21 kwietnia
niedziela
Anzelma, Bartosza, Feliksa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Charyzmatyk kontaktu

Ocena: 5
1496

Nie był nawet wikariuszem. Czasem nazywał siebie księdzem z marginesu. Dlaczego ks. Bronisław Bozowski potrafił znaleźć miejsce w sercach tysięcy ludzi?

fot. arch. Stowarzyszenia Przyjaciół ks. Bronisława Bozowskiego

Z przyjaciółmi ks. Bozowskiego, ks. Tadeuszem Hukiem i Jackiem Wójcikiem, spotykam się na plebanii w Zalesiu Dolnym. Ks. Tadeusz wyciąga podniszczoną książkę Hansa Ursa von Balthasara, która należała do ks. Bronisława. Większość tekstu jest podkreślona, co zdradza szczegółową lekturę. W środku znajduję mnóstwo zapisanych kartek. Na jednej z nich widnieje pytanie: „Czy jesteś w stanie wyrzec się przywilejów?”. Ks. Tadeusz tłumaczy: – Tak wyglądały inne książki ks. Bronka, który był na bieżąco ze wszystkim, co dotyczyło Kościoła. A znał kilka języków obcych i wiele pozycji czytał w oryginale.

Młodość ks. Bronisława przypadła na okres międzywojenny. Interesował się kulturą – często chodził do kina i teatru. To mu jednak nie wystarczało, szukał głębszego sensu życia. Zaraz po maturze postanowił wstąpić do seminarium. Podjął tę decyzję pewnego dnia, gdy przechodząc nieopodal hotelu Bristol w Warszawie, zobaczył neon Wedla, który zapalał się stopniowo do szczytu i nagle gasł. Po raz pierwszy nasunęła mu się wtedy refleksja, że uroki tego świata są przemijające, zawodne (za: ks. J. Pałyga SAC, „Proboszcz niezwykłej parafii. Rozmowy z ks. Bronisławem Bozowskim”).

Święcenia otrzymał w archikatedrze warszawskiej 7 lutego 1931 r., w wieku 23 lat. Potem studiował prawo kanoniczne na Uniwersytecie Warszawskim. Pierwsze kroki jako ksiądz stawiał w Rabce, a potem w Warszawie. Okres II wojny światowej spędził we Francji, pełniąc wiele funkcji, najdłużej jako kapelan PCK i Katolickiej Misji Polskiej. W 1947 r. powrócił do Polski. Posługiwał w warszawskiej parafii Najświętszego Zbawiciela. Do końca życia był rezydentem przy kościele sióstr wizytek na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.

 


UBÓSTWO I HUMOR

Ks. Tadeusz poznał ks. Bronisława na początku lat 70., gdy był klerykiem. Ks. Bozowski mieszkał w oficynie przy kościele wizytek obok poety ks. Jana Twardowskiego. Piętnastometrowy pokój był ubogo wyposażony. Stało tam krzesło i biurko ze stertą papierów. Ks. Bozowski ubierał się bardzo skromnie. Nosił palto po którymś „synku” i buty znalezione gdzieś na torach. Na obiad najczęściej smażył na patelni trochę kaszy gryczanej. Zachowały się notatki, w których skrupulatnie wyliczał, ile pieniędzy wydał na siebie. Kilka lat po śmierci ks. Bronka kard. Józef Glemp w liście wielkanocnym skierowanym do kapłanów nazwał go „Biedaczyną z Warszawy”. – Po raz pierwszy zobaczyłem księdza, który zachowywał się nietypowo. Szybko nawiązał bliski kontakt. Kazał do siebie mówić „wujciu” albo „Bronek”. Nie zdarzyło mi się, żebym jako kleryk rozmawiał z 60-letnim kapłanem jak z kolegą. Musiałem być zdziwiony przebiegiem tej rozmowy, bo w którymś momencie zapytał: „Co masz taką dupowatą minę?”. Z czasem zrozumiałem, że humor i bezpośredniość były jego narzędziami do zjednywania ludzi dla Chrystusa. Przy kolejnych spotkaniach często prowadziliśmy głębokie rozmowy o Bogu. Do końca życia towarzyszył mi duchowo – zaznacza ks. Huk.

Ks. Bozowski był „charyzmatykiem kontaktu”. Idąc z kościoła sióstr wizytek do kościoła seminaryjnego w Warszawie, zdążył zawsze zamienić kilka słów z wieloma spotkanymi ludźmi. – Zainspirował go do tego Emmanuel Mounier, jeden z twórców personalizmu. Miał on zwyczaj wychodzić na ulice Paryża i przyglądać się ludziom. A gdy widział czyjąś zamyśloną twarz, podchodził i pytał: Czy mógłbym z panem/panią dalej prowadzić ten dialog? Ks. Bronek z powodzeniem go w tym naśladował – mówi ks. Huk.

Pierwszą długą rozmowę, a często była to również spowiedź, ks. Bronek nazywał „rodzeniem”. A osobę, w zależności od płci – duchowym synem lub córką. Później prosił takiego człowieka o zdjęcie. Całe ściany były nimi pokryte. Ks. Pałyga wyliczył, że takich ludzi mogło być około pięciu tysięcy w Polsce i w innych krajach. – Nazywaliśmy się bozowszczakami. Ale ks. Bronek dbał bardzo o to, żeby w naszych kontaktach nie zasłaniać sobą Boga. Mówił, że byłaby to jego największa przegrana – dodaje Jacek Wójcik.

Każdy spotkany człowiek był potencjalnym „synkiem”. Kiedyś jechałem z nim na pocztę odebrać paczkę. Wracaliśmy taksówką. Ks. Bronek rozmawiał z kierowcą. W pewnej chwili mówi: „Pan chyba nie był u spowiedzi wielkanocnej”. A do mnie: „Zatkaj sobie uszy, będę spowiadał”. Gdyby nie fakt, że dojechaliśmy na miejsce, ta spowiedź by się odbyła. I być może kierowca stałby się kolejnym bozowszczakiem – opowiada ks. Huk.

Jacek Wójcik poznał ks. Bozowskiego, gdy miał siedemnaście lat. – Ks. Kazimierz Orzechowski poprosił mnie, żebym do ks. Bronka dostarczył lekarstwa przywiezione z Francji. Nie miałem najmniejszych oporów, gdy zaproponował, żebym mówił mu Bronek. Z czasem „mianował” mnie swoim „sekretarzem”. W niedzielę po Mszy u wizytek ustawiały się do niego długie kolejki osób czekających na rozmowę. Niektórzy czekali po kilka godzin. Urywał się też telefon. Odbierając, miałem mówić: „Tu sekretarz, proszę poczekać, zaraz przekażę telefon eminencji”. On też dzwonił do wielu. Z pamięci dyktował niezliczoną liczbę numerów – wspomina Wójcik.

 


MISTYK CODZIENNOŚCI

Ks. Bronek bardzo często odprawiał Mszę świętą w swoim pokoiku. Liturgia trwała czasem kilka godzin. Zdarzało się, że w jej trakcie mawiał: „Teraz przerwiemy, bo ktoś jest umówiony na spowiedź”. Po przerwie Eucharystia była kontynuowana. Nie czułem w tym cienia lekceważenia. Podczas przeistoczenia wielokrotnie widziałem w jego oczach łzy. W jego odbiorze zmiażdżenie ziarna na mąkę, z której zrobiono hostię, i miażdżenie winogron na wino kojarzyło się z cierpieniem miażdżącym Jezusa – dzieli się wspomnieniami Wójcik. Ks. Huk uzupełnia, że ks. Bozowski opowiadał mu, że raz w życiu podczas Eucharystii odprawianej w pokoiku przeżył nadzwyczajne doświadczenie, wręcz namacalne dotknięcie przez Boga, jakby przeniknęła go łaska. To wstrząsające wrażenie zostało mu na całe życie.

Jacek Wójcik zapamiętał, że wrażliwość na mękę Jezusa u ks. Bronka ściśle łączyła się z niebywałą troską o ludzi, których spotykały nieszczęścia. Podtrzymywał na duchu wielu chorych i lekarzy zajmujących się chorymi. Często rozmawiał z osobami po próbach samobójczych. Wśród bozowszczaków nie brakowało osób z poważnymi problemami psychicznymi. Dla wszystkich miał czas i cierpliwość. Charakterystyczne było jego zachowanie, gdy latem przez otwarte drzwi kościoła słychać było sygnał przejeżdżającej karetki pogotowia. Przerywał kanon i mówił: „Znowu jadą. Poślijcie za nimi zdrowaśkę”. Powtarzał, że człowiek prawie zawsze cierpi, a chwile bez cierpienia są rzadkie.

Ks. Bronisław był znany także jako niezwykły kaznodzieja. Jest wymieniany wśród największych polskich kaznodziejów XX w. – Wygłaszał przyciągające kazania. Homilie na większe święta przygotowywał już w wakacje. Przytaczał w nich opowieści o spotkaniach z poznanymi ludźmi i wplatał je w wyjaśnianie Ewangelii. Te jego kazania-gawędy trwały bardzo długo. Zdarzało się, że zaczynał Mszę świętą od ostrzeżenia: „Jeśli ktoś przyszedł tu przypadkiem, niech poszuka innego kościoła, ponieważ będę mówił 40 minut”. A mimo to kościół co tydzień wypełniał się wiernymi – wspomina ks. Huk.

Ks. Huk przypomina, że kiedy przekazał ks. Bozowskiemu informację o śmierci Breżniewa, ten natychmiast odprawił za niego Mszę świętą. Nieraz w trakcie kazań wyrażał nadzieję, że Pan Bóg daruje mu winy. I trochę żartobliwie, ale z autentyczną radością mawiał: „Zobaczę go w Domu Ojca, podejdę, klepnę po ramieniu i powiem: widzisz, Lońka, po co ci to wszystko było? Popatrz, teraz tu jesteśmy razem”. W swoich modlitwach nikogo nie pomijał.

Ks. Bronek miał przyjaciół wśród przedstawicieli innych wyznań, a także wyznawców innych religii. Nie brakowało w tym kręgu osób poszukujących Boga. Ewangelizował zbuntowanych młodych ludzi, którym nierzadko zastępował biologicznego ojca. – Kiedy widział na ulicy maszerujące oddziały wojska, zatrzymywał się na chodniku i błogosławił. Powiedział mi: „Oni też potrzebują serca. I wiesz – niektórzy nawet się przeżegnali. Jaka to wielka radość” – przytacza ks. Huk. W stanie wojennym podchodził do milicjantów i nawiązywał rozmowy, wypytywał o dom. Niektórzy przyznawali się mu do wiary i do faktu, że przywiezieni z innych miast nie bardzo wiedzą, co robią w stolicy.

Nie można ks. Bronka w żaden sposób zaszufladkować. Życie każdej spotkanej osoby było dla niego ciekawe i ważne jako przybranego dziecka Boga. Ks. Bozowski odszedł w opinii świętości. – Zebraliśmy sporo pisemnych świadectw od osób o tym przekonanych. Kuria Metropolitalna Warszawska zatwierdziła modlitwę o uproszenie łask za jego przyczyną. Zmarł 14 lutego 1987 r. i został pochowany na warszawskich Powązkach w kwaterze 305 – puentują rozmówcy.

Ks. Jan Twardowski napisał o ks. Bozowskim wiersz:

Do Księdza Bronisława Bozowskiego

Można kochać i chodzić samemu po ciemku
z przyjaźnią jest inaczej – ta zawsze wzajemna
Księże Bozowski patronie przyjaźni
z nosem swym i uśmiechem ukryłeś się w niebie
ktoś dzwoni długo stuka
znów pyta o ciebie”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 21 kwietnia

Czwarta Niedziela Wielkanocna
Niedziela Dobrego Pasterza
Ja jestem dobrym pasterzem
i znam owce moje, a moje Mnie znają.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): J 10, 11-18
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego) 
+ Komentarz "Idziemy" - Powołani do łączenia kropek

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko nas
chcesz dodać swoją informację - napisz



Najczęściej czytane artykuły



Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter