytelnicy „Idziemy”

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.


- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły