23 stycznia
sobota
Ildefonsa, Rajmunda
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Mateczka, Matuszka, Monaszka

Ocena: 0
773

Całe dnie spędzała w szpitalnych salach. Wśród jęków i niecierpliwości chorych pozostała radosną i ofiarną pielęgniarką. Na jej dyżurze nikt nie umarł bez pojednania z Bogiem.

fot. archiwum

Już świadkowie życia s. Marty Wiącek mieli poczucie obcowania ze świętą, ale dopiero jej śmierć w 30. roku życia – porównywana z ofiarą o. Maksymiliana Marii Kolbego – potwierdziła jej słowa: „Z nieba będę mogła czynić więcej dobra i moja pomoc będzie skuteczniejsza”.

Jej powołanie biegło dwiema ścieżkami: duchową i pielęgniarską. Wiosną 1904 r. pracowała w szpitalu w Śniatynie (dziś Ukraina) – trzeba było wysprzątać izolatkę po chorej na tyfus. To było zadanie dozorcy szpitalnego, ale s. Marta wyręczyła go, by jako ojciec rodziny się nie narażał. Zachorowała i po krótkiej chorobie zmarła na tyfus 30 maja 1904 r. Na ten moment „złączenia się z Jezusem w niebie” czekała od chwili złożenia ślubów w 1897 r.

Jako dwulatka zachorowała śmiertelnie i powierzona została Maryi. Była trzecią z ośmiorga rodzeństwa, ale to na nią spadły matczyne obowiązki, gdy mama podupadła na zdrowiu. Marta miała wtedy 11 lat i łączyła je z nauką w szkole ludowej, o tyle trudną, że w języku niemieckim (mieszkała we wsi Nowy Wiec na Pomorzu), a w domu mówiono wyłącznie po polsku. Siły czerpała z modlitwy w ogrodzie przy figurce św. Jana Nepomucena – odnowionej za sprawą Marty. Rodzeństwo nazywało starszą siostrę „drugą mamą”. Jeszcze nie wiedziała, że „Mateczką”, „Matuszką”, „Monaszką” wkrótce nazywać ją będą także jej pacjenci.

Jako jedenastolatka przyjęła Pierwszą Komunię Świętą. Aby się do niej przygotować, chodziła do oddalonego o 11 km kościoła – dwa razy w tygodniu, pieszo. W te dni uczestniczyła w Mszy Świętej o godz. 7, namówiła do tego także swoje koleżanki.

Jako szesnastolatka chciała pójść do zakonu szarytek w Chełmnie, musiała jednak poczekać dwa lata – do uzyskania pełnoletności. Pomogła więc dostać się do seminarium młodszemu bratu, Janowi.

Powołanie poczuła także jej przyjaciółka Monika. Marta prosiła siostrę wizytatorkę w Chełmnie o przyjęcie ich obu, niestety, przez obostrzenia zaborcy miejsce było tylko dla Marty. Monikę skierowano do zgromadzenia w Krakowie. Marta, bojąc się o utratę powołania przyjaciółki, także zdecydowała się na Kraków, tak daleki od domu.

Stamtąd została skierowana do Lwowa i wiosną 1893 r. rozpoczęła pracę w szpitalu, gdzie uczyła się zawodu pielęgniarskiego. „Twarde serca kruszyły się pod jej słowami i szczere jednały się z Bogiem” – wspominała współsiostra. Półtora roku później s. Marta została przeniesiona do szpitala w Podhajcach, a pięć lat później – w Bochni. Po Wigilii Bożego Narodzenia spędzonej w szpitalu tak pisała: „Wesoło i miło było mi przy moich ukochanych chorych w tym dniu przeżywanym z radością, modlitwą i śpiewem przy żłóbku”.

W swoich staraniach o zbawienie pacjentów doprowadziła do chrztu nawet leciwego Żyda, dlatego trudno jej było przyjąć, że tragicznie zmarły jej brat Franciszek nie zdążył przyjąć upragnionych sakramentów. Wtedy miała widzenie, zapewniające, ze dostąpił zbawienia i że ona sama wkrótce też go doświadczy.

W 1902 r. s. Marta trafiła do szpitala w Śniatynie. Tam apostołowała nie tylko wśród pacjentów – na prośbę proboszcza do spowiedzi przygotowywała także jego wiernych. Przy zasługach na tym polu cudowne scalenie pękniętej szyby na stole operacyjnym wydaje się błahostką.

Po śmierci uznano ją za ofiarę heroicznej miłości bliźniego. U jej grobu od razu zbierali się miejscowi wszelkich wyznań i prosili, by „zaradzała niedolom, wszelkim chorobom i biedom”. Szybko pojawiły się stwierdzenia o otrzymanych za jej wstawiennictwem łaskach. Jej proces kanonizacyjny ruszył w 1997 r., a beatyfikowana została 24 maja 2008 r. we Lwowie. Udokumentowanych jest 270 łask.

Listy z ich świadectwami spływają z całego świata. Najwięcej „zasług” s. Marta ma na polu przywracania zdrowia, ale także w cudownym ocaleniu, w życiu duchowym, wreszcie nawróceniu. W czasie wojny z prowadzonej ze śniatyńskiego getta kolumny Żydów kobieta z dzieckiem odskoczyła i położyła się na grobie s. Marty. Nie została dostrzeżona przez Niemców. Daleki krewny s. Marty musiał zrezygnować z seminarium duchownego ze względu na stan zdrowia – dzięki jej wstawiennictwu nie załamał się i został księdzem. Potem uratowała go od operacji przewidzianej na dzień, w którym, jak się potem okazało, wszyscy pacjenci zmarli z powodu zakażenia gronkowcem. Uchroniła też przed aborcją kilkoro dzieci.

W chwilach zwątpienia i zmęczenia medycy walczący dziś z pandemią koronawirusa mają oparcie w bł. Marcie Wieckiej. „Nie da się pojąć miłości s. Marty do drugiego człowieka, jeśli nie dostrzeże się, że było to życie całkowicie zawierzone oblubieńczej miłości Chrystusa” – opisała jej życie s. Anna Brzęk ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia św. Wincentego à Paulo.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na Uniwersytecie Warszawskim, mężatka, matka dwóch córek. W "Idziemy" opublikowała kilkaset reportaży i wywiadów.

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 23 stycznia

Sobota, II Tydzień zwykły
+ Dzień Powszedni albo wspomnienie Najświętszej Maryi Panny w sobotę
Otwórz, Panie, nasze serca,
abyśmy uważnie słuchali słów Syna Twojego.

+ Czytania liturgiczne (rok B, I): Hbr 9,1-3.11-14; Ps 47,2-3.6-9; Mk 3,20-21
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter