25 października
niedziela
Darii, Wilhelminy, Bonifacego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Zawsze walczyłam o uczniów

Ocena: 0
838

Moją rolę kształtowało przekonanie, że jako katolik mam obowiązek być osobą aktywną. - mówi Barbara Nowak, małopolska kurator oświaty, w rozmowie z Iwoną Budziak.

fot.pixabay.com/CC0

Ma Pani wizerunek osoby silnej i odważnej. Co ukształtowało w Pani taki charakter?

Zawsze półżartem mówię, że po moim ojcu odziedziczyłam gen chłopa walczącego o miedzę. Tato co prawda nie miał chłopskich korzeni, ale do każdej sytuacji podchodził z zastanowieniem, był krytyczny i wojowniczy. Był żołnierzem AK, dużo mi opowiadał o czasach II wojny światowej, mieliśmy w domu podziemne wydawnictwa. Zaczytywałam się w książkach historycznych i literaturze romantycznej. W trzeciej klasie szkoły podstawowej pochłonęłam „Trylogię”.

 

Wiedziała Pani, że historia, której uczyło się w szkole, jest zmanipulowana?

Najlepszą szkołę i dostęp do nieocenzurowanej wiedzy miałam w domu, dlatego wiedziałam więcej niż inni. W liceum na lekcjach historii zdarzało się, że pani profesor wychodziła z klasy, bym mogła kolegom opowiadać o faktach pominiętych w podręcznikach. Na maturze z historii, w 1978 r., dostałam pytanie o sytuację polityczną przed II wojną światową. Opowiedziałam o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Poproszono mnie, bym skorygowała odpowiedź, gdyż według komisji nie było takiego zdarzenia. Nie zgodziłam się i nie zostałam sklasyfikowana. Z sali wyszła za mną polonistka, pani Helena Styrna-Mamoń (żona redaktora „Tygodnika Powszechnego” Bronisława Mamonia) i przy wszystkich kolegach pogratulowała mi postawy. To było dla mnie więcej warte niż ocena z matury.

 

A co z maturą?

W komisji zasiadała historyczka, której mąż był członkiem KC PZPR. Kupiono mi kwiaty i kazano ją przeprosić. Widząc rozpacz mojej mamy, poszłam do niej z tą wiązanką. Spytała, dlaczego przyszłam. „Bo mi kazano” – odpowiedziałam, a ona dopytywała, czy chcę zmienić odpowiedź. Nie chciałam, bo pakt był faktem historycznym. Dano mi spokój. Od tamtej pory wiem, że zawsze muszę trzymać się prawdy, i tak robię.

 

Rodzice często martwili się o Panią?

Myślę, że najwięcej w czasie stanu wojennego. Byłam bardzo buntownicza, chodziłam na wszystkie demonstracje robotnicze, szliśmy od kombinatu im. Lenina pod kościół Arka w każdą rocznicę ogłoszenia stanu wojennego. Kiedy założyłam rodzinę, razem z mężem rozprowadzaliśmy wydawnictwa podziemne, poupychane w całym mieszkaniu. Kiedyś pod naszą nieobecność przyszli tam esbecy, po ich wizycie rodzice kazali nam wszystko wynieść. Było tego ogromnie dużo, na szczęście ks. Kazimierz Jancarz przysłał nam kogoś do pomocy.

 

W jaki sposób trafiła Pani do Mistrzejowic, do ks. Jancarza?

W 1982 r. skończyłam studia i zaczęłam uczyć w szkole położonej blisko tego kościoła. Trafiłam do założonej przez ks. Kazimierza Konfraterni Nauczycielskiej (były też Akademicka i Robotnicza). To było środowisko ludzi, którzy dbali o swój rozwój intelektualny, o głębię duchową, o to, byśmy byli nauczycielami świadomymi zadań, dbającymi o etykę, rozumiejącymi ucznia.

 

Ks. Jancarz to postać legendarna – duszpasterz ludzi pracy, zaangażowany w walkę z komunizmem. Z Mistrzejowic uczynił wówczas mekkę opozycjonistów.

Był zwykłym wikarym, a przy tym człowiekiem-instytucją. Wymyślił ChUR (Chrześcijański Uniwersytet Robotniczy), powołał Wikariat Solidarności, by pomagać represjonowanym hutnikom. Nie uczestniczyłam we wszystkim, bo w latach 80. urodziłam dwoje dzieci i one były dla mnie najważniejsze, ale pomagałam przy organizowaniu i byłam na wszystkich czwartkowych Mszach za Ojczyznę. Odprawiane były w dolnym kościele, przy ołtarzu Solidarności. Tłumnie przyjeżdżali na nie ludzie z całej Polski, członkowie zdelegalizowanej Solidarności. To było ich świadectwo ogromnej odwagi, wyraz poparcia dla wolnej Polski, sprzeciwu wobec władzy; mogli za to stracić pracę, pójść do więzienia. Ksiądz Jancarz potrafił wlać w ludzi nadzieję, siłę i moc sprawczą, to była wspaniała szkoła życia. Mam takie piękne o nim wspomnienie, kiedy poprosił, bym coś załatwiła. „Powiedz, że twój przyjaciel Kazimierz cię przysyła” – podkreślił. Speszyłam się: jak to „mój przyjaciel”? „Przecież tak jest” – powiedział. Dla mnie to była wielka nobilitacja. Uczył nas odwagi i konsekwencji. Z tamtych czasów wiem, że jeżeli mam zrobić coś ważnego, choć byłoby to bardzo trudne, to się nie boję i realizuję to do końca. Jestem w tym uczennicą ks. Jancarza.

 

Praca nauczyciela dawała Pani satysfakcję?

W szkole całą uwagę, czas i działanie poświęciłam uczniom. Już po pierwszej wywiadówce podchodzili do mnie rodzice i pytali: „Skąd pani tyle wie o moim dziecku, chyba nawet więcej niż ja sam?”. Kolejne wychowawstwo dostałam w najtrudniejszej klasie – kilku uczniów było drugorocznych. To był nasz wspólny wielki sukces i moja ogromna satysfakcja, że wszyscy oni razem skończyli szkołę. Zawsze walczyłam o dobro uczniów i gdy widziałam, że komuś dzieje się krzywda, starałam się pomóc. Przez kilka miesięcy z moją rodziną mieszkał chłopiec, którego ojciec katował w domu, mawiał, że go zabije. Nocowała też pewna uczennica ze swoją babcią, gdy jej mama miała napady agresji. Mój mąż, który także jest nauczycielem, rozumiał to i mnie wspierał. Córki cierpliwie znosiły moje pomysły.

 

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 25 października

Niedziela, XXX Tydzień zwykły
«Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem»
+ czytania liturgiczne (rok A, II): Wj 22,20-26; Ps 18, 2-4.47 i 51ab; 1 Tes 1,5c-10; Mt 22,34-40
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
Prawo miłości - komentarz tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane artykuły

E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Najczęściej czytane komentarze



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter