29 października
czwartek
Euzebii, Wioletty, Felicjana
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Na drzwiach ponieśli go

Ocena: 5
2223

– Naprawdę nazywał się Zbigniew Godlewski i miał 18 lat. Nie widziałem jego śmierci, usłyszałem krzyk: „Zabili go!” – okoliczności śmierci słynnego "Janka Wiśniewskiego" przybliża Henryk Mierzejewski, stoczniowiec, który w 1970 r. ulicami Gdyni niósł na drzwiach jego ciało

Gdynia, 17 grudnia 1970 r.: sześciu mężczyzn niesie ciało zabitego Zbigniewa Godlewskiego. W ostatniej dwójce, z lewej, Henryk Mierzejewski. Fot. arch. prywatne H. Mierzejewskiego

Z Henrykiem Mierzejewskim, jednym z tych, którzy 17 grudnia 1970 roku ponieśli ulicami Gdyni „naprzeciw glinom, naprzeciw tankom” złożone na drzwiach ciało Zbigniewa Godlewskiego, rozmawia Aleksandra Polewska

 

Jak do tego doszło, dlaczego to właśnie Pan?...

Od roku 1969 pracowałem w Stoczni Komuny Paryskiej w Gdyni i uczyłem się w wieczorowym Technikum Budowy Okrętów. W grudniu 1970 roku, po ogłoszeniu przez rząd podwyżek cen żywności, w stoczni gdyńskiej – podobnie jak wcześniej w gdańskiej – zawiązał się strajk. Wyszliśmy ze stoczni do miasta, skandując hasła: „Chodźcie z nami!”, „Precz z podwyżkami”, „Dla Gomułki suche bułki”. Jedyną osobą z miejscowych władz, która chciała z nami rozmawiać i do tego poparła nasze postulaty, był Jan Mariański, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej. Bardzo ucieszyło nas jego wsparcie. Wkrótce zawiązał się komitet strajkowy i milicja robotnicza, której zadaniem była ochrona członków komitetu. Zgłosiłem się do niej na ochotnika. Wieczorem nie wróciłem do hotelu dla uczących się przy ulicy Kapitańskiej, lecz poszedłem do Chyloni, gdzie mieszkała moja narzeczona Ewa, obecnie żona. Jej rodzice zgodzili się, abym przenocował w ich mieszkaniu.

 

Jak się wkrótce okazało, na szczęście dla Pana.

Tak, gdyż w nocy milicja urządziła w hotelu pacyfikację. Przecież tam mieszkali młodzi stoczniowcy; mieli tej nocy oberwać za strajk. Esbecy urządzili im przesłuchania, tzw. ścieżki zdrowia, część wywieźli, m.in. do więzienia w Wejherowie. Jednego ze spacyfikowanych wtedy kolegów spotkałem dziesięć lat później. Mówił, że wywieziono go do Rosji; czy to prawda? Może go tylko tak straszyli; powtarzam, co słyszałem. W każdym razie nie wolno mu już było wracać na Wybrzeże, pracował na Śląsku i miał zakaz kontaktu z ludźmi od nas. W domu rodziców Ewy słuchaliśmy wystąpienia Stanisława Kociołka. Wzywał stoczniowców, aby nazajutrz wrócili do pracy.

 

I to był 17 grudnia, tragiczny „czarny czwartek”?

Rano jechaliśmy z Ewą trolejbusem do pracy. Mijając stocznię, zobaczyliśmy szpaler czołgów. W trolejbusie wybuchła panika. Ewa pracowała w „Dalmorze”. Gdy ją odprowadzałem, już było słychać strzały. Wracam w kierunku stoczni i widzę naprzeciwko mnie skrwawiony tłum. Dosłownie: skrwawiony. Ludzie biegli i krzyczeli: „Mordercy!”. Na przystanku Gdynia Stocznia tłum wchodził na kładkę między torami, a od strony stoczni padały strzały. Byli zabici, ranni. Rzucaliśmy kamieniami. Zrozpaczeni, bezsilni, wściekli, chcieliśmy walczyć. Nienawidziliśmy ich.

 

Widział Pan śmierć „Janka Wiśniewskiego”?

Naprawdę nazywał się Zbigniew Godlewski i miał 18 lat. Nie widziałem jego śmierci, usłyszałem krzyk: „Zabili go!”. Stało się to na ulicy Czerwonych Kosynierów, dzisiaj Morskiej. Nie znałem go, ani ludzi, z którymi chwilę później wziąłem na ramiona jego ciało. Bezwładne, wyślizgiwało się z rąk. Doszliśmy do dworca Gdynia Główna i tam zdecydowaliśmy, że musimy zorganizować coś na kształt noszy, jakąś deskę, coś takiego.

 

Ostatecznie były to drzwi.

Kolega wystawił je z zawiasów, były to drzwi toalety z baraków stoczniowych . Położyliśmy na nich ciało Zbyszka i ruszyliśmy dalej. Przez cały czas był nad nami helikopter, nisko, robili zdjęcia, rzucali świece dymne. Ludzie wybiegali z wiadrami wody, wyłapywali świece i dusili w wodzie. Ktoś przyniósł nam krzyż. Gdy weszliśmy w ulicę Podjazd, rozległ się straszny huk, jakby z czołgu strzelili ślepakiem. Zostawiliśmy wtedy drzwi z martwym ciałem, rozpierzchliśmy się. Wkrótce inni ludzie podnieśli drzwi, te tragiczne mary, i poszli dalej, a tłum z nimi.

 

***
Zbigniew Godlewski (1952-1970), pracownik Stoczni Gdyńskiej im. Komuny Paryskiej. Powszechnie uważany za symbol ofiar Grudnia ‘70. O jego śmierci mówi „Ballada o Janku Wiśniewskim” z tekstem Krzysztofa Dowgiałły i muzyką Mieczysława Cholewy, wykorzystana w filmie „Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy, gdzie śpiewa ją Krystyna Janda, i w filmie „Czarny czwartek” Antoniego Krauzego, w interpretacji Kazimierza Staszewskiego.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 29 października

Czwartek, XXX Tydzień zwykły
+ Dzień Powszedni
Bądźcie mocni w Panu – siłą Jego potęgi. Przyobleczcie pełną zbroję Bożą.
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Ef 6,10-20; Ps 144,1b-2.9-10; Łk 13,31-35
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najczęściej czytane artykuły

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter