18 czerwca
wtorek
Marka, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wolność mierzona krzyżami

Ocena: 0
366

O świcie 18 maja 1944 r. patrol 12. pułku ułanów podolskich wszedł do ruin opactwa na Monte Cassino i wywiesił swój proporzec oraz biało-czerwoną flagę. Droga na Rzym stała przed aliantami otworem.

fot. xhz

Przez wiele miesięcy przełamania niemieckich umocnień na linii Gustawa próbowały dokonać wojska amerykańskie, brytyjskie, nowozelandzkie, kanadyjskie. Udało się to dopiero Polakom dowodzonym przez gen. Władysława Andersa. Trudno uwierzyć, że byli to ci sami ludzie, którzy wcześniej walczyli o przeżycie w sowieckich łagrach. Z armii niewolników stali się armią zwycięzców.

W następstwie czwartego rozbioru Polski we wrześniu 1939 r. setki tysięcy obywateli polskich znalazło się w głębi sowieckiego piekła. „Tylko modlitwa i wiara w Boga pozwalały przetrwać – wspomina kpt. Krzysztof Flizak. Miał osiem lat, gdy z Wołynia został wywieziony do łagru w Swierdłowsku. – Mnie podtrzymywało też pragnienie odnalezienia zaginionego na wojnie ojca, podoficera Korpusu Ochrony Pogranicza”. Głód i choroby dziesiątkowały zesłańców. „Nie było co jeść – wspominał zmarły przed rokiem płk Otton Hulacki. – Pewnego dnia, gdy byłem już zupełnie wycieńczony, spotkałem Mietka Begina. Podał mi miskę mięsa. To było niebo w gębie. «Dobre?» – zapytał. «Wspaniałe!» – powiedziałem. Okazało się, że Mietek złapał psa i zrobił z niego gulasz… I wiele razy dzięki takim sytuacjom przeżyłem” – opowiadał, gdy w 2018 r. w Jerozolimie staliśmy przy grobie Menachema Begina, wieloletniego premiera Izraela.

 


ARMIA ZWYCIĘZCÓW

„Generał Anders był dla nas Mojżeszem, który wyprowadził Polaków z domu niewoli” – mówił przed laty o. gen. Adam Studziński, dominikanin, który jako kapelan czołgistów przeszedł cały szlak bojowy II Korpusu Polskiego. „Potrafił przelać w nas wiarę w zwycięstwo” – podkreśla stuletni dziś kpt. Władysław Dąbrowski. Sprzyjającą okolicznością był fakt stacjonowania polskiego wojska w ziemskiej ojczyźnie Chrystusa. Obecność w Nazarecie, nad Jeziorem Galilejskim, w Jerozolimie, modlitwy przy grobie Pańskim, na Golgocie, w bazylice Narodzenia w Betlejem dały żołnierzom ogromną wiarę i nadzieję. A zdarzały się też rzeczy, które wiekowi weterani traktują w kategoriach cudów. Kapitan Flizak wspomina spotkanie z gen. Andersem podczas inspekcji na Bliskim Wschodzie. „Zapytał mnie, jakie jest moje największe marzenie. Odpowiedziałem, że chcę odnaleźć mojego tatę, że szukam go od czasów zesłania, że przemierzyłem już tysiące kilometrów… «Odnajdziesz go na pewno» – powiedział z przekonaniem generał, patrząc mi głęboko w oczy. I odnalazłem! To był cud”. Kiedy o tym mówi, łzy płyną po jego twarzy.

 


ROZKAZ: ZDOBYĆ SZCZYT

24 marca 1944 r. gen. Anders został wezwany na odprawę do dowódcy brytyjskiej 8. Armii gen. Olivera Leese’a. Padła propozycja, aby polski II Korpus podjął próbę zdobycia Monte Cassino. Miejsce to stało się głośne w Europie, bo od ponad dwóch miesięcy stanowiło szaniec bezskutecznie szturmowany przez aliantów. A bez przełamania niemieckiego oporu w tym miejscu niemożliwe było prowadzenie ofensywy w Italii. Brytyjczyk dał Andersowi 10 minut na odpowiedź. Wiadome było, że bitwa przyniesie ogromne straty, a jej wynik był niemożliwy do przewidzenia. Generał jednak nie stracił wiary w morale i bitność polskiego żołnierza. Wierzył, że zwycięstwo rozsławi Polskę i Polaków i będzie atutem w dyskusjach o powojennych losach ojczyzny (tę mocarstwa zachodnie podjęły już w 1943 r. w Teheranie ze Stalinem).

W rozkazie przed bitwą napisał: „Zadanie, które nam przypadło, rozsławi na cały świat imię żołnierza polskiego. W chwilach tych będą z nami myśli i serca całego narodu, podtrzymywać nas będą duchy poległych naszych towarzyszy broni. Niech lew mieszka w Waszych sercach! Żołnierze! – za bandycką napaść Niemców na Polskę, za rozbiór Polski wraz z bolszewikami, za tysiące zrujnowanych miast i wsi, za morderstwa i katowanie setek tysięcy naszych sióstr i braci, za miliony Polaków jako niewolników wywiezionych do Niemiec, za niedolę i nieszczęście Kraju, za nasze cierpienia i tułaczkę. Z wiarą w sprawiedliwość Opatrzności Boskiej idziemy naprzód ze świętym hasłem w sercach naszych: «Bóg, Honor, Ojczyzna»”.

 


W OGNIU WALK

„To była cholerna kanonada. Od tego wszystko się zaczęło. Ogień był straszny. Było jasno jak w dzień” – tak zapamiętał pierwszy polski atak w nocy z 11 na 12 maja 1944 r. płk Hulacki, walczący w 6. pułku Dzieci Lwowskich. Bitwa toczyła się u stóp ruin opactwa św. Benedykta, gdzie zaczęła się przed wiekami współczesna Europa. Kilka dni wcześniej o. Studziński, w porozumieniu z biskupem polowym Józefem Gawliną, zarządził wśród żołnierzy dwudniowe rekolekcje. Całymi dniami słuchał spowiedzi, wspierał duchowo przed godziną próby. Po latach podkreślał, że zadziwiał go niezwykły spokój wewnętrzny żołnierzy. „Mówili mi, że nie boją się śmierci! – wspominał. – Nie dramatyzowali, nie wyrażali obaw, że być może zginą i nigdy nie wrócą do domów. Oni mieli tak ogromną wiarę w zwycięstwo, że przyćmiewała ona naturalny, wydawałoby się, strach”.

Chwila rozgoryczenia przyszła po pierwszym szturmie, odpartym przez doborowe oddziały niemieckie. „Zaczęła napływać rzeka rannych – wspominał o. Studziński. – Szli przez godzinę, dwie. To było straszne! Było ich tak wielu, że mogłem dawać oleje święte tylko tym najbardziej potrzebującym. Podobnie czynił lekarz, opatrując tylko tych w najgorszym stanie”. Szczerze opowiadał, że przeżył wtedy załamanie nerwowe. Musiał je jednak opanować, widząc, że sanitariuszowi trzęsą się ręce. „Pomodliłem się i udało mi się uspokoić. A krzyki: «Kapelanie, tam jest ranny!» paradoksalnie przywróciły spokój wewnętrzny. Wiedziałem, że żołnierze patrzą na mnie i od tego, jak się zachowam, zależeć będzie także ich nastrój” – opowiadał przed laty, zerkając na przypięty do habitu Krzyż Virtuti Militari – najcenniejszą i zasłużoną pamiątkę po bitwie.

 


GORZKIE ZWYCIĘSTWO

Drugi szturm przypieczętowany został triumfem. Rankiem 18 maja 1944 r. przy biało-czerwonej fladze wetkniętej w ruiny zdobytego klasztoru sygnalista odegrał hejnał mariacki. „Byliśmy piekielnie zmęczeni, ale żyliśmy – opowiadał ppłk Antoni Łapiński z 3. Dywizji Strzelców Karpackich, gdy pięć lat temu staliśmy na wzgórzu 593. – Przez całą bitwę nie pamiętam, abym coś gorącego zjadł. Spaliśmy po 2–3 godziny, kładąc głowę na kamieniu. 18 maja 1944 r. był moim najszczęśliwszym dniem. Gdy patrzyłem na zdobyty klasztor, stojąc przy Domku Doktora, ścieżką od strony Gardzieli szła grupka żołnierzy, a na czele oficer. To był mój brat, którego nie widziałem od czasu zesłania w Rosji. Patrzyliśmy na siebie, starsi o trzy lata. Płakaliśmy. «Popatrz – powiedział – tylko połowa z mojego plutonu przeżyła na Mass Albanecie. A my żyjemy…»”.

Zwycięska bitwa, okupiona życiem blisko tysiąca żołnierzy, rozsławiła imię Polski na świecie. Podobnie jak po wyparciu Niemców z Ankony w lipcu 1944 r. Dowódca frontu włoskiego gen. Harold Alexander stwierdzał: „Jeżeli by mi dano prawo wyboru między jakimikolwiek żołnierzami, których bym chciał mieć pod swoim dowództwem, wybrałbym was Polaków”. Niestety, wdzięczność sojuszników stopniała wraz z politycznymi decyzjami podjętymi w Jałcie w lutym 1945 r. Wtedy to przywódcy Wielkiej Brytanii i USA, zasiadając do rozmów ze Stalinem, przypieczętowali oddanie powojennej Polski w sowiecką strefę wpływów. Anders, który z goryczą wyrzucał to Winstonowi Churchillowi, usłyszał od brytyjskiego premiera: „Pan generał może już sobie swoje wojsko zabrać. Nie jest nam do niczego potrzebne”.

Polacy nie utracili jednak nadziei. Jak pisał w swych wspomnieniach Anders, wierzyli, że przyjdzie czas, gdy zostanie przez historię dopisany „ostatni rozdział” i Polska odzyska niepodległość.

Przed pięciu laty podczas uroczystości na polskim cmentarzu prof. Wojciech Narębski, „Mały Wojtek”, apelował: „Musicie zachować w pamięci dla przyszłych pokoleń prawdę o bitwie o Monte Cassino, prawdę o naszym poświęceniu, o konaniu naszych kolegów, o desperacji, z jaką pokonywaliśmy przeszkody w morderczym ogniu nieprzyjaciela. To wszystko tkwi głęboko w naszych sercach, ale chcemy mieć pewność, że gdy ostatni z nas opuści ziemski padół, pozostaną następcy, którzy będą o tym pamiętać, że nawiedzą groby naszych kolegów i złożą im hołd”. Nie możemy ich zawieść.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest historykiem; w latach 2016–2024 był szefem Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych, organizatorem państwowych obchodów rocznicy zwycięstwa pod Monte Cassino

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 18 czerwca

Wtorek, XI Tydzień zwykły
Dzień powszedni
Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali,
tak jak Ja was umiłowałem.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Mt 5, 43-48
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najwyżej oceniane artykuły

Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter