2 czerwca
wtorek
Marianny, Marcelina, Piotra
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Niósł Boga ludziom

Ocena: 0
860

Dr Patrizio Polisca o Janie Pawle II opowiada w Ogrodach Watykańskich, w pobliżu Groty z Lourdes. Miejscu szczególnym, gdzie codziennie podczas spacerów zatrzymywał się na modlitwę Jan Paweł II, a następnie Benedykt XVI.

fot. xhz

Pogrzeb św. Jana Pawła II na placu św. Piotra 8 kwietnia 2005 r.

– Cieszę się, że mogę wspominać św. Jana Pawła II właśnie tutaj – zaczyna opowieść. – Swoją ostatnią podróż apostolską odbył on właśnie do Lourdes, w 2004 r. Nie czuł się już dobrze i była to podróż bolesna, ale ważna, prawie jak ostatnie pożegnanie z Matką Bożą, do której miał przez całe życie szczególne nabożeństwo. Dziewięć miesięcy później odszedł.

– Pamiętam wybór św. Jana Pawła II po nagłej śmierci Jana Pawła I, papieża Lucianiego – opowiada dr Polisca. – Nie byłem wtedy jeszcze lekarzem. Na wieść o białym dymie udałem się z kilkoma przyjaciółmi na plac św. Piotra. Pamiętam jego słowa… Nie przypuszczałem wtedy, że także moje życie zostanie naznaczone osobistym spotkanie z tym wielkim i świętym człowiekiem.

 


PRAKTYKA W WATYKANIE

Dr Polisca rozpoczął praktykę jako lekarz w Watykanie w 1987 r., na początku w sposób sporadyczny, następnie bardziej systematyczny. – Osobisty lekarz papieża, niezapomniany Renato Buzzonetti, którego wspominam z wielką wdzięcznością – mówi – wysłał mnie do Castel Gandolfo na dyżury w czasie letniego pobytu Ojca Świętego. Moje pierwsze spotkanie z Janem Pawłem II miało miejsce pewnego sierpniowego poranka, po Mszy Świętej. Papież miał w zwyczaju witać osobiście pielgrzymów. I przywitał się także ze mną. Przedstawił mnie sekretarz ks. Stanisław Dziwisz, dziś kardynał. Papież zapytał, kim jestem, i sekretarz odpowiedział, że lekarzem dyżurnym. Papieża zaskoczył mój młody wiek, bo szczerze mówiąc, mogłem sprawiać wrażenie, że jestem zbyt młodym lekarzem, a zatem niewystarczająco doświadczonym, i nie musiał mnie darzyć wielkim zaufaniem.

W 1997 r. planowana była podróż Ojca Świętego na Kubę, podróż historyczna o wielkim znaczeniu, która miała odbyć się w styczniu kolejnego roku. – Profesor Buzzonetti – ciągnie opowieść dr Polisca – poważnie zapytał mnie: „W przyszłym miesiącu jest w programie podróż na Kubę, czy chciałbyś mi towarzyszyć?”. Do tej pory sam służył papieżowi, musiało to być bardzo angażujące i wyczerpujące. Po chwili namysłu, zdając sobie sprawę także z odpowiedzialności, jaka mnie czekała, zgodziłem się. Nie ukrywałem pewnego niepokoju, ale wszystko poszło dobrze. To była moja pierwsza podróż worszaku papieskim. Wyjątkowa. Pamiętam ją bardzo dobrze, w każdym szczególe. Później odbyłem kolejne podróże, myślę, że w sumie było ich 25. Bardzo wymownych, niektórych mocnych, bardzo ważnych, jak podróż do Nigerii, Meksyku czy do Ziemi Świętej.

 


NAJWAŻNIEJSZA PODRÓŻ

– Już wtedy Ojciec Święty miał nadwątlone zdrowie – wskazuje dr Polisca. – Pamiętam, jak przesuwał się, wchodząc do Grobu Pańskiego, by uczcić pusty grób. Było to bardzo wzruszające. Następnie podróż na Synaj, na górę Nebo. Utkwił mi w pamięci jeden moment. W miejscu, gdzie tradycja wskazuje na krzew gorejący, z którego przemówił Bóg do Mojżesza, wznosi się mała kapliczka, która mieści zaledwie kilka osób. Papież wszedł i uklęknąwszy, zaczął się modlić na głos, że słyszeli wszyscy obecni: „Boże… tu objawiłeś Twoje imię...” i kontynuował szeptem. To była dla mnie najważniejsza podróż.

Niezapomniane były również podróże do Polski. Uczestniczyłem w trzech. Pamiętam tę długą, piętnastodniową pielgrzymkę od Gdańska, przez Warszawę, aż do Krakowa. Z ostatniej podróży mam ważne wspomnienia. Papież odczuwał coraz bardziej słabsze zdrowie, walczył z brakiem sił. Było to bardzo poruszające: zobaczyć go modlącego się na grobie rodziców.

 


POGODA I ODWAGA

– Był człowiekiem, dziś by się powiedziało, z pozytywnym nastawieniem i zawsze dobrze usposobionym – mówi dr Polisca. – Jego jasne spojrzenie było głębokie, refleksyjne, ale jednocześnie pogodne i zawsze pokrzepiające – zapraszające rozmówcę. Za każdym razem, kiedy go spotykałem, dodawał mi pogody ducha, a także odwagi. Oczywiście, odczuwałem trochę napięcie, ponieważ to był papież, a ja byłem młody. Ale zawsze dobrze się przy nim czułem.

Widać było, że kochał życie także w cierpieniu. Jego pokój był tak umeblowany, że z łóżka mógł patrzeć na zawieszony naprzeciwko obraz Ecce homo, na którym nasz Pan jest w koronie cierniowej na głowie. W moim osobistym odczuciu, papież nie szukał dobrowolnie cierpienia, wszak nie stanowi ono części pierwotnej natury ludzkiej. Niestety, cierpienie szukało jego, i w tym spotkaniu mogła zrodzić się swoista walka. Zgoda na cierpienie nie mogła przyjść tylko ze spojrzenia Chrystusa cierpiącego.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:
- Reklama -

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 2 czerwca

Wtorek, IX Tydzień zwykły
+ dzień powszedni albo wspomnienie świętych męczenników Marcelina i Piotra
«Oddajcie cezarowi to, co należy do cezara,
a Bogu to, co należy do Boga».

+ Czytania liturgiczne (rok A, II): 2P 3,12-15a.17-18; Ps 90,2.4.10.14.16; Mk 12,13-17
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter