2 czerwca
wtorek
Marianny, Marcelina, Piotra
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Dzieci biorą się z cudu

Ocena: 3.43333
3702

Któregoś dnia Ania wracała z kościoła z żoną brata ze wspólnoty. Kobieta podpytywała, czy nie myślą o drugim dziecku. Myśleli, starali się o nie, ale znów nie wychodziło. Minęły dwa lata od narodzin Michała. – Tym razem podeszłam do tego już z większą cierpliwością – mówi Ania. – Mieliśmy już jednego syna i gdyby miało tak pozostać, byliśmy na to przygotowani.

Ale Andrzej znów droczył się z Panem Bogiem: „Dziękuję Ci, Boże, za Michała, ale daj mi znak, czy ma być jedynakiem, czy szykujesz dla niego rodzeństwo”. Rodzina wypytywała, zarówno o pierwszą ciążę, jak i drugą: „Czy wy w ogóle planujecie dzieci?”, „Kiedy?”, „Nie tylko praca się liczy”. Dziś wiedzą, że nikomu takich pytań zadawać nie wolno, bo nie wiadomo, z czym młodzi się borykają.

Kobieta – żona brata z neokatechumenatu – zapytała, czy Ania słyszała o naprotechnologii. Nie słyszała. Runęła do internetu czytać na ten temat. Znalazła koordynatorkę, która zajmowała się nią przez kolejne miesiące. Ania miała się dokładnie obserwować kilka razy dziennie i prowadzić dzienniczek tych obserwacji. Z każdego dnia fazy płodnej zaznaczała w nim najlepszą porę do poczęcia. Znała swój organizm od podszewki. Taki instruktaż trwa zwykle pięć–sześć miesięcy, a potem z udokumentowanym przez siebie cyklem idzie się do lekarza, który pomaga go zinterpretować.

Przy naprotechnologii trzeba dużo cierpliwości
i samodyscypliny. Ale warto!

Ania i Andrzej trafili do kliniki Pro Familia na Ursynowie. – Gdy się wchodziło o gabinetu, widać było, że lekarka trwa mocno przy Bogu – wspomina Ania. – Na ścianach wisiały laurki, a nad nimi napis: „Nasze dzieci”. Byłam tam traktowana podmiotowo. Lekarka poświęciła mi półtorej godziny, a zanim przeszła do oglądania badań i wykresów, przeprowadziła ze mną długi wywiad. Wreszcie lekarz, który chciał mnie wysłuchać i chciał poznać moją historię. Wreszcie nie było presji czasu i nastawienia na szybkie efekty, jak w Novum. Wreszcie traktowano nas indywidualnie, a nie w sposób ustandaryzowany, taśmowo.

Lekarka zaleciła farmakologię i robienie ankiet dotyczących cyklu razem z mężem. Miał być równie zaangażowany co żona. Przed spodziewanym najlepszym z dni płodnych mieli odpoczywać, nie działać jak automaty co drugi dzień, tylko zrobić sobie święto tego konkretnego dnia. W październiku na teście ciążowym pojawiły się dwie kreski. „Spokojnie, pani Aniu, proszę się za wcześnie nie cieszyć – mówiła łagodnie lekarka. – Ten lek może dawać takie efekty”. To jednak była ciąża.

Trzy dni przed Wigilią Ania i Andrzej poszli na USG. Był dziewiąty tydzień ciąży. Ania z niecierpliwością wypatrywała małego. „Jest!” – wykrzyknęła. „Jest, pani Aniu, ale niestety nie żyje. Przykro mi” – usłyszała. To były trudne święta.

Inny lekarz tłumaczył im potem spokojnie: „Tak może być, widocznie dziecko było tak chore, że natura sama postanowiła się z tym uporać”.

 

Święci i napro

Mieli odczekać trzy miesiące, zanim na powrót zaczną się starać o kolejne dziecko. W maju znów dwie kreski na teście. To już był Mateusz. Zdrowy, dorodny, dziś urwis jakich mało.

– Przy naprotechnologii trzeba dużo cierpliwości i samodyscypliny – tłumaczy Ania. – U nas ta metoda zadziałała nadzwyczaj szybko. Rodziłam w Domu Narodzin w szpitalu św. Zofii. Zgodę na to dostają tylko zdrowe kobiety z prawidłowo przebiegającą ciążą nieobarczoną ryzykiem komplikacji porodowych. Kiedy chciałam, mogłam wejść do wanny, światło było przyciemnione, sączyła się muzyczka. Byliśmy sami w pokoju przez całą dobę. A co najważniejsze: zaraz po porodzie położono mi na brzuchu Mateusza i mogliśmy się nim cieszyć całe dwie godziny, zanim poszedł na ważenie, mierzenie i badanie. To były cudowne chwile i nagroda.

Wiedzą, że i Michał, i Mateusz są wymodleni. W sprawę zaangażowana była i św. Joanna Beretta Molla, przy której relikwiach Andrzej prosił o drugie dziecko, i Jasna Góra, na której dziękowali za Miśka i prosili o jeszcze. – Bardziej próbowaliśmy u Pana Boga niż u ludzi – podkreśla Ania. – I tak to mamy dwóch budrysów: jednego z cudu, drugiego z naprotechnologii.

Dziś wiedzą, że cała ta ich historia była po coś. – Mam dzięki temu spokój, że chłopcy są dobrze zaopiekowani, że Bóg nad nimi czuwa. Po tych doświadczeniach łatwiej mi jest ich zawierzać Bożej opatrzności. Wierzę, że nawet jeśli stanie się coś nie po mojej myśli, to stanie się po coś.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

- Reklama -

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 2 czerwca

Wtorek, IX Tydzień zwykły
+ dzień powszedni albo wspomnienie świętych męczenników Marcelina i Piotra
«Oddajcie cezarowi to, co należy do cezara,
a Bogu to, co należy do Boga».

+ Czytania liturgiczne (rok A, II): 2P 3,12-15a.17-18; Ps 90,2.4.10.14.16; Mk 12,13-17
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane komentarze

- Reklama -


Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter