14 grudnia
czwartek
Alfreda, Izydora, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Odwaga spotkania z ubogim

Ocena: 0
690

– Jeśli spojrzę ubogiemu w oczy, to się dowiem, jak mogę mu pomóc – mówi br. Paweł Flis, albertyn

fot. arch. br. Pawła Flisa

Z bratem Pawłem Flisem, albertynem z Krakowa, rozmawia Sylwia Gawrysiak

 

Po co nam w Kościele specjalny Dzień Ubogich, skoro Ewangelia ciągle o nich mówi?

W Ewangelii jest wiele wezwań. Nie zawsze i nie o wszystkich pamiętamy. W przeżywaniu Światowego Dnia Ubogich chodzi przede wszystkim o spotkanie, o dostrzeżenie osoby. Kardynał Karol Wojtyła w czasie jednej z modlitw o beatyfikację Brata Alberta w kościele Karmelitów mówił, że w pomaganiu nie fundusze są najważniejsze, lecz człowiek. My również tego doświadczamy. Szczególnie gdy posługujemy tym grupom ludzi, którym bardzo trudno jest się dźwignąć. Trzeba być przy człowieku, pomagać, nie żądając dla siebie czegoś w zamian, choćby wdzięczności. To jest bardzo trudne, wymaga czasu, obecności, wierności. Tylko taki widzę sens Dnia Ubogich. To nie może być jednorazowa akcja, która przemija, ale początek spotkania.

 

Jak albertyni będą obchodzić ten dzień?

My mamy dzień ubogiego codziennie. Kościół krakowski bardzo się przygotował. Był list abp. Marka Jędraszewskiego. Obchody trwają przez cały tydzień. Wszystkie wydarzenia koncentrują się wokół modlitwy i spotkania. Oczywiście uczestniczymy w obchodach, ale przeżywamy to troszkę inaczej, bo jesteśmy z ubogimi na co dzień.

 

Na czym polega specyfika posługi albertyńskiej?

Brat Albert odkrył Chrystusa w ubogich. W portrecie umęczonego Chrystusa „Ecce Homo” dostrzegł tę biedę, którą spotkał na ulicach i w ogrzewalniach. „Ja ich tak nie zostawię” – postanowił. I pozostał z ubogimi, ale nie jako rewolucjonista, tylko jako świadek Ewangelii.

Brat Albert mówił, że jeżeli damy komuś pierwszą pomoc: jedzenie, spanie – to „trzeba mu bezpośrednio otworzyć niejaką furtkę do wyjścia z nędzy, inaczej bowiem prawie i nie warto go było ratować, stać się zaś to może tylko przez pracę, którą wtedy podsunąć i ułatwić mu trzeba”. To było bardzo nowatorskie. Bo w czasach Brata Alberta działalność dobroczynna polegała przede wszystkim na rozdawnictwie. Ludzie bogaci dzielili się z potrzebującymi, ale na odległość. A on zrobił coś zupełnie nowego. Stał się dla nich bratem, stał się jednym z nich.

Jeśli spojrzę ubogiemu w oczy,
to się dowiem, jak mogę mu pomóc.

Specyfiką posługi Brata Alberta była nie tylko obecność przy człowieku, ale też pomoc w tym, żeby on sam potrafił się dźwignąć ze swojej nędzy. Dlatego my też staramy się dawać ludziom pracę. Prowadzimy fundację, która zatrudnia naszych bezdomnych.

Nasze Przytulisko jest miejscem, do którego wszyscy mogą przyjść po pomoc. Brat Albert mówił, że „każdego biedaka, co pode drzwi przyjdzie, trzeba przyjąć na dłużej czy na krócej i dać, co można, choćby przez to trochę biedować albo reszcie obroku ująć”. Zastanawiamy się, jak to zrealizować, bo przecież liczba łóżek jest ograniczona. Na pewno z każdym rozmawiamy. Ta rozmowa czasami jest najważniejsza. Bo pomoc materialna nie wystarczy. Czy pięć złotych wrzucone do kubeczka komuś, kto żebrze na ulicy, może rozwiązać jego problemy? Niezwykle istotne jest, żeby ubogi poczuł się dostrzeżony, ważny, a nie jak kłopotliwy petent.

Przytulisko to wspólne życie. Mieszkamy pod jednym dachem, razem się modlimy i pracujemy, jest wspólna kuchnia, wszyscy jemy to samo. Tak naprawdę niewiele się to różni od każdego normalnego domu.

Nie da się pomóc z automatu. Wielu naszych mieszkańców znam już kilkanaście lat. Można powiedzieć, że nasze życie toczy się wspólnie. I nawet jak się gdzieś pogubią, to wiedzą, że mogą wrócić. Za każdym razem stawiamy oczywiście warunki, bo już znamy danego człowieka, wiemy, jakie ma trudności, jakie są jego słabsze punkty, nad czym warto popracować. Ale wtedy z czystym sumieniem, bez moralizowania, możemy mu to powiedzieć. Prawdziwa miłość stawia wymagania.

 

Ale przecież nie wszyscy możemy, jak Brat Albert, porzucić swoje świeckie zajęcia. W jaki sposób mamy go naśladować?

Rozwiązanie problemów ludzi ubogich to na pewno zadanie dla każdego, ale w różnym stopniu. Dzisiaj była u nas grupa młodzieży i jedna z dziewcząt zapytała mnie, jak można pomóc bezdomnemu na ulicy. Tak jakby oczekiwała jasnej, łatwej odpowiedzi. Ale nie ma prostej metody. Trzeba być z tym człowiekiem. Czasami musi wystarczyć dobre słowo. Pomoc na dłuższą metę może polegać na wolontariacie lub finansowym wspieraniu konkretnych instytucji.

 

Co może nam dać Dzień Ubogich?

Odwagę spotkania z ubogim. Najgorsze jest uciekanie od problemu ubóstwa czy biedy. Jeśli nie odwrócę głowy i spojrzę ubogiemu w oczy, to się dowiem, jak mogę mu pomóc. A Pan Bóg podpowie resztę.

 

Papież Franciszek w orędziu na I Światowy Dzień Ubogich zachęca do „rozpoznania wartości, którą ubóstwo ma samo w sobie”. Co to znaczy?

Należy odróżnić ubóstwo od nędzy. Ubóstwo ma sens tylko w odniesieniu do Chrystusa. To jedna z cnót ewangelicznych, aktualna nie tylko dla zakonników, ale dla każdego chrześcijanina. Na pewno ubóstwo daje wolność od dóbr materialnych. Wystarczy popatrzeć na to, jak wiele nieszczęść współczesnego świata wynika z zachłanności. Oczywiście jest bardzo delikatna granica między tym, co jest konieczne do życia, a tym, co jest już luksusem, ambicją, potrzebą pokazania się. I tu nie można podać jakichś ogólnych zasad. Każdy ma swoją miarę. Wartością ubóstwa jest wolność. To my mamy posiadać dobra, a nie dobra nas.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka dziennikarstwa, etnologii i teologii. Od 2012 roku związana z tygodnikiem „Idziemy”. Należy do Wspólnoty Sant’Egidio.


- Reklama -

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły