16 stycznia
wtorek
Marcelego, Włodzimierza, Waldemara
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Marzenia Staszka Pyjasa

Ocena: 0
504

– Staszek był urokliwy. Miał piękne oczy. Był też bardzo wrażliwy, szalenie drobny. Patrząc na niego, można było domniemywać, że był poetą – wspomina po 40 latach od śmierci krakowskiego studenta i działacza opozycji Liliana Sonik, współzałożycielka Studenckiego Komitetu Solidarności.

fot. Aleksandra Polewska

Z Lilianą Sonik, współzałożycielką Studenckiego Komitetu Solidarności, w 40. rocznicę śmierci Stanisława Pyjasa, rozmawia Aleksandra Polewska

 

W filmie „Trzech kumpli” na pytanie, jak silna była Pani przyjaźń m.in. ze Staszkiem Pyjasem, odpowiada Pani: „Chodziliśmy nawet w swoich swetrach”...

Kwestia „swetrów” nie dotyczyła tylko mnie i Staszka, całe nasze środowisko tak wówczas funkcjonowało. Nie przywiązywaliśmy wagi do spraw materialnych i jeśli któreś z nas potrzebowało swetra, bo na przykład swojego akurat nie miało, to zawsze znajdował się ktoś, kto, bezrefleksyjnie wręcz, tego swetra mu pożyczył. To było absolutnie naturalne. Przyjaźniliśmy się bardzo. Nie tylko chodziliśmy w swoich swetrach, ale też mieszkaliśmy całą grupą, spotykaliśmy się, wyjeżdżaliśmy razem. Byliśmy bardzo ze sobą związani.

 

Jak Pani poznała Stanisława Pyjasa?

Studiowaliśmy na tym samym roku polonistyki, zresztą nie tylko Staszek i ja, ale także Bronek Wildstein i Leszek Maleszka. W Krakowie oczywiście. Nasz rok był bardzo liczny, studenci podzieleni byli na wiele grup, które tworzono w sposób alfabetyczny. Ja nazywałam się wówczas Batko, więc zaliczono mnie do jednej z pierwszych grup, Staszek i Bronek znaleźli się w dalszych. Przez długi czas nie mieliśmy ze sobą bliższych kontaktów. Wszystko zmieniło się jesienią 1976 r., kiedy pewnego dnia przyszedł do mnie Ryszard Terlecki, który wcześniej brał udział w protestach studenckich i wówczas współpracował już chyba z tworzącym się właśnie Komitetem Obrony Robotników. A dziś jest marszałkiem sejmu. Powiedział, że słyszał, iż na naszym roku jest student, który ma kłopoty z władzami uczelni za swoje nonkonformistyczne poglądy, i że nazywa się Wildstein. Bronek miał być w tamtym czasie wyrzucony ze studiów. O ile dobrze pamiętam, to zapadła już nawet decyzja w tej sprawie. Rysiek chciał, żebym go z nim skontaktowała, bo chciał mu pomóc. Zamierzał zorganizować protest w obronie Wildsteina, miały być zbierane podpisy protestujących itd. Więc poszliśmy do Bronka razem z Ryśkiem, z moim dzisiejszym mężem Bogusławem Sonikiem i jeszcze jedną koleżanką. Bronek przyjaźnił się ze Staszkiem i Staszek po prostu w tamtym momencie u niego był. I tak się poznaliśmy. Bardzo szybko zafascynowaliśmy się sobą i wkrótce już byliśmy przyjaciółmi, choć nasza przyjaźń to było godzenie wody z ogniem. Bo choć wiele rzeczy nas łączyło, to równie wiele dzieliło. Zupełnie inne proweniencje, życiorysy, wrażliwość, nawet sposób mówienia. Ja, mój przyszły mąż i nasza koleżanka byliśmy z grupy tzw. katolików, należeliśmy do duszpasterstwa akademickiego, do „Beczki”, a Staszek i Bronek byli z grupy anarchistów. Nie godziliśmy się na naszą ówczesną polską rzeczywistość, ale byliśmy różnymi odłamami tej zbuntowanej społeczności.

 

Czytaj dalej w e-wydaniu lub wydaniu papierowym
Idziemy nr 22 (608), 28 maja 2017 r.
Artykuł w całości ukaże się na stronie po 7 czerwca 2017 r.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły