22 czerwca
piątek
Pauliny, Tomasza, Jana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Marzenia Staszka Pyjasa

Ocena: 0
657

– Staszek był urokliwy. Miał piękne oczy. Był też bardzo wrażliwy, szalenie drobny. Patrząc na niego, można było domniemywać, że był poetą – wspomina po 40 latach od śmierci krakowskiego studenta i działacza opozycji Liliana Sonik, współzałożycielka Studenckiego Komitetu Solidarności.

fot. Aleksandra Polewska

Z Lilianą Sonik, współzałożycielką Studenckiego Komitetu Solidarności, w 40. rocznicę śmierci Stanisława Pyjasa, rozmawia Aleksandra Polewska

 

W filmie „Trzech kumpli” na pytanie, jak silna była Pani przyjaźń m.in. ze Staszkiem Pyjasem, odpowiada Pani: „Chodziliśmy nawet w swoich swetrach”...

Kwestia „swetrów” nie dotyczyła tylko mnie i Staszka, całe nasze środowisko tak wówczas funkcjonowało. Nie przywiązywaliśmy wagi do spraw materialnych i jeśli któreś z nas potrzebowało swetra, bo na przykład swojego akurat nie miało, to zawsze znajdował się ktoś, kto, bezrefleksyjnie wręcz, tego swetra mu pożyczył. To było absolutnie naturalne. Przyjaźniliśmy się bardzo. Nie tylko chodziliśmy w swoich swetrach, ale też mieszkaliśmy całą grupą, spotykaliśmy się, wyjeżdżaliśmy razem. Byliśmy bardzo ze sobą związani.

 

Jak Pani poznała Stanisława Pyjasa?

Studiowaliśmy na tym samym roku polonistyki, zresztą nie tylko Staszek i ja, ale także Bronek Wildstein i Leszek Maleszka. W Krakowie oczywiście. Nasz rok był bardzo liczny, studenci podzieleni byli na wiele grup, które tworzono w sposób alfabetyczny. Ja nazywałam się wówczas Batko, więc zaliczono mnie do jednej z pierwszych grup, Staszek i Bronek znaleźli się w dalszych. Przez długi czas nie mieliśmy ze sobą bliższych kontaktów. Wszystko zmieniło się jesienią 1976 r., kiedy pewnego dnia przyszedł do mnie Ryszard Terlecki, który wcześniej brał udział w protestach studenckich i wówczas współpracował już chyba z tworzącym się właśnie Komitetem Obrony Robotników. A dziś jest marszałkiem sejmu. Powiedział, że słyszał, iż na naszym roku jest student, który ma kłopoty z władzami uczelni za swoje nonkonformistyczne poglądy, i że nazywa się Wildstein. Bronek miał być w tamtym czasie wyrzucony ze studiów. O ile dobrze pamiętam, to zapadła już nawet decyzja w tej sprawie. Rysiek chciał, żebym go z nim skontaktowała, bo chciał mu pomóc. Zamierzał zorganizować protest w obronie Wildsteina, miały być zbierane podpisy protestujących itd. Więc poszliśmy do Bronka razem z Ryśkiem, z moim dzisiejszym mężem Bogusławem Sonikiem i jeszcze jedną koleżanką. Bronek przyjaźnił się ze Staszkiem i Staszek po prostu w tamtym momencie u niego był. I tak się poznaliśmy. Bardzo szybko zafascynowaliśmy się sobą i wkrótce już byliśmy przyjaciółmi, choć nasza przyjaźń to było godzenie wody z ogniem. Bo choć wiele rzeczy nas łączyło, to równie wiele dzieliło. Zupełnie inne proweniencje, życiorysy, wrażliwość, nawet sposób mówienia. Ja, mój przyszły mąż i nasza koleżanka byliśmy z grupy tzw. katolików, należeliśmy do duszpasterstwa akademickiego, do „Beczki”, a Staszek i Bronek byli z grupy anarchistów. Nie godziliśmy się na naszą ówczesną polską rzeczywistość, ale byliśmy różnymi odłamami tej zbuntowanej społeczności.

 

Bronisław Wildstein powtarza, wspominając tamten czas, że myśleliście nie tyle o polityce, czy tym bardziej obalaniu komunizmu, tylko o obronie swoich podstawowych praw.

Bo tak było. Chcieliśmy korzystać z wolności, które gwarantowała konstytucja, chcieliśmy walczyć o respektowanie naszych podstawowych praw. Tak jak np. o to, by Bronka Wildsteina nie wyrzucano ze studiów za brak konformizmu, za światopogląd. Lata 70. to była epoka Gierka. Oficjalnie mówiło się, że za jego rządów dokonały się duże przemiany, że można było wyjechać do Bułgarii na wakacje, że można było kupić fiata 126p albo 125p, jeśli tylko miało się pieniądze itd. Ale za tą fasadą paszportów nadal nie wolno było trzymać w domu i nikt nie mógł opuścić kraju bez zgody władz, na samochody nie wystarczały same pieniądze, bo przede wszystkim trzeba było najpierw mieć na nie talon, a np. studenci, tacy jak my, byli wyrzucani ze studiów za jedno zdanie krytyki wobec ustroju na zajęciach uczelnianych albo za to, że w listach do rodziny takiej krytyki się dopuścili. Niech sobie pani wyobrazi, że któregoś dnia rektor UJ wezwał do siebie rodziców Staszka Pyjasa – proszę zauważyć: rodziców dorosłego człowieka – po to, by udzielić im osobistej reprymendy za tzw. wybryki syna i zagrozić, że jeśli się on nie uspokoi, to źle się to dla niego skończy. Rektor oczywiście nie mógł mieć na myśli tego, że Staszek zostanie zamordowany, ale wyraźnie dawał do zrozumienia państwu Pyjasom, że Staszek może nie skończyć studiów. Nie zgadzaliśmy się na życie w takim absurdzie, po prostu. Wracając jednak do tamtego dnia, kiedy zaprzyjaźniliśmy się ze Staszkiem, to postanowiliśmy również wówczas, że nie tylko zaprotestujemy przeciw wyrzuceniu Bronka z uczelni, ale przy okazji zdecydowaliśmy również połączyć siły w kwestii wymieniania się bibułą, czyli prasą drugiego obiegu, zbierania pieniędzy dla represjonowanych robotników, bo było to krótko po wydarzeniach radomskich.

 

Dużo mówi się o okolicznościach śmierci Stanisława Pyjasa, o wiele mniej wiemy o nim samym. Dlaczego wybrał studia polonistyczne?

Już patrząc na niego i nic o nim nie wiedząc, można było domniemywać, że był poetą. Wybrał polonistykę, bo chciał być pisarzem i poetą. Kochał literaturę, czynił rozmaite pierwsze próby literackie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły