8 grudnia
środa
Marii, Światozara, Makarego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Maksymiliana życie na maksa

Ocena: 0
642

Współwięźniom w Auschwitz odstępował miskę zupy i chleb, wreszcie za jednego z nich oddał życie. Co w jego duchowym wzrastaniu sprawiło, że został „męczennikiem miłości”?

fot. archiwum oo. franciszkanów w Niepokalanowie

Aresztowanie franciszkanów z Niepokalanowa

„Wielu z nas straciło nadzieję, (…) rzucało się na druty (…). Straciłem wiarę, a o. Kolbe mi ją przywrócił! (…) wiedział, że jestem Żydem, lecz (…) on kochał wszystkich” – tak w 1949 r. wspominał Zygmunt Gorson, współwięzień o. Maksymiliana Kolbego w KL Auschwitz.

Do takiego stopnia świętości Maksymilian doszedł w ciągu niespełna 50 lat życia.

 


DUCHOWNY I WYNALAZCA

Rajmund Kolbe, późniejszy ojciec Maksymilian Maria, urodził się w 1884 r. w Zduńskiej Woli. – Jako psotne dziecko do spokoju ducha dochodził długo – mówi Teresa Wontor-Cichy, historyk Muzeum Auschwitz. – Przyczyniła się do tego trzymająca go w ryzach matka i wyniesiona z domu wrażliwość religijna. Omodlenie każdej sprawy porządkowało myśli i owocowało pokojem.

Po skończeniu seminarium franciszkańskiego we Lwowie wcale nie był pewien kontynuowania drogi życia zakonnego. Interesowały go matematyka i fizyka oraz wynalazki. – Jako piętnastolatek zgłosił do wiedeńskiego urzędu patentowego m.in. telegraf piszący oraz aparat zapisujący mowę i głosy natury – mówi Teresa Wontor-Cichy. – Gdy szedł do ojca prowincjała z zamiarem opuszczenia seminarium, został wezwany do rozmównicy. Jego matka przyjechała mu oznajmić, że oboje z ojcem wstępują na drogę życia konsekrowanego. Ostatecznie obydwoje zostali tercjarzami i zamieszkali przy klasztorach. To przeważyło o jego pozostaniu na ścieżce zakonnej.

Nie zaniechał jednak swoich pasji wynalazcy. W czasie studiów na Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie oraz po złożeniu ślubów wieczystych zrobił dwa doktoraty: z filozofii i teologii, a w 1915 r. złożył w urzędzie patentowym szkic „etereoplanu” – dziś powiedzielibyśmy: rakiety. Jednocześnie pogłębiał życie duchowe. Jeszcze podczas studiów w Rzymie w 1917 r. założył apostolski związek duszpasterski Rycerstwo Niepokalanej, którego symbolem jest cudowny medalik przedstawiający Niepokalaną – ikonę zwycięstwa nad złem. Mimo wykształcenia i licznych podróży zagranicznych pozostawał blisko prostego ludu robotniczego, wśród którego wzrastał w Zduńskiej Woli, Łodzi i Pabianicach. Przykład znów dali mu rodzice – choć ubodzy, zawsze gotowi pomóc jeszcze uboższym od nich.

Kolejnym „wielkim projektem” o. Maksymiliana był Niepokalanów. W 1927 r. – 8 grudnia, w święto Niepokalanego Poczęcia NMP – prowincjał franciszkanów poświęcił założony pod Warszawą klasztor. Zakonnik rozszerzył działalność o Małe Seminarium Misyjne, a jako wydawca „Małego Dziennika” został wybrany do zarządu głównego Rady Naczelnej Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Jednak Maksymilian miał plany wychodzące daleko poza granice kraju. W 1930 r. dostał zgodę na stworzenie placówki misyjnej w Nagasaki w Japonii, którą otworzył rok później. W planach miał podobne w Syrii, Egipcie, Indiach i Chinach. Założony przez niego „Rycerz Niepokalanej” w wersji japońskiej osiągnął nakład 64 tys. egzemplarzy. Zafascynowała go tamtejsza mała radiofonia, więc po dwóch latach od powrotu do podwarszawskiego Niepokalanowa w 1936 r. uruchomił radiostację. Rok później w eterze rozległ się sygnał na melodię „Po górach dolinach” i zapowiedź: „Tu stacja polska 3, Radio Niepokalanów”. Wychodził z założenia, że do walki z Bogiem i człowiekiem używa się nowoczesnych środków przekazu, więc dla Boga i uświęcenia człowieka powinno się stosować środki najnowocześniejsze.

– Rok wcześniej uruchomił tam też małą elektrownię i powziął zamiar stworzenia telewizji, studia filmowego i lotniska, współbraci szkolił na pilotów, założył też straż pożarną – mówi Teresa Wontor-Cichy. – Trwał na stanowisku gwardiana klasztoru w Niepokalanowie – wówczas, z 700 zakonnikami, najliczniejszego katolickiego zgromadzenia na świecie – i dyrektora tamtejszego wydawnictwa. Miał w swoim zakonie zwolenników i „niezwolenników”, nazywających go „szalonym Maksiem”. Nie rozumieli jego wizjonerstwa i entuzjazmu. A ich dowodem są przecież Niepokalanów, który zbudował na ściernisku, i Nagasaki, którego położenie, kwestionowane przez wielu, ale przy którym upierał się zakonnik, ocaliło klasztor przed skutkami wybuchu bomby atomowej w 1945 r. Dowodem jest i codzienna praca dziennikarska, służąca wzrostowi intelektualnemu odbiorców i scaleniu społeczeństwa, mówiącego trzema językami zaborców, z dużym odsetkiem analfabetów.

 


SYNU, NIE BIJ

Z nastaniem okupacji niemieckiej działalność medialna klasztoru została zawieszona, po tym jak 19 września o. Maksymilian wraz z 37 innymi zakonnikami został aresztowany. Przeszedł trzy obozy internowania, jednak tym razem został zwolniony 8 grudnia 1939 r. – w święto Niepokalanego Poczęcia NMP. Widocznie Maryja miała dla niego kolejne wyzwanie, bo wróciwszy do Niepokalanowa, założył ośrodek usług dla okolicznej ludności i bezdomnych. W klasztornych warsztatach franciszkanie naprawiali i wytwarzali rolnicze narzędzia pracy, prowadzili stolarnię, tartak, kuchnię, pracownię zegarmistrzowską, punkt naprawy rowerów, punkt sanitarny, mleczarnię.

– Klasztor z klauzurowego przekształcił się w otwarty, gdy przyjął pod jego dach kilka tysięcy uciekinierów: wysiedleńców z Wielkopolski i Żydów – mówi Teresa Wontor-Cichy. – W lutym 1941 r. Gestapo aresztowało pięciu franciszkanów, z których czterech od razu trafiło do KL Auschwitz, a jednego – o. Kolbego – przesłuchiwano do maja, co też skończyło się obozem w Auschwitz. Będąc tam, emanował pokojem, choć doświadczył brutalności nadzorców i nieludzkiej pracy, która połączona z głodem i chorobami skutkowała śmiercią. A o. Kolbe już wtedy żył z jednym płucem, i to zajętym przez gruźlicę.

Pracował najpierw przy zwożeniu żwiru na budowę parkanu przy krematorium, potem przy stawianiu ogrodzenia wokół pastwiska, a gdy chorował – w pończoszarni i kartoflarni. Mimo zakazu wszędzie potajemnie spowiadał, głosił kazania, odprawiał Msze św. Wiedział, co go czeka, wszak jako dziewięciolatek wybrał obie z proponowanych w widzeniu Maryi korony: białą, symbolizującą czystość, i czerwoną na znak męczeństwa.

Ewangelizował własną postawą. – Gdy Tadeusz Pietrzykowski, przedwojenny wicemistrz Polski w boksie, zobaczył, jak kapo bije tego wynędzniałego okularnika, zaproponował, by do walki stanął z nim – w ramach dopuszczonych w obozie rozgrywek sportowych – mówi Teresa Wontor-Cichy. – W ferworze walki poczuł dotknięcie czyjejś ręki i głos: „Synu, nie bij”. Po kolejnym upomnieniu wrzasnął: „Jaki ja dla ciebie syn! Życie ci ratuję!”. Podczas późniejszej rozmowy o. Kolbe tłumaczył, że należy unikać gwałtowności i lepiej tę energię przeznaczyć na budowanie więzi między sobą. Pietrzykowski odszedł nieprzekonany, ale już przy kolejnym spotkaniu podarował zakonnikowi swój chleb. Ktoś go jednak ukradł i bokser już wyrywał się z pięściami, gdy o. Maksymilian powiedział: „Zostaw go, był głodny”. Po wojnie bokser stał się jego orędownikiem.

W 1920 r. o. Maksymilian spisał dla siebie Reguły życia, które rozpoczynało postanowienie stania się największym świętym, by jego imieniu zakonnemu stało się zadość. Zwłaszcza dwie z nich spełnienie znalazły w KL Auschwitz: „Nie opuszczę żadnego zła bez naprawienia go i żadnego dobra, do którego mógłbym się przyczynić” oraz „Zawsze spokojne, nacechowane miłością działanie”. – Wymagał przede wszystkim od siebie, od franciszkanów także dużo, od innych – na miarę ich możliwości, a dla współwięźniów był pedagogiem – mówi Teresa Wontor-Cichy.

 


ŻYCIE NABRAŁO CENY

Pod koniec lipca uciekł z obozu więzień, za co na śmierć głodową Niemcy skazali dziesięciu więźniów z jego baraku. – Jeden z nich, Franciszek Gajowniczek, szczególnie rozpaczał, że osieroci żonę i dzieci – mówi Teresa Wontor-Cichy. – Wtedy o. Kolbe poprosił Niemca o możliwość zastąpienia tego skazańca, czym wprawił go w takie zdumienie, że ten zgodził się na wymianę. Jego postawa w celi śmierci, wśród krzyczących z rozpaczy i bluźniących przeciw Bogu współwięźniów, także sprawiła, że zaczęli się modlić, a on ich spowiadał i godził z Bogiem. Po dwóch tygodniach został dobity zastrzykiem z fenolem w serce. W akcie zgonu Niemcy napisali o „niedoczynności mięśnia sercowego”.

Od momentu wyzwolenia obozu kielich i różaniec, ofiarowane przez o. Kolbego współwięźniowi, eksponowane są w relikwiarzach, podobnie jak jego włosy, które zachował klasztorny fryzjer jeszcze przed wyjazdem o. Maksymiliana do Nagasaki, a potem ze strzyżenia we wrześniu 1939 r. Jego współcześni mieli więc świadomość obcowania ze świętym, który wraz z nastaniem okupacji nie skorzystał z możliwości ucieczki za granicę, a potem zwolnienia z obozów internowania, wreszcie dał z siebie najwyższą ofiarę. Wiedział, że Niepokalana posłała go wszędzie tam, by wzmacniał bliźnich. Tak w eseju o jego obozowym poświęceniu pisał Jan Józef Szczepański: „Życie okupione śmiercią znów nabierało ceny”.

Zaraz po zakończeniu wojny generał franciszkanów podjął starania o beatyfikację o. Kolbego. Rozpoznawano zeznania 75 świadków i jego pisma. W 1971 r. jako wyznawcę beatyfikował go papież Paweł VI. Do kanonizacji – także jako wyznawcy – potrzebne były dwa nowe uzdrowienia, jednak papież Jan Paweł II wydał dekret o odstąpieniu od tego wymogu i 10 października 1982 r. kanonizował go jako męczennika miłości – po raz pierwszy używając tej kwalifikacji, dotąd bowiem na ołtarze wynoszono męczenników za wiarę.

Św. Maksymilian Maria Kolbe jest patronem energetyków, rodzin, honorowych dawców krwi. Co ciekawe, inspirują się nim przedsiębiorcy, widząc w nim wzór konsekwentnego i zaradnego menedżera. Dlatego grupa biznesmenów z Polski podjęła próbę ustanowienia go patronem przedsiębiorców i start-upów.

Pozostaje niedoścignionym przykładem miłości aż po śmierć. To właśnie ta miłość popychała go do podejmowania tak odważnych inicjatyw, przy wykorzystaniu dostępnych wtedy środków. Ciekawe, jakie przedsięwzięcia rozwijałby Maksymilian dziś, przy obecnym rozwoju technologicznym.

Korzystałam z książki „Św. Maksymilian Maria Kolbe” o. Leona Dyczewskiego OFMConv i filmu dok. „Męczennik miłości”
w reż. T. Wojciechowskiego i L. Wasiuty

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 7 grudnia

Wtorek, II Tydzień Adwentu
Wspomnienie św. Ambrożego, biskupa i doktora Kościoła
Oto nasz Pan Bóg przyjdzie z wielką mocą.
+ Czytania liturgiczne (rok  C, II): Mt 18,12-14
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

- Reklama -


E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter