19 stycznia
piątek
Henryka, Mariusza, Marty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Ordynacja: choroba czy lekarstwo?

Ocena: 0
699

Zmiany w kodeksie wyborczym przedstawia się jako dowód, że PiS chce zrobić coś strasznego z samorządowymi wyborami. Trudno jednak znaleźć na to dowody.

fot. Irena Świerdzewska

Protestuje opozycja i związane z nią media. Ich obawy, acz punktowo uzasadnione, wydają się przesadne, choć zrozumiałe w kontekście wojny politycznej, jaka toczy się w Polsce. Skądinąd mamy w uchwalonej ustawie wiele rozwiązań proobywatelskich. Tyle że znikły one w ogólnej wrzawie.

 

Wspomnienie kompromitacji

Nad projektem PiS zmieniającym kodeks wyborczy ciąży wspomnienie roku 2014, kiedy to wybory samorządowe stały się ciągiem zdarzeń kompromitujących. Z jednej strony – pokazem organizacyjnej nieudolności Państwowej Komisji Wyborczej. Z drugiej – okazją do podejrzeń: w kilku województwach zwłaszcza kandydaci PSL otrzymali nieproporcjonalne do sondaży poparcie, a liczba głosów nieważnych przekroczyła wszelkie granice.

Ten czarny obraz inspirował aktywność Ruchu Kontroli Wyborów, on zaś stoi za rozumowaniem polityków PiS szykujących zmiany w kodeksie wyborczym. Wielu z nich wierzy, że możliwe są fałszerstwa wyborcze na dole, wyłanianym zaś przez lokalne elity komisjom warto patrzeć na ręce. A obecna PKW tego nie potrafi.

Niezależnie od tego, że dawnych fałszerstw nie udowodniono, zmiany niekoniecznie są bezsensowne. Nawet ekspert bliski opozycji, dr Jarosław Flis, krytyczny w innych kwestiach, chwalił pomysł stworzenia oddzielnego, niepowiązanego z sądownictwem aparatu wyborczego. Podobne postulaty pojawiały się wcześniej w rozmaitych reformatorskich raportach.
Tyle że czarnej wizji poprzednich wyborów samorządowych, która utrwaliła się w umysłach prawicy, opozycja przeciwstawia podejrzliwość wobec intencji obecnej władzy. I własną równie czarną wizję: fałszerstw w 2014 r. nie było, za to może dojść do zniekształcenia wyborów teraz.

 

Kto liczy głosy?

Stąd tak gwałtowne reakcje na skonstruowanie nowej Państwowej Komisji Wyborczej jako w swej większości reprezentacji sił parlamentarnych. Obrońcy nowych rozwiązań wskazują na to, że nie będzie to przecież reprezentacja samego PiS (pomijając już fakt, że sędziowie wejdą do PKW także). Przypominają, że tak jest w wielu państwach zachodnich. Niemniej wrażenie, że bezstronny personel sędziowski jest zastępowany przez polityków, to część większej całości. Ten spór przypomina symboliczną wojnę o Krajową Radę Sądownictwa.

Z tego punktu widzenia związanie nowego aparatu wyborczego z ministrem spraw wewnętrznych jawi się jako zabieg mało dyplomatyczny. Znów można powtarzać, że tak jest w wielu państwach zachodnich. W tych państwach nie toczy się wszakże wojna na śmierć i życie między rządzącymi i opozycją, przeciwnie – panuje daleko posunięty konsensus. W Polsce zaś Mariusz Błaszczak stał się jednym z najbardziej wyrazistych symboli państwa PiS.

Tym bardziej gwałtowne sprzeciwy opozycji wywołał zamysł obdarzenia komisarzy wyborczych – powoływanych już nie spośród sędziów – dużymi uprawnieniami, choćby prawem ustalania granic okręgów wyborczych. I znowu: argument, że w tej chwili określają je sami zainteresowani, czyli organy samorządu (z pewnością więc politycy) brzmi przekonująco. Ale podejrzewanie komisarzy, że będą w całym kraju działali na rzecz pisowskiego zwycięstwa, zbieżny jest z narracją przedstawiającą zmiany jako skok prawicy na wymykającą się jej dziś władzę samorządową.

Dla porządku warto podkreślić, że – według ostatecznej wersji uchwalonej przez Senat – Krajowe Biuro Wyborcze obsadzane jest w sposób bardziej skomplikowany, więc z mniejszym wpływem szefa MSW, niż planowano początkowo, a komisarze nie będą mogli kształtować okręgów wyborczych według swojego widzimisię. PiS się więc częściowo cofnął.

 

Ryzyko kontra ryzyko

Nie zrobił tego w innych spornych punktach. Znamienny jest tu przykład wojny o krzyżyk. Działacze Ruchu Kontroli Wyborów głosili, że jeden wzór zaznaczania swoich preferencji przez wyborców to najlepsza recepta na masowe unieważnianie głosów. Wystarczy do krzyżyka dodać pojedynczą kreskę. Za ich intuicjami przemawiała rosnąca liczba głosów nieważnych w kolejnych wyborach.

Ale z kolei wprowadzenie większej dowolności graficznej formy głosu (niekoniecznie krzyżyk), łącznie z możliwością jego „poprawiania”, wywołuje teraz alarm opozycji. Dla niej właśnie ten luz interpretacyjny ma być okazją do manipulacji. Prawdę mówiąc, obie opinie brzmią przekonująco. Jedno ryzyko fałszerstw zastępuje się innym ryzykiem.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły