18 czerwca
wtorek
Marka, Elzbiety
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Między niewiarą a wiarą

Ocena: 5
1145

Czy „niewierny Tomasz” był rzeczywiście niewierny? Czy dotknął palcem boku Pana Jezusa, czy też tego nie zrobił? Jak rozumieć sens jego wiary-niewiary we współczesnym świecie? Gdzie dzisiaj szukać impulsów do wiary i pewności wiary?

Fragment obrazu z serii Golgota Jasnogórska Jerzego Dudy-Gracza

Sztuka chrześcijańska często przedstawia św. Tomasza dotykającego palcem boku zmartwychwstałego Jezusa. Wydaje się jednak, że wbrew intuicji chrześcijańskich artystów św. Tomasz wcale swym palcem Jezusa nie dotknął. Jezus wprawdzie powiedział do niego: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż do mojego boku, i nie bądź niewiernym, lecz wierzącym”. Jednak zachęta Jezusa była w istocie ironiczną odpowiedzią na żądanie Tomasza, dotyczące materialnej pewności wiary.

 


PALEC I WIARA TOMASZA

Tomasz bowiem zażądał rzeczy nie tylko niemożliwej, ale wręcz absurdalnej: „Jeżeli nie zobaczę na Jego rękach znaku gwoździ, i nie włożę mojego palca do znaku gwoździ, i nie włożę mojej ręki do Jego boku, na pewno nie uwierzę!”. Pierwsze żądanie, dotyczące zobaczenia śladu gwoździ na rękach Jezusa, jest jeszcze jakoś naturalne. Tomasz zachowuje się jak współczesny człowiek, który chce wszystko zobaczyć „szkiełkiem i okiem”. Ten sposób myślenia można zrozumieć, choć nie bardzo da się go zastosować do rzeczywistości duchowej. Jednakże drugie żądanie Tomasza, który chce wkładać swój palec do ran Jezusa, jest wręcz odrażające dla kogoś, kto ma choć odrobinę wrażliwości na ból innej osoby. Natomiast trzecie żądanie, dotyczące wkładania (dosłownie: „wrzucania”) swej ręki do czyichś wnętrzności, jest po prostu absurdalne.

Materializm Tomasza prowadzi go coraz bardziej do absurdu: od mierzenia wszystkiego „szkiełkiem i okiem” do braku wrażliwości na czyjś ból i wreszcie do wchodzenia bez pardonu w wewnętrzny świat innej osoby. Brak wrażliwości i manipulacyjne naruszanie granic drugiego człowieka, które często zarzuca się Kościołowi, w istocie są efektem czegoś odwrotnego – materialistycznej niewiary, która stępia wrażliwość serca, sumienia i rozumu.

Droga Tomasza, tak jak prowadzi ją Jezus, biegnie więc od rzeczy materialnych (dotykania i oglądania) do rzeczy duchowych (wiary). Ciekawe, że taka sama jest opisana w czwartej Ewangelii chwilę wcześniej droga Marii Magdaleny. Ona również zobaczyła Jezusa, ale gdy chciała Go dotknąć, Jezus powiedział do niej: „Już mnie nie dotykaj (…) bo wstępuję do Ojca mojego i Ojca waszego oraz Boga mojego i Boga waszego”. Widać więc, że Jezus konsekwentnie prowadzi Kościół drogą od dotykania i patrzenia do samej wiary. Były osoby, które 2000 lat temu dotykały zmartwychwstałego Jezusa: „Już mnie nie dotykaj”. Byli tacy, którzy zmartwychwstałego Jezusa oglądali: „Uwierzyłeś, ponieważ Mnie ujrzałeś”. Obecnie zaś są tacy, którzy ani nie dotykali, ani nie widzieli, a jednak w Jezusa wierzą. I to do nas właśnie – tych ostatnich, bardziej niż tych pierwszych – skierowane jest Jezusowe błogosławieństwo: „Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

A więc nawet jeśli na początku Kościoła potrzebne były namacalne i widzialne znaki obecności Zmartwychwstałego, to Jezus od początku prowadził Kościół w stronę wiary, którą nagrodził swoim błogosławieństwem. Tomasz nie musiał więc dotykać Jezusa. Najpewniej też wcale tego nie zrobił. Droga Tomasza, nazywanego trochę niesłusznie „niewiernym”, jest wzorem dla naszej drogi, którą jest przejście od materialistycznego absurdu do skierowanego ku Jezusowi osobistego wyznania wiary: „Pan mój i Bóg mój!”.

 


CHODZENIE PO WODZIE

Historia Tomasza pokazuje, że wiara chrześcijańska jest przede wszystkim wiarą w zmartwychwstanie. Co to oznacza w praktyce? Wiele wydarzeń opisanych w Ewangeliach wskazuje, że wiara w zmartwychwstanie oznacza wiarę zarówno w fakt, jak i w moc zmartwychwstania. Oba te aspekty wzajemnie się uzupełniają i żadnego z nich nie może zabraknąć. Wiara w fakt zmartwychwstania oznacza wiarę w realne wydarzenie sprzed 2000 lat. Natomiast wiara w moc zmartwychwstania oznacza pozwolenie na to, by Jezusowy krzyż i zmartwychwstanie kształtowały całe nasze życie.

W zeszłorocznym cyklu artykułów na łamach „Idziemy” o mistyce w Biblii pokazywałem, jak to przeżywał św. Paweł. Wiara w zmartwychwstanie jest więc czymś więcej niż katechizmowym przekonaniem, bo ma też w sobie element osobistego przeżycia. Z drugiej strony jest czymś więcej niż osobiste charyzmatyczne przeżycie, bo ma w sobie także element pewności wydarzenia. Chrześcijańska wiara, streszczona w Tomaszowym wyznaniu „Pan mój i Bóg mój”, dostrzega Jezusa żyjącego zarówno 2000 lat temu, jak i dzisiaj w naszym życiu.

Jedna ze scen z Ewangelii pokazuje wiarę jako chodzenie po wodzie. To paradoks, bo przecież wiadomo, że fizycznie nikt nie jest w stanie po wodzie chodzić. A jednak dzięki mocy Jezusa jest to możliwe. Ile razy zdajemy sobie sprawę z tego, że z naszymi słabościami, ograniczeniami i grzechami już dawno powinniśmy utonąć, a jednak dzięki Jezusowi idziemy dalej, tyle razy umacnia się w nas wiara, że chodzenie po wodzie jest możliwe. I wtedy coś, co jest duchowe, a więc zawsze jakoś trudno uchwytne dla naszych słów i myśli, staje się bardzo realne i pewne. Może trudno nam o tym komuś opowiedzieć, ale jesteśmy głęboko przekonani, że wiara jest czymś bardzo realnym, wręcz namacalnym, na czym możemy się oprzeć i co pozwala nam też nieustannie dawać siebie innym, pomimo ich i naszych ludzkich ograniczeń.

Zanim poszedłem do seminarium, studiowałem medycynę. Powołanie do kapłaństwa było dla mnie bliskie medycynie. I jedno, i drugie jest służbą ludziom. Medycyna dotyka bardziej sfery cielesno-emocjonalnej, a kapłaństwo bardziej sfery duchowej – choć do końca nie da się ich rozgraniczyć, bo człowiek jest przecież jednością. A jednak zauważyłem wyraźną różnicę między medycyną a kapłaństwem. Medycyna uczy procedur, które trzeba stosować, by leczyć pacjenta. I w tym sensie można ją opanować przez wiedzę i doświadczenie. Tymczasem kapłaństwo, choć wiedza i doświadczenie są w nim bardzo potrzebne, zawsze jest oparte na łasce, której nigdy nie da się opanować, bo jest ona darem Boga.

W tym sensie lekarz polega na sobie, na swej wiedzy i doświadczeniu, a kapłan polega na Bogu, na Jego łasce, która zawsze przychodzi z zewnątrz. Dlatego kapłaństwo jest nieustannym chodzeniem po wodzie. Jest to doświadczenie trudne, bo nie da się go zamknąć w wyuczonych procedurach, ale przepiękne zarazem. Czymś takim jest też chrześcijańska wiara. Wiedza i doświadczenie są w niej bardzo potrzebne, ale ostatecznie jest ona zawsze opieraniem się na miłości i łasce zmartwychwstałego Jezusa: „Pan mój i Bóg mój”.

 


ETAPY W WIERZE

Dotąd starałem się pokrótce opisać, skąd w ogóle bierze się pewność i moc chrześcijańskiej wiary. Warto także zastanowić się, w jakich momentach życia ta moc wiary w szczególny sposób się ujawnia.

Pierwszym momentem, w którym wiara staje się szczególnie mocna, jest czas przygotowania do I Komunii Świętej i przeżywania jej. To właśnie wtedy dziecko staje się małym dorosłym. Już bowiem mówi do niego nie tylko tata i mama, ale także sam Bóg. Mówi przez sumienie, jego wyzwania, zachęty i wyrzuty. Mówi przez kapłana w tajemniczej, osobistej spowiedzi. Mówi przez doświadczenie osobistej modlitwy, chociażby tej zadanej przy spowiedzi za pokutę. Dziecko, z natury lubiące zabawę, staje się wtedy niezwykle poważne, bo wie, że spotyka się sam na sam z tajemniczym, kochającym, ale i wymagającym Bogiem. Wie, że nie jest już tylko własnością rodziców, ale jest w rękach samego Boga. A jeśli rodzice mu w tym pomagają, to umacnia się też wiara rodziców i wszystkie więzi rodzinne.

Drugim ważnym etapem jest młodość. To wtedy pojawiają się pierwsze poważne relacje, niosące ogromne nadzieje, ale też duże lęki, kompleksy i rozczarowania. Wtedy też budzi się trudna do ogarnięcia seksualność. Jeśli młodym ludziom pomoże się „chodzić po wodzie” tych relacji i tej seksualności, jeśli pomoże się im zobaczyć ich głęboki sens, wartość i zarazem wyzwania, jakie one ze sobą niosą, jeśli pokaże się im perspektywy rozwoju i nadziei, to stają się oni bardzo wdzięczni, a ich wiara bardzo się umacnia.

Kolejny ważny etap przeżywania wiary to czas, w którym rodzą się kolejne dzieci. Przychodzi wtedy bolesne doświadczenie trudności w pogodzeniu pracy i rodziny, miłości do drugiej osoby i pragnienia własnego odpoczynku. Jednych prowadzi ono do rozwodu, ale innych – Bogu dzięki – do umocnienia wiary, która pozwala przetrwać ten okres prób, zmęczenia i trudności, niejako „chodząc po wodzie”.

I wreszcie przychodzi wiek dojrzały i starość. Wtedy człowiekowi coraz bardziej doskwiera świadomość, ile popełnił w życiu błędów i grzechów, których nie da się już naprawić. Jeśli nie chce poddać się depresji i rozpaczy, to umacnia się w nim wiara, która coraz bardziej staje się ufnością w Boże miłosierdzie: „Jezu, ufam Tobie”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest kapłanem diecezji warszawsko-praskiej, biblistą, doktorem habilitowanym, profesorem UKSW

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 18 czerwca

Wtorek, XI Tydzień zwykły
Dzień powszedni
Daję wam przykazanie nowe, abyście się wzajemnie miłowali,
tak jak Ja was umiłowałem.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Mt 5, 43-48
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najwyżej oceniane artykuły

Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter