19 października
piątek
Ziemowita, Jana, Pawla
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Każdy jest powołany

Ocena: 0
3138

– Tylko ofiara z siebie służy życiu. Gdy jej nie ma, życie zamiera – o odkrywaniu swojego powołania mówi abp Henryk Hoser SAC w rozmowie z Moniką Odrobińską

Z abp. Henrykiem Hoserem SAC rozmawia Monika Odrobińska

 

Przeżywamy Dzień Życia Konsekrowanego. Jak Ksiądz Arcybiskup stał się kapłanem?

W czasie studiów należałem do grona tzw. studentów z możliwościami. Zawsze miałem stypendium naukowe, które zresztą w całości oddawałem mamie. Także jako lekarz dobrze zaczynałem. Mogłem robić karierę naukową, ale – ku zdumieniu środowiska medycznego – wybrałem inną ścieżkę. Odkryłem Boga, który złożył mi ofertę życia dla Niego. Tak wstąpiłem do seminarium. Nie stawiałem żadnych warunków co do mego przyszłego zaangażowania. Na drugim roku padła propozycja misji, więc na nią przystałem. Gdy kończyłem studia kapłańskie, miałem za sobą 11 lat studiów. Nie chciałem kariery naukowej – ten czas wolałem dać drugiemu człowiekowi. Na misjach w Afryce spędziłem 21 lat, w sumie z pobytem w innych krajach – 34. Były to Francja, Belgia i Włochy, gdzie pełniłem wysokie funkcje w Kurii Rzymskiej.

 

W Familiaris consortio Jan Paweł II podkreślał, że bez ofiary powołanie nie ma wartości. Czy powołanie jest równoznaczne z wyrzeczeniem?

Misje to ciężki kawałek chleba – dolegliwości związane ze specyfiką innego klimatu, kultury, języka, mentalności. A przy tym przemęczenie, czasami skrajne wyczerpanie, bo potrzebujących jest wielu, a rąk do pracy mało. Człowiek oddaje w tej pracy cząstkę siebie. Oddaje, to znaczy wyrzeka się części siebie. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy widzi się w tym wyrzeczeniu sens. Sensem pracy na misjach jest być dla drugiego człowieka, służyć mu na wzór tego, który posyła: Jezusa Chrystusa. I taki też jest sens każdego powołania.

 

Jak mamy odkrywać swoje powołanie?

Vita consecrata dotyczy każdego z nas, bo wszyscy jesteśmy powołani do świętości. To podstawowe powołanie – nie należy więc go odkrywać, ale przyjąć je do wiadomości. Powołanie do świętości oznacza powołanie do poszukiwanie dobra i do życia nim. Czasem problemem jest rozeznanie samego dobra – bo to zdefiniowane za czasów rajskich nie zostało przyjęte; sami chcemy decydować o kryteriach dobra i zła. Historia z drzewem poznania dobra i zła pokazała, że natura człowieka jest zbyt ograniczona, by mógł on samodzielnie stwierdzić, co jest dobre, a co złe. Potrzebuje Światła, które mu to ukaże.

Każdy, nie tylko wierzący, ma sumienie, czyli zdolność moralnego osądu. Wśród wszystkich narodów i kultur znaleźć można wspólne zasady moralne, wytyczające granice dobra i zła. Pod każdą szerokością geograficzną zakazane są: zabójstwo, kradzież, kłamstwo, a na pochwałę zasługują: wierność, odwaga, obrona dobra wspólnego, np. rodziny. To są wyzwania ponadczasowe. W sensie rozeznania dobra i zła religia ułatwia życie, bo daje zwięzły kodeks postępowania. Dekalog ma postać zakazów i nakazów. Jeśli posłużyć się nomenklaturą kodeksu drogowego, znaki nakazu i zakazu też są najsilniejsze. To one – a nie np. znaki informacyjne – są najbardziej zobowiązujące. Dlatego Dekalog można uznać za pierwszą powszechną deklarację praw człowieka, ale także praw Boga, w społecznościach ludzkich. Tak to pytanie o powołanie doprowadziło nas do Dekalogu.

 

Na czym polegać powinna ofiara małżonków wobec siebie?

Człowiek rodzi się powołany do życia małżeńskiego i rodzinnego. Determinuje go do tego sama biologia – bo rodzi się kobietą lub mężczyzną. Fenomenem powołania do małżeństwa jest to, że dwie wcześniej obce sobie osoby stają się sobie najbliższe. Przez długie lata małżonkowie upodabniają się do siebie – nawet fizycznie! Przypominają jedną rzeźbę, w którą się stopili poprzez wzajemne uzupełnianie się.

Ofiara to dar duchowy lub materialny. Dokonuje się zawsze kosztem ofiarującego. Zrzeka się on czegoś, co do niego należy, na rzecz osoby, którą szanuje, kocha czy – jak w przypadku Boga – uwielbia. Wiara w ludzką samowystarczalność jest złudą. Ofiara to zdolność życia dla innych. Wiąże się z wyrzeczeniem.

 

Jak nie przekroczyć granicy między miłością ofiarną a cierpiętnictwem?

Ofiarność z pogranicza cierpiętnictwa jest ułomna. Oznacza, że w osobie, dla której się poświęcam, nie dostrzegam już żadnego dobra, żadnych wartości, dla których można składać ofiarę z siebie samego. Osoba poświęcająca się w ten sposób przyjmuje postawę obowiązku, która wynika z zewnętrznego lub wewnętrznego, ale jednak przymusu.

 

Złoto hartuje się w ogniu, a małżonkowie spalają się we wzajemnej miłości. Jak się spalać, by się nie wypalić?

W takiej sytuacji trzeba mieć oczy otwarte na możliwości odrodzenia, regeneracji. Jeśli czujemy, że grzęźniemy w sytuacji negatywnej, należy nabrać do niej dystansu i przyjrzeć się jej z perspektywy, z odległości. Przypomina to patrzenie na dzieło malarskie czy architektoniczne – z bliska to tylko brzydkie plamy, dopiero z daleka widać jego piękno. Czasem dochodzi do sytuacji, w której uzasadnione jest już porównanie do ringu. Potrzeba bowiem sędziego, który rozdzieli zawodników i da im czas, by po takim otrząśnięciu się na nowo podjęli walkę. Mam tu na myśli mediację z uczestnictwem trzeciej osoby.

Ale co robić, by się w tym spalaniu nie wypalić? Przede wszystkim – i to apel ogólnospołeczny – należy wrócić do umiejętności świętowania. To sztuka życia. Jesteśmy zapracowani, przytłoczeni obowiązkami, a przemęczenie nie pozwala cieszyć się życiem. Od czasu do czasu trzeba wyrwać się z tego kieratu i nałożyć świąteczne ubranie. To w przestrzeni sacrum wypoczywamy, nabieramy równowagi, patrzymy w głąb siebie i znajdujemy nowe Światło.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane komentarze

 

Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -