16 listopada
piątek
Gertrudy, Edmunda, Marii
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Trzymam cię. Tata

Ocena: 0
1299

Kiedy już byłem na dnie i chciałem popełnić samobójstwo, Bóg przemienił moje życie – mówi raper Piotr Plichta „Poison”, szczęśliwy mąż i ojciec.

fot. arch Piotra Plichty

Na koncertach ludzie płaczą przy utworze o cudzie narodzin córeczki Poli i miłości do niej. Trudno uwierzyć, że śpiewa to twardziel, który brał dragi, sterydy, psychotropy, bił, włamywał się i chodził na ustawki pseudokibiców.

– Pochodzę ze Stalowej Woli, z normalnej, katolickiej rodziny. A jednak popłynąłem – opowiada o sobie.

Od dziecka był uzdolniony muzycznie, pisał teksty piosenek, rysował i rzeźbił. Urodzony u progu wolności, w 1987 r., nie doświadczył już peerelowskiej szkoły. Ale w niedużym mieście z walczącym o przeżycie przemysłem brakowało mu perspektyw na życie.

– W szkole średniej chciałem pokazać kolegom, że jestem nie do złamania. Dołączyłem do pseudokibiców. Ustawialiśmy się z innymi klubami i biliśmy się. Byłem szybki, koledzy chcieli zabierać mnie wszędzie i wystawiali na „solówki” – wspomina „Poison”.

– Zacząłem brać anabole, bo w tej subkulturze tak jest: im większy masz kark, tym większy respekt czują inni. Sterydy też sprzedawałem, wiedziałem o nich wszystko. Wkręciłem się jeszcze w narkotyki, zacząłem od marihuany. Paliłem codziennie przez cztery lata. Kosztowałem wszystkiego: psychotropów, grzybów halucynogennych, amfetaminy. Były momenty, że zaczynałem zapominać podstawowe słowa, na przykład jak się nazywa leżący na stole przedmiot, którym był długopis. Zawaliłem w szkole rok, bo interesowało mnie tylko, jak zdobyć narkotyki. Stawałem się coraz bardziej agresywny, kolegów z klasy potrafiłem zaciągnąć w szkole do toalety i bić z głowy. Moim wzorem byli ludzie, którzy upokarzali innych. Najbardziej imponowali tacy kibice jak ten, który dostał cegłówką i przeżył. Albo inny, pałowany przez dziesięciu policjantów, co się nie ugiął. Taki był dla mnie kozakiem, wzorem faceta, wydawało mi się to takie męskie – opowiada. – Sięgnąłem dna. Nie mogłem na siebie patrzeć, w lustrze widziałem trupa.

 

Choćby nam mówili,
że nie mamy szans
To nieprawda,
Duch Święty jest w nas

„Po co właściwie istnieję” – myślałem i chciałem ze sobą skończyć. Wydawało mi się, że skoczyć z dziesiątego piętra to dla mnie pikuś, nie bałem się śmierci. Leżąc na łóżku i tak rozmyślając, w pewnej chwili powiedziałem: „Boże, jeżeli naprawdę istniejesz, jeżeli mnie uratujesz, to oddam ci całe moje życie”. Nagle poczułem, jak moje ciało od nóg aż po czubek głowy wypełnia ciepło, w sercu zacząłem czuć pokój. Pomyślałem: „Zwariowałem”, ale w mojej głowie pojawiły się słowa: „Wszystko będzie dobrze”, i jakieś przeświadczenie, że Bóg mi pomoże. Płakałem bardzo tej nocy, jakbym się oczyszczał. Na drugi dzień czułem wewnętrzną siłę, jakiej dotychczas nigdy nie odczuwałem i nie miałem. Wszystko zaczęło nabierać innego wymiaru, przestało być szare, zacząłem inaczej myśleć. Chciałem się pojednać z ludźmi, którym ubliżałem – wspomina.

To było dziesięć lat temu: zaczęła się metamorfoza, która trwa do dzisiaj. Od momentu, kiedy pomodlił się pierwszy raz, znikła potrzeba brania narkotyków. Trafił do protestanckiej wspólnoty chrześcijan wiary ewangelicznej, która spotykała się kościele na rozważanie Słowa Bożego.

– Zadzwonili ziomale i miałem odwagę powiedzieć: „Stary, ale ja już nie biorę”. Trzy-cztery tygodnie później nie mogłem wytrzymać, żeby nie pójść do nich na osiedle. Chłopaki siedzieli przy piaskownicy, podawali sobie szkło, leciały browary. Wpadam do nich z Pismem Świętym, czytam o kochającym nas Jezusie, opowiadam o swoim nawróceniu. Niektórzy zaczęli się śmiać, mówili, że zwariowałem, trafiłem do sekty, że jestem z „jehowy”. Ale jeden z kolegów chciał zmienić swoje życie. „Jezu, chcę Cię poznać jak Piotrek, przyjdź i zmień coś w moim życiu” – modlił się. Tak jak ja poczuł wypełniające ciepło. Następnego dnia wyrzucił z szafy cały towar, którym handlował. Pomyślałem wtedy: „To działa”. Bóg zaczął się mną posługiwać! Zacząłem chodzić po osiedlu mówić o Jezusie, a ci którzy się nawrócili, przekazywali to innym osobom. Tworzyła się atmosfera, którą ludzie nazywali „przebudzenie”.

 

Gdyby pytali: tożsamość mi znana
Mam geny Króla,
dziedzictwo mego Pana

W nawróceniu Piotra Plichty znaczący udział miała żona Emilia. – Poznaliśmy się w szkole średniej, kiedy jeszcze byłem rozrabiaką. Ona chodziła do starszej klasy. Miałem depresję, Emilka była jedyną osobą, która o mnie pamiętała, przyniosła drobny prezent urodzinowy. Ta bezwarunkowa miłość coś we mnie złamała. Zakochałem się. Emilka pomogła mi wiele zmienić. Kiedy miałem słabsze dni i próbowałem jeszcze popalać, utwierdzała mnie: „Po co masz wracać na osiedle?”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarka, absolwentka SGGW i UW. Współpracowała z "Tygodnikiem Solidarność". W redakcji "Idziemy" od początku, czyli od 2005 r. Wyróżniona przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich w 2013 i 2014 r.

 
- Reklama -


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -