15 września
niedziela
Albina, Nikodema, Marii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

"Aktorstwo jest sztuką rozumienia drugiego człowieka". Wywiad z Wojciechem Pszoniakiem

Ocena: 4.4
702

- Nie istnieje dobre, ciekawe aktorstwo bez wrażliwości i mądrości. Aktorstwo jest sztuką rozumienia drugiego człowieka, choć napisanego jako rola -  powiedział Wojciech Pszoniak. Aktor w niedzielę w Warszawie świętować będzie 50-lecie pracy artystycznej.

Fot. Robert "Senq" Danieluk Senq.ownlog.com / CC BY-SA 3.0 / Link

PAP: W niedzielę w Mazowieckim Instytucie Kultury w Warszawie uczci pan 50 lat pracy aktorskiej. Rzeczywiście minęło jak jeden dzień?

Wojciech Pszoniak: Człowiek nigdy nie chce wierzyć, że czas tak szybko płynie. Pracując ze studentami, bardzo często zapominam, że jestem od nich znacznie starszy. Wydaje mi się, że raptem wczoraj skończyłem uczelnię. Nie przyszło mi nawet do głowy, by świętować tę rocznicę, ale Elżbieta Szymańska i Justyna Niegierysz oraz dyrekcja Mazowieckiego Instytutu Kultury postanowiły zorganizować mi miły wieczór. Mam nadzieję, że nie będzie to poważny, napompowany jubileusz, bo takich nie lubię. W trakcie spotkania przeczytam fragmenty mojego najnowszego audiobooka "Opowieści profesora Tutki" Jerzego Szaniawskiego. Wydanie go było moim pomysłem. Niełatwo było to zrealizować. Odmówiło nam pewne poważne wydawnictwo. Ale w końcu się udało. Płyta jest przepiękna, z okładką zaprojektowaną przez wspaniałych artystów i moich przyjaciół – fotografa Tomka Sikorę oraz Macieja Buszewicza, profesora warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Bardzo się cieszę, że się ukaże.

PAP: Dlaczego wybrał pan właśnie opowiadania Jerzego Szaniawskiego?

W.P.: Powodów jest co najmniej kilka. Po pierwsze, to wspaniały autor, ale zapomniany. Jego utwory nie były od dawna wydawane, bo po śmierci Szaniawskiego był problem praw autorskich. Nie chcę wnikać w szczegóły, bo to strasznie skomplikowane. Otrzymałem również jednorazową zgodę na wydanie książkowe. Ale główny powód był inny. Jako niemłody człowiek pamiętam czasy, w których ludzie ze sobą rozmawiali. U Szaniawskiego ludzie siedzą i rozmawiają. Profesor Tutka opowiada. Poza tym piękne jest tu poczucie humoru i subtelność tych tekstów. Kontrastują z brutalnym, strasznym, często prostackim i chamskim światem, który teraz nas otacza. Są moim antidotum na współczesną rzeczywistość. Traktuję te nagrania jako koło ratunkowe przed nadejściem potopu. Chciałem sam siebie pocieszyć i rzucić także to koło komuś, kto myśli podobnie.

PAP: W promocję literatury i popularyzowanie wiedzy na temat poprawnej polszczyzny angażuje się pan od dawna, m.in. jako ambasador akcji "Dni z ojczystym w Mrągowie". Taki imperatyw wyniósł pan z domu?

W.P.: Z pewnością dom się do tego przyczynił. Pochodzę z inteligenckiej rodziny. Nie byliśmy milionerami, ale bardzo dobrze nam się powodziło. Dziadek był dyrektorem fabryki Baczewskiego we Lwowie, z wykształcenia był chemikiem. Miał swoją lożę w operze. Moja matka grała na skrzypcach i malowała. Zwracała uwagę na to, co czytamy, jak jemy, jak się zachowujemy. Wie pani, my po wojnie wszystko straciliśmy. To co nam zostało? Tylko książki, muzyka, teatr. Może dlatego poszedłem w tym kierunku.

PAP: Ale najpierw w wieku 13 lat trafił pan do wojska.

W.P.: Życie bardzo mi się skomplikowało. Mój ojciec umarł. Bracia nie mieszkali już wtedy z nami. Jeden był na studiach aktorskich, drugi w szkole oficerskiej. Matka nigdy nie pracowała zarobkowo. To była prawdziwa tragedia. Chodziłem pożyczać jajko do sąsiadki. Nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Miałem poczucie, że jestem w życiu sam. Chciałem popełnić samobójstwo. Ostatecznie poszedłem do orkiestry wojskowej. Spędziłem tam dwa lata, które kompletnie odmieniły moje życie. Wyszedłem z wojska i mentalnie miałem 45 lat. W porównaniu do moich kolegów byłem dojrzałym człowiekiem. Sam sobie dawałem radę ze wszystkim. Nikt mnie nie chronił. To miało konsekwencje w dalszym życiu i decyzjach, które podejmowałem.

PAP: Długo zastanawiał się pan, jaką drogę obrać w życiu?

W.P.: Tak. Chodziłem do liceum muzycznego, grałem na oboju, skończyłem szkołę wyczynową akrobacji lotniczej, żeglowałem. Decyzja o zdawaniu do szkoły teatralnej nie był łatwa, ale nie żałuję. Mam wielką satysfakcję z tego wyboru.

PAP: Jak wspomina pan swoje aktorskie początki?

W.P.: W Starym Teatrze w Krakowie trafiłem od razu na wspaniałych artystów. Dyrektorem był wówczas Zygmunt Huebner, którego imię nosi obecnie Teatr Powszechny w Warszawie. Zacząłem pracować z Konradem Swinarskim, grałem główne role szekspirowskie. Później była współpraca z Andrzejem Wajdą. Tak naprawdę nigdy nie kalkulowałem, po prostu robiłem to, co kochałem. A miałem co kochać.

PAP: Szczególne musiały być dla pana lata 70., gdy najpierw zagrał pan w "Diable" Andrzeja Żuławskiego, później w "Piłacie i innych" oraz "Ziemi obiecanej" Andrzeja Wajdy. A w międzyczasie był Kabaret Pod Egidą.

W.P.: W "Piłacie i innych" - produkcji niemieckiej - zagrałem pierwszą dużą rolę za duże pieniądze. Wcześniej niewiele zarabiałem. Dostałem od losu piękny prezent. "Piłat i inni" powstał na podstawie książki Michaiła Bułhakowa "Mistrz i Małgorzata". Władza komunistyczna nie chciała go dopuścić do kin.

Z przyjemnością wspominam też Kabaret pod Egidą. To był wentyl polityczno-społeczny. Niesamowite miejsce, do którego przychodzili wspaniali autorzy – Daniel Passent, Wojciech Młynarski, Jonasz Kofta, Janusz Głowacki, Adam Kreczmar i oczywiście Jan Pietrzak. Lubię żartować, wygłupiać się. Równolegle grałem Robespierre'a w "Sprawie Dantona" w reż. Andrzeja Wajdy w warszawskim Teatrze Powszechnym, więc po tej polityczno-rewolucyjnej sztuce miałem poczucie, jakbym się kąpał w źródlanej wodzie. W Kabarecie pod Egidą poznałem swoją żonę Barbarę. Dzięki Danusi Rinn, która była jej przyjaciółką. Poszliśmy na kolację i tak to się zaczęło.

PAP: W latach 80. wyjechał pan do Paryża, gdzie zaczął występować w teatrach i grać w filmach.

W.P.: Pierwszy raz byłem tam w 1977 r., ale na początku kolejnej dekady rzeczywiście wyjechałem na zdjęcia do "Dantona" w reż. Andrzeja Wajdy i zostałem w Paryżu. Nie dlatego, że tak sobie postanowiłem, tylko w Polsce był wówczas stan wojenny i nie chciałem do tego koszmaru wracać. Później zacząłem otrzymywać role teatralne i filmowe. To był piękny czas, choć nie zawsze łatwy. Teraz przywożę francuskie sztuki do Polski. Choćby ostatnio "Nasze żony" z Wojtkiem Malajkatem i Jerzym Radziwiłowiczem, które można zobaczyć w warszawskim Teatrze Syrena.

PAP: Wspomniał pan kiedyś, że w latach 60. Tadeusz Różewicz podsunął panu pomysł, by zapisywać, co to znaczy być aktorem. Regularnie notował pan swoje spostrzeżenia. A dzisiaj, z perspektywy tych 50 lat, jak postrzega pan ten zawód?

W.P.: Ciągle się nad tym zastanawiam. Na pewno nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Tak jak nie da się zdefiniować sztuki, miłości, Boga. Można najwyżej krążyć wokół tych pojęć. Obecnie piszę książkę o aktorstwie z Małgorzatą Terlecką-Reksnis. Zamierzam przybliżyć w niej czytelnikom, na czym polega praca aktora. Bo ludzie tego nie wiedzą. Wydaje im się, że aktorstwo jest w serialach, w telewizji, a to nie tak. Mogę pani powiedzieć jedno – prawdziwe aktorstwo jest tylko w teatrze. Nigdzie poza nim sztuki aktorskiej nie ma. Proszę spojrzeć na aktorów angielskich. Oni wszyscy są aktorami teatralnymi, dlatego są tak wspaniałymi aktorami filmowymi. Mają zupełnie inne podejście do gry w filmie.

PAP: Pan osiągnął to, co udaje się jedynie nielicznym – zdobył uznanie, szacunek i rozpoznawalność, nie będąc aktorem komercyjnym.

W.P.: Nigdy nie myślałem o tym, by być tzw. popularnym aktorem. Unikałem tego. Nawet mnie dziwi, że ludzie mnie rozpoznają na ulicy. Jakiś czas temu w Zakopanem pijany góral zapytał mnie: "panie Pszoniak, co pan tu robi?". A ja do żony: "Skąd on mnie zna?". Nie wiem, jakimi to drogami idzie. Mam swoją publiczność, ludzi, którzy cenią to, co robię. To jest ważniejsze.

Dzisiaj wielu aktorów chce być gwiazdami, mieć samochody, domy, wille. To jest pozbawione głębszego sensu. Ostatnio pewien aktor powiedział mi, że przyjął rolę, bo musi wykończyć basen. Ja na szczęście nigdy nie musiałem. Nie przyjmowałem propozycji, których nie chciałem. Nie pracowałem z reżyserami, z którymi wiedziałem, że się nie dogadam. Nie miałem dzieci na utrzymaniu, więc może było mi pod tym względem łatwiej. Ale i tak dla basenu czy willi nie przyjąłbym roli.

PAP: Jako wykładowca warszawskiej Akademii Teatralnej czym chce się pan dzielić ze studentami?

W.P.: Chyba przede wszystkim tym, że nie istnieje dobre, ciekawe aktorstwo bez wrażliwości i mądrości. Aktorstwo jest sztuką rozumienia drugiego człowieka, choć napisanego jako rola. Uczę tego teraz przyszłych reżyserów, bo do tej pory prowadziłem zajęcia z aktorami. To nie jest łatwe, bo są jeszcze za młodzi. Człowiek dojrzały zaczyna mieć inny stosunek do świata. Buduję im drogowskazy. Ci, którzy będą chcieli, skorzystają. Ci, którzy nie będą chcieli, pójdą własną drogą.

PAP: Ma pan wciąż jakieś aktorskie marzenia?

W.P.: Tak naprawdę nigdy nie miałem aktorskich marzeń. Ale chciałbym jeszcze kiedyś zagrać kobietę.

PAP: Czuje się pan szczęśliwy?

W.P.: To duże słowo. Szczęście jest chwilowe, później nas opuszcza. Kiedyś ktoś mnie zapytał, czego mi brakuje do szczęścia. Odpowiedziałem, że nie wiem. To chyba najlepiej oddaje mój stan.

Rozmawiała Daria Porycka

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 15 IX



Najczęściej czytane artykuły

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -