3 sierpnia
poniedziałek
Lidii, Augusta, Nikodema
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Nieznane dzieje pojednania

Ocena: 0
1814

„Chcemy dobrych stosunków z sąsiadami. Przebaczyliśmy bardzo wiele. I dziś jeszcze raz przebaczamy wszystko. Wyrzekamy się nienawiści. Nie szukamy zemsty”. Tak w maju 1948 r. – zaledwie trzy lata po wojnie – prymas Polski kardynał August Hlond zwracał się w liście pasterskim do Polaków.

To wtedy po raz pierwszy padły ze strony polskiego Kościoła słowa przebaczenia pod adresem sąsiada. Kardynałowi Hlondowi przypadło wykonanie niezmiernie trudnego zadania organizacji życia kościelnego w powojennej Polsce w jej nowym kształcie: pomniejszonej o Kresy, z odzyskanymi terenami poniemieckimi, których status międzynarodowy był niejasny (trwała właśnie konferencja poczdamska). Nadzwyczajne pełnomocnictwo papieskie dla prymasa Polski nie określało sposobu działania administracji kościelnej w sytuacji, gdy na Ziemiach Odzyskanych istniały wciąż niemieckie struktury kościelne.

 

Atak z dwóch stron

Stosunek przeważającej części duchowieństwa niemieckiego do Polaków napływających przecież nie z własnej woli był zdecydowanie wrogi. Generalnie ani księża i pastorzy niemieccy, ani kurcząca się stale w wyniku wysiedleń ludność niemiecka nie potrafili dostrzec związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy swym obecnym położeniem a straszną wojną toczoną niedawno w „jej imieniu” przez Niemcy.

Brzemienne dla powojennych stosunków polsko-niemieckich było to, że wśród duchowieństwa niemieckiego, jego hierarchów, a także w licznych świeckich gremiach katolików niemieckich zabrakło refleksji dla zrozumienia przyczyn historycznych procesów przebiegających na Ziemiach Odzyskanych. Upraszczając nieco, można stwierdzić, że trafna była ocena kardynała Hlonda, gdy pisał: „Niemiecka reakcja na tę straszliwą tragedię była tym silniejsza, że od wieków wpajano temu ludowi przekonanie o niższości Słowian, przekonanie, które znalazło swą jednoznaczną formułę w nazistowskiej doktrynie rasowej. Ci Słowianie, uważani za Knechte zrodzonych z Niemców, pojawiali się obecnie jako zwycięzcy i osiedlali się jako właściciele”.

W społeczeństwie polskim, zdziesiątkowanym wojną, 
spauperyzowanym jej konsekwencjami, 
borykającym się z nową komunistyczną rzeczywistością, 
stale pojawiało się pytanie o Niemców

Działalność kardynała Augusta Hlonda i mianowanych przez niego administratorów apostolskich dla Ziem Odzyskanych spotykała się nie tylko z ciągłymi atakami komunistycznych władz, ale również z zapiekłą niechęcią odradzającej się po wojnie prasy niemieckiej, niemieckich polityków, była także przedmiotem interwencji w Watykanie wpływowych tam kręgów niemieckich.

Zacietrzewieni w swej antypolskości niemieccy katolicy nawet nie starali się dostrzec czy zrozumieć, że Polacy zapobiegają powstawaniu na Ziemiach Odzyskanych próżni religijnej, w którą po „narodowym bezbożnictwie hitlerowskim” wlałby się szeroką falą „materializm dziejowy”. Kardynał August Hlond stał się dla niemieckiej opinii publicznej i licznych niemieckich hierarchów szwarccharakterem stosunków polsko-niemieckich.

 

Ziarno wybaczenia

Świadom tego, kardynał Hlond kierował do Niemców słowa przebaczenia. Jego słowa w maju 1948 r. nie miały wprawdzie takiego rezonansu społecznego i politycznego, jak słowa orędzia biskupów polskich do niemieckich z 1965 r., jednak rzucone ziarno wybaczenia, podobnie jak w ewangelicznej przypowieści, padało na różną ziemię. Ktoś, kto sięga pamięcią do lat powojennych, przypomni sobie, że w społeczeństwie polskim, zdziesiątkowanym wojną, spauperyzowanym jej konsekwencjami, borykającym się z nową komunistyczną rzeczywistością i szukającym w niej miejsca dla siebie, stale pojawiało się pytanie o Niemców. Jak Niemcy, naród wielkich humanistów, filozofów, muzyków – dowolnie można by przedłużać tę listę niemieckich zasług dla kultury i cywilizacji – jak ten naród dał się opętać prymitywnej ideologii narodowych socjalistów i uczestniczyć w zgotowanym przez nich ludobójstwie? Wielu Polaków pamiętało bowiem Niemców z okresu I wojny światowej, kiedy to, z wyjątkiem kilku dramatycznych wydarzeń, zachowywali się – na miarę wydarzeń wojennych – jak żołnierze cywilizowanego kraju.

Kwestia barbarzyństwa Niemców pojawiała się zawsze w rozmowach towarzyskich, przy każdych imieninach i przy każdym spotkaniu rodzinnym. I bardzo często się zdarzało, że gdy w niekończących się opowieściach o przeżyciach wojennych następowała kulminacja wspomnień o zbrodniach niemieckich, jakby dla ratowania resztek wiary w człowieczeństwo padało stwierdzenie: „No tak, ale nie wszyscy Niemcy byli tacy…”. I pojawiała się w rozmowach kategoria innych Niemców, „dobrych Niemców”. Ten niemalże terminus technicus „dobry Niemiec” świetnie pamiętam z dzieciństwa i młodości.

Postawami Niemców w czasie II wojny światowej zajęła się także literatura polska. Choćby dramat Leona Kruczkowskiego „Niemcy” (pierwotny tytuł „Niemcy są ludźmi”) z 1949 r.: wielokrotnie wystawiany w teatrach, przez lata należał do szkolnych lektur obowiązkowych. Przy wszystkich swych niedoskonałościach ukazywał Niemców tak, jak ich pamiętali Polacy: hitlerowskich fanatyków i zbrodniarzy, oportunistów i bezwolnych wykonawców rozkazów. Ale znalazło się w nim także miejsce dla „dobrego Niemca”: przeciwnika Hitlera, więźnia obozu koncentracyjnego. Utwór ten bezsprzecznie kształtował wyobraźnię i wrażliwość wielu roczników Polaków.

Powstanie Niemieckiej Republiki Demokratycznej w 1949 r. spowodowało z czasem instytucjonalizację terminu „dobry Niemiec” – był nim teraz Niemiec z „bratniej” NRD.

Umożliwiło to wydawanie książek pisarzy niemieckich, którzy – niekoniecznie z pozycji marksistowsko-leninowskich – przedstawiali losy zwyczajnych obywateli hitlerowskich Niemiec. Książka Hansa Fallady „Każdy umiera w samotności”, wydana w 1950 r. w nakładzie 50 tys. egzemplarzy, ukazywała nieznaną rzeczywistość niemiecką III Rzeszy, także terror wobec własnych obywateli. W kinach obok polskich filmów wojennych zaczęły z czasem pojawiać się filmy zachodnioniemieckie (np. „Kiermasz”, „Most”, „Reszta jest milczeniem”). Świadczyły o tym, że są Niemcy, którzy chcą i potrafią w bardzo krytyczny i rzetelny sposób zająć się swą najnowszą historią.

Istnienie NRD odegrało ważną rolę w kształtowaniu powojennego spojrzenia Polaków na Niemców. Kontakty z jej obywatelami były często pierwszymi kontaktami Polaków z Niemcami od 1945 r. Mimo zakłamanej retoryki oficjalnych spotkań umożliwiały one często oddemonizowanie obrazu Niemca, zawierane były przyjaźnie i małżeństwa. Osiągnięcia sportowców z NRD w nagłaśnianych propagandowo imprezach „pokoju i przyjaźni” obok niechęci budziły także respekt.

Mimo istnienia cenzury i szczególnego jej uwrażliwienia na sprawę stosunków polsko-niemieckich docierało do Polaków, że i w Niemczech Zachodnich dzieje się coś pozytywnego. W końcu lat 50. zaczęły też przyjeżdżać z RFN grupy Akcji Pokuty, młodych Niemców jednoznacznie mówiących o winie swych rodaków.

 

Moralna powinność

Z upływem czasu w społeczeństwie polskim następowało zmęczenie wszechobecną natrętną propagandą antyniemiecką, bezustannymi potępieniami rewizjonistów z „NRF” i „reakcyjnego kleru polskiego”. Znaczna część społeczeństwa zdawała sobie sprawę z tego, że istnienie muru nienawiści między Polakami i Niemcami odbiera nam możliwość normalnych kontaktów z gronem tradycyjnych przyjaciół Polaków: Francją, Wielką Brytanią, USA. I uzależnia nas nieodwracalnie od ZSRR.

Niedoceniany bywa jeszcze jeden aspekt świadomości Polaków tamtego okresu: było to pokolenie wychowane na literaturze Sienkiewicza, Prusa, Żeromskiego, umacniających w czytelniku przekonanie, że nawet w sytuacjach pozornie przegranych z Niemcami zachowujemy wobec nich zawsze wyższość moralną. Nakładało to na nas obowiązek wspaniałomyślności w stosunku do Niemców. Dodatkowo na konieczność dokonywania obrachunków życia we wszystkich jego wymiarach uwrażliwiała nas Wielka Nowenna, zainicjowana przed tysiącleciem chrztu Polski przez kardynała Stefana Wyszyńskiego.

Wbrew uporczywie powtarzanej mantrze w 1965 r. Polacy byli gotowi na przyjęcie orędzia swych biskupów do Niemców. Nie zawsze było to łatwe wobec rachunku indywidualnych krzywd. Zmierzenie swej coniedzielnej wiary z moralnym wyzwaniem orędzia było ciężką próbą. Ale nawet jeżeli ktoś nie rozumiał wagi wydarzenia, a nawet się z nim nie zgadzał, to czuł satysfakcję, że biskupi uczynili coś, co rozwścieczyło „czerwonego”. Nie istnieją żadne wiarygodne statystyki mówiące o tym, że Polacy jednak nie posłuchali swych pasterzy. Czasami twierdzą tak i Niemcy, chcący w ten sposób zrelatywizować swe niezrozumienie rangi wydarzenia wówczas, późną jesienią 1965 r. Natomiast tłumy wiwatujące na cześć kardynała Stefana Wyszyńskiego i arcybiskupa Bolesława Kominka po wielomiesięcznej kampanii zorganizowanej wobec nich nienawiści świadczyły, że Polacy właściwie zrozumieli historyczny i przełomowy charakter słynnego orędzia.

Autor jest byłym konsulem Rzeczypospolitej Polskiej w Republice Federalnej Niemiec

Marek Rzeszotarski
fot. PAP/Waldemar Deska
Idziemy nr 48 (531), 29 listopada 2015 r.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 3 sierpnia

Poniedziałek, XVIII Tydzień zwykły
+ Dzień Powszedni
Jezus zaraz przemówił do nich: «Odwagi! To Ja jestem, nie bójcie się!»
+ Czytania liturgiczne (rok A, II):Jr 28,1-17; Ps 119,29.43.79-80.95.102 ; Mt 14,13-21
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane artykuły



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter