21 sierpnia
wtorek
Joanny, Kazimiery, Piusa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Życie pod telefonem

Ocena: 4.95
1702

Przez piętnaście lat jako instrumentariuszka pracowała w zespole transplantacyjnym na bloku operacyjnym Centralnego Szpitala Klinicznego przy Banacha w Warszawie. Te lata zmieniły jej podejście do życia.

fot. Monika Odrobińska/Idziemy

Pierwszą pracę, zaraz po ukończeniu szkoły pielęgniarskiej, Agnieszka podjęła w Szpitalu Ortopedycznym w Konstancinie. Poza szpitalem i jednym barem nie było tam nic. Nie wróżyło to nic dobrego, dlatego przyszedł czas na zmianę.

Zespoły do pobrań narządów z pielęgniarkami w składzie zaczęły funkcjonować od 2001 r. Wcześniej jechało tylko dwóch lekarzy, którzy musieli sobie wszystko zorganizować. Do tego rodzaju pracy nie było zbytnio chętnych dziewczyn. Wiele odmawiało wyjazdów do pobrań, bo najzwyczajniej w świecie nie dawały sobie rady.

Z początku wyjazdów nie było dużo: jeden, dwa w miesiącu. Dzisiaj na Banacha dokonuje się prawie dwieście przeszczepów rocznie. Wtedy, na starcie projektu, pobrań było około 30.

W zespole, poza pielęgniarką, było jeszcze dwóch chirurgów. Jeden starszy, już z doktoratem bądź specjalizacją; drugi młodszy – stażysta czy rezydent. Wszystko odbywało się na zasadzie przekazywania wiedzy, taka sztafeta pokoleń. Po kilkunastu latach uczyli ci, którzy zaczynali przy pierwszych pobraniach. Agnieszka uczyła się wszystkiego w drodze na pierwsze pobranie. Nie było żadnych kursów, szkoleń. Skok na głęboką wodę, pierwszy wyjazd w ciemno. Wszystko przekazał jej młodszy lekarz: co po kolei, co przygotować, co podać. Ona sama po kilku latach wprowadzała kolejne osoby do zespołu. Przekazywała pałeczkę.


Wyjazd zawsze nagły

Nie było grafiku, zgłoszenia były na bieżąco. Najpierw praca na bloku operacyjnym w tzw. systemie rankowym, czyli od godz. 7.30 do 15.05. Najczęściej Agnieszka dogadywała się z koleżanką, która z nich może być pod telefonem. Szła do pracy na 7.30 i czasem nie wiedziała, kiedy wróci do domu. O wyjeździe dowiadywała się w trakcie dnia. Z tymi samymi chirurgami, z którymi stała przy stole operacyjnym, chwilę potem jechała gdzieś w Polskę po nerkę, wątrobę albo trzustkę. Miała tyle czasu, co spakować walizki ze sprzętem, zabrać potrzebne preparaty medyczne, wsiąść do karetki – i w drogę. Z uwagi na ilość sprzętu trzeba było zrezygnować z samolotu.

Wyjazd do Elbląga zajmował dwie godziny, do Słubic trzeba było jechać pięć i pół w jedną stronę. Przy dłuższym wyjeździe potrzeba już było dwóch kierowców na zmianę. Jeśli szpital miał potencjalnego dawcę, to zgłaszał go do Poltransplantu, czyli krajowego centrum organizacyjno-koordynacyjnego ds. transplantacji. To oni wysyłali zgłoszenie do ośrodków, które zajmują się transplantacją, i szukali biorców.

Nie każdy wyjazd oznaczał sukces. Bywało, że w drodze dostawali telefon: zawracać, nie udało się utrzymać dawcy przy życiu. Czasem otwierali ciało i okazywało się, że nie można pobrać organu, bo rak.

Kiedy pobranie się kończyło, narząd był pakowany w sterylne worki z płynem konserwującym, trzy albo cztery. W kolejnych była zamrożona sól i lód. To wszystko wrzucało się do zwykłej lodówki turystycznej. Z czasem sprzęt stał się nowocześniejszy i praktyczniejszy. Zabierało się oprzyrządowanie i szybko do karetki, z powrotem do Warszawy. Potem transport się otwierało: poza salą operacyjną, w wydzielonym pomieszczeniu z lampą, stolikiem, wielką misą, w misie pobrany organ. Chirurg musiał przygotować go do przeszczepienia. Sprawdzić, czy naczynia krwionośne nie są uszkodzone. Jeśli był jakiś brak, to trzeba było zszyć albo dosztukować. – Najczęściej pobierało się również kawałki żyły i tętnicy z biodra, żeby mieć w razie czego materiał na doszywki albo na łaty – tłumaczy Agnieszka.

W czasie przygotowania narządu biorca był już na sali operacyjnej. Jego chory narząd wyjmowano i wszywano nowy.

I na koniec: czas celebracji. Reperfuzja – powtórne otwarcie obiegu krwi. Skupienie, cisza i oczekiwanie, czy wszystko zadziała.


Brutalna rzeczywistość

Najpierw Agnieszka pracowała przy wszczepianiu narządów. Wtedy zobaczyła lepszą stronę całego procesu transplantacyjnego. Kiedy pojechała na pierwsze pobranie, musiała się zmierzyć z tą drugą stroną rzeczywistości.

W momencie zatrzymania krążenia anestezjolog odchodzi od stołu. Wszystkie zespoły, które przyjechały po „swój” narząd, przystępują do pracy. Każdy wycina to, po co przybył.

Podczas swojego pierwszego pobrania Agnieszka zauważyła, że ktoś kręci się w okolicy głowy. Ostrzeżenia kolegi nie pomogły, ciekawość zwyciężyła. Podeszła, zajrzała. Okulista wyjmował gałkę oczną do przeszczepu rogówki. Ten widok Agnieszka ma ciągle w pamięci.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI