28 lutego
niedziela
Romana, Ludomira, Lecha
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wojownik z Madagaskaru

Ocena: 0
761

Misjonarz musi być zdrowy, zarówno psychicznie, jak i fizycznie. - mówi Daniel Kasprowicz, misjonarz świecki, podróżnik i autor bestsellerowych książek, w rozmowie z Iwoną Flisikowską

fot. arch. Daniela Kasprowicza

Jak to się stało, że wybrałeś Czerwoną Wyspę jako miejsce swojej pracy misyjnej?

Myślę, że nie ja wybrałem Madagaskar na miejsce mojej pracy misyjnej i humanitarnej, tylko było zupełnie odwrotnie. Podobnie jest z posługą świeckiego misjonarza, którym się nie zostaje, tylko jest się do tego powołanym. Nie jest to ani wyuczony zawód, ani profesja, o której marzyliśmy w dzieciństwie. Wprawdzie na papierze stałem się misjonarzem w 2015 r., ale potrzebę posługiwania na misjach po raz pierwszy poczułem w 2011 r. Wyjechałem wówczas na wolontariat misyjny do Bemaneviky, małej wioski w buszu na Madagaskarze. I wtedy tego doświadczyłem: chcę tu wracać i pomagać. Następnie był dwumiesięczny wolontariat w 2012 r., a po ukończeniu studiów w 2014 r. wyleciałem na rok. Po roku rozeznawania na misjach odkryłem powołanie i podczas urlopu w Polsce zgłosiłem się do Komisji Episkopatu Polski ds. Misji. Tam zapisano mnie w poczet polskich misjonarzy, których na dzień dzisiejszy jest 1903, w tym 42 to osoby świeckie.

 

Z jakimi trudnościami spotykasz się na co dzień w pracy z Malagaszami?

Z perspektywy czasu trudności bardzo się zmieniały. Pierwsze, co musimy zrozumieć, to fakt, że współczesne misje to zupełnie coś innego niż misje sprzed epoki kolonializmu. Niezmienna pozostaje idea, czyli niesienie Chrystusa do najbardziej oddalonych zakątków świata, ale dzięki lepszemu finansowaniu czy technologii można w sposób bardzo efektywny pomagać, jak też odnaleźć się na miejscu. Język na początku zawsze sprawia najwięcej trudności, zwłaszcza w miejscu, gdzie występuje kilka dialektów. Żeby zrobić cokolwiek, najpierw trzeba się dogadać, a nie zawsze postkolonialne języki, takie jak francuski, hiszpański czy angielski, są wszystkim znane. W najbiedniejszych regionach dominuje język rodzimy. Kolejną trudnością, choć nie dla wszystkich, jest ogromna różnica kulturowa. Na misje trzeba wyjechać z otwartym umysłem i ogromną chęcią nauki. W swoich książkach próbuję przekazać zawsze informuję, że nie mamy prawa oceniać ludzi z innych krajów, bo bez znajomości tradycji, historii czy nawet rodzinnych sytuacji nie wiemy, czym dany człowiek się kieruje. Coś, co w naszym rozumieniu będzie niekulturalne, jak splunięcie przy osobie idącej tuż obok ciebie, w innym miejscu będzie zupełnie normalne. I wreszcie klimat – od niemiłosiernie upalnego dnia do chłodnawej nocy. Misjonarz musi być zdrowy, zarówno psychicznie, jak i fizycznie.

Trudności rodzą się też z zupełnie innej, bardziej ludzkiej strony. Wyjazdy na misje to nie tylko trudności emocjonalne czy behawioralne, ale też finansowe. Posługa misjonarza świeckiego jest charytatywna i wolontariacka, więc na misji otrzymuje się zakwaterowanie, wyżywienie i miejsce posługiwania. Lokalny biskup zapewnia podstawowe potrzeby egzystencjalne, ale pozostaje jeszcze wiele kwestii, m.in. zakup biletów. Swój pierwszy bilet na wolontariat kupiłem za pieniądze ze stypendium naukowego i te, które mama odłożyła na moje prawo jazdy. Kolejny zakup biletu i ubezpieczenia był możliwy dzięki zbiórce zorganizowanej przez znajomych i rodzinę. Innym razem podczas urlopu pracowałem przez dwa tygodnie w Holandii, by tam dorobić na bilet. Ale jest to dla mnie ogromna lekcja pokory i przede wszystkim zawierzenia Opatrzności Bożej.

 

Jako dietetyk zajmujesz się szczególnie dziećmi. W jaki sposób „Madagaskar nauczył cię kochać” – cytując twoje własne słowa?

Jak Madagaskar nauczył mnie kochać? Na to pytanie bardzo szczegółowo opowiadam w mojej pierwszej książce, która skupia się na historiach dzieci z przymisyjnego domu dziecka. To tam zrozumiałem, że mając kompletnie niewiele, można być najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Dzieci, których bagaż doświadczeń był nierzadko cięższy niż niejednego dorosłego, uczyły mnie miłości każdego dnia. Ich radość, kreatywność, pomoc, zaangażowanie i nadzieja płynąca z ich wypowiedzi były dla mnie żywym i ewangelicznym obrazem misyjnej troski. Takie najlepsze świadectwo posługiwania w miejscu, w którym od najwcześniejszych lat doświadcza się głodu, ubóstwa, niemożności podjęcia nauki czy leczenia w chorobie. Po kilku tygodniach pracy z tymi dziećmi nie tylko nauczyłem się języka malgaskiego w dialekcie tsimihety, ale także zrozumiałem, czym jest prawdziwe malgaskie dzieciństwo, z jakimi problemami borykają się te dzieci i przede wszystkim – jak być dobrym misjonarzem.

 

Co robisz kiedy mama przynosi do ciebie dziecko, a nie masz możliwości, by mu pomóc?

Starałem się podejmować szybkie decyzje, dzięki którym można było znaleźć konkretną pomoc. Gdzieś w sercu powtarzałem sobie: „Panie Boże! Przecież tu jesteś! Pomóż mi, proszę”. Kiedyś na misję przyszła matka z maleńką córeczką o imieniu Natsika. Dziewczynka miała pół roku i była bardzo wychudzona: ważyła nieco ponad trzy kilogramy – czyli mniej niż zdrowy noworodek. Rozpoczynaliśmy dopiero funkcjonowanie naszej kliniki, nie wszystko było jeszcze przygotowane. Na pewno nie było ani mleka medycznego dla dziecka, ani też środków finansowych, by je zakupić. Zwróciłem się z natychmiastową pomocą do mojej rodziny poprzez WhatsAppa, prosząc o wsparcie. W ciągu zaledwie kilku minut uzyskałem odpowiedź z deklaracją wsparcia finansowego, które zapewniło leczenie tego dziecka.

Czasem się zastanawiam nad charyzmatem mojej pracy i myślę sobie, że Pan Bóg działa ogromne cuda w moim życiu. Cieszę się, że mogę być Jego narzędziem do czynienia dobra. Wierząc w to, wiem też, że prosząc o Jego pomoc, uzyskam ją.

 

Jakie są teraz Twoje plany na przyszłość?

Wiele planów zapisuje Pan Bóg w mojej głowie, ale obecnie przyświeca mi jeden cel: budowa ośrodka medycznego dla niedożywionych dzieci i kobiet będących w wyjątkowo trudnej sytuacji życiowej. Razem z Fundacją Boże Atelier pozyskujemy środki na realizację tego dzieła. Dziś pewne jest jedno: szpital nazwany zostanie imieniem bł. Jana Beyzyma, który jest mi szczególnie bliski na drodze mojego posługiwania.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 28 lutego

Niedziela, II Tydzień Wielkiego Postu
«To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie!»
+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Mk 9,2-10
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ W górach (komentarz tygodnika Idziemy)
+ Wielkopostne kościoły stacyjne (diec. warszawskie): 21 lutego - Bazylika Archikatedralna św. Jana Chrzciciela (ul. Świętojańska 8, AW)


ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko Nas (bieżące informacje)
+ Beatyfikacja kard. Stefana Wyszyńskiego
+ Transmisje Mszy świętych w TV, internecie i radiu
+ Wyślij intencję modlitewną do sióstr karmelitanek bosych na czas epidemii
+ Informacje o odpustach



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter