15 września
niedziela
Albina, Nikodema, Marii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Stracimy czy zyskamy?

Ocena: 0
1330

– Czy warto znaleźć się w miejscu, gdzie ścierają się interesy Arabii Saudyjskiej, Iranu i Izraela? – mówi dr Paweł Kowal.

Fot. Lukas Plewnia flickr.com CC BY-SA 2.0 Link

Z dr. Pawłem Kowalem z Instytutu Studiów Politycznych PAN, byłym wiceministrem spraw zagranicznych, rozmawia Piotr Kościński

 

Czy Pana zdaniem konferencja bliskowschodnia w Warszawie – zaplanowana na luty – w ogóle się odbędzie? „Wall Street Journal” sugerował, że wobec braku znaczących uczestników sekretarz stanu USA Mike Pompeo będzie zmuszony ją odwołać.

Tego na razie nie wie nikt, bo choć Polska ma być gospodarzem tej konferencji, to jej głównym operatorem są Amerykanie. Trzeba im dać trochę czasu na działanie – na rozmowy, a nawet na perswazję. Informacje prasowe w tej sprawie mnie nie przekonują.

Czy rzeczywiście ma być to konferencja antyirańska?

Mike Pompeo postąpił niezbyt zgodnie z tradycją amerykańską, bo ogłoszenie, że konferencja się odbędzie, nie zostało skoordynowane z gospodarzem, czyli z Polską. A mówiąc o tym wydarzeniu, uczynił wrażenie, że będzie wymierzone w Iran. Jeśli więc z organizacją tego przedsięwzięcia coś nie wyjdzie, winien będzie sam Pompeo. Gdyby postąpił inaczej, gdyby w odmienny sposób USA i Polska wspólnie zaprezentowały projekt konferencji, wszystko potoczyłoby się inaczej.

Na razie chętnych do udziału jest bardzo niewielu. Nie przyjedzie np. szefowa unijnej dyplomacji Federica Mogherini.

Pewny jest przyjazd ministrów spraw zagranicznych dwóch krajów: Węgier i Litwy. A reakcja Unii Europejskiej jest rzeczywiście chłodna. Ale trudno się dziwić, bo UE była zaangażowana w negocjacje z Iranem, a decyzja Stanów Zjednoczonych wyjścia z osiągniętego także dzięki Unii porozumienia [uzyskane w 2015 r., zakładało ograniczenie irańskiego programu atomowego w zamian m.in. za możliwość eksportu ropy przez ten kraj – przyp. red.], nie mogła zostać w Brukseli przyjęta przychylnie. Wstrzemięźliwe jest również stanowisko Niemiec i Francji, a nawet Wielkiej Brytanii. To zaś oznacza, że mniejsze państwa będą reagowały bardzo ostrożnie. Możemy mieć do czynienia z prawdziwą reakcją łańcuchową niechęci do uczestnictwa w konferencji.

Skoro jest tak skomplikowana sytuacja, warto chyba zadać pytanie: co możemy zyskać na wspieraniu Stanów Zjednoczonych i ich pomysłu konferencji bliskowschodniej?

Na naszym gruncie wewnętrznym powinna się odbyć w tej sprawie dyskusja w ramach Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Wspólnie z opozycją, choć zapewne nie publicznie, rząd winien opracować koncepcję długofalowego „pakietu sojuszniczego”. Bo oczywiście są rzeczy, których możemy oczekiwać od USA. Choćby Fort Trump. Jest też kwestia gazociągu Nord Stream, ostatnio tak krytykowanego przez Waszyngton. Pytanie, czy Amerykanom rzeczywiście chodzi o jego zablokowanie, czy też o zdenerwowanie państw UE biorących udział w jego budowie. Jeśli to pierwsze, to bardzo dobrze.

W relacjach ze Stanami Zjednoczonymi średniej wielkości państwo europejskie, takie jak Polska, ma o co grać. Nie wiemy jedynie, czy „pakiet sojuszniczy” istnieje i czy został dobrze skonfigurowany.

Co powinniśmy robić w tej trudnej sytuacji?

Przede wszystkim, to Stany Zjednoczone winny działać profesjonalnie, a tak się nie stało. O propozycji zwołania konferencji bliskowschodniej mówi się już od ponad roku. Jeśli do niej nie dojdzie, będzie to sytuacja kuriozalna dla polskiej dyplomacji – zapłacimy jakieś koszty bez realizacji całego przedsięwzięcia.

Jeśli jednak konferencja się odbędzie, to nie należy się tym gorszyć. Wielu ludzi, w tym ja, wskazywało na potrzebę porozumienia z Iranem – ale też wielu je kwestionowało. Polska zaangażowała się gospodarczo we współpracę z Teheranem, na horyzoncie były dwa-trzy kontrakty, trzeba starannie rozważyć, co przyniesie korzyści, a co straty. Takie rozważania też nie powinny dziwić czy niepokoić.

Irańczycy zareagowali bardzo ostro: wypomnieli nam natychmiast, że podczas II wojny światowej ratowali Polaków, którzy wyszli z ZSRR, a teraz my się przeciwko nim zwracamy…

Iran istnieje jako państwo Persów od kilku tysięcy lat i ma bardzo dobrą dyplomację. Zna polską mentalność i wie doskonale, że argumenty historyczne na nas działają. Potrafi też straszyć. W jego interesie leży oczywiście, by konferencja nie doszła do skutku, i w zrobi, co tylko można, by tak się stało.

Trzeba spokojnie i poważnie się zastanowić: czy ewentualna konfrontacja z silnym graczem na wschodzie leży w naszym interesie? Czy naprawdę warto znaleźć się w miejscu, gdzie ścierają się interesy Arabii Saudyjskiej, Iranu i Izraela? Jaka będzie cena naszego udziału w konferencji bliskowschodniej, a jakie korzyści? Sytuacja polskiej dyplomacji jest zdecydowanie niekomfortowa. Kraje średniego szczebla wolą angażować się w misje pokojowe i mediacje, bywają brokerami dobrych idei, a raczej nie podejmują działań konfrontacyjnych.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarz, politolog, analityk, działacz społeczny. W przeszłości związany z "Tygodnikiem Demokratycznym", "Kurierem Polskim" i "Rzeczpospolitą". Specjalizuje się w tematyce wschodniej.

NIEDZIELNY DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 15 IX



Najczęściej czytane artykuły

- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -