18 stycznia
czwartek
Piotra, Małgorzaty
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Świętość z wyboru

Ocena: 0
310

– Od samego początku zdawała sobie sprawę, że świętość jest możliwa – mówi o bł. Sancji Szymkowiak kard. Zenon Grocholewski

fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy

Z kard. Zenonem Grocholewskim, byłym Prefektem Kongregacji Edukacji Katolickiej,  rozmawia ks. Henryk Zieliński

 

Co jest najbardziej charakterystycznego w życiu bł. Sancji Szymkowiak, której poświęcił Ksiądz Kardynał swoją najnowszą książkę?

Najbardziej chyba charakterystyczne jest to, co zawarłem w podtytule książki: „postanowiła zostać świętą”. Przed laty Czesław Ryszka napisał o Sancji książkę „Upragniona świętość”. A ja chcę powiedzieć o niej coś więcej: to nie było tylko pragnienie, jej świętość była życiową decyzją. Jest duża różnica między pragnieniem a decyzją. Można przecież pragnąć tego, co jest dla nas nieosiągalne. Mogę pragnąć zostać śpiewakiem operowym, ale znając swoje możliwości, wiedzieć, że to jest niemożliwe. Przedmiotem decyzji zaś może być tylko to, co mojemu umysłowi jawi się jako możliwe do wykonania, i ja swoją wolą decyduję, że to zrobię. Im bardziej zaangażowana jest wola, tym skuteczniejsze będzie dążenie do świętości.

 

Kiedy uznała, że chce i może być świętą?

Sancja od samego początku zdawała sobie sprawę, że świętość jest możliwa. Bo Pan Bóg chce, żebyśmy byli świętymi, a On nie żąda od nas rzeczy niemożliwych. Jeżeli żąda świętości, to jest to wyraz Jego miłości wobec nas. Dlatego Sancja zadecydowała, że zostanie świętą. Napisała to, wstępując do zakonu: „Ja świętą zostać muszę”. Ale już wcześniej jako studentka romanistyki w Poznaniu mówiła koleżankom, że jest zafascynowana św. Teresą od Dzieciątka Jezus i że też chce być świętą. W jej dzienniczku to zdanie: „Ja świętą zostać muszę” w różnych wersjach powtarza się wielokrotnie. Jej życie było konsekwentną realizacją tej decyzji.

Patrząc na jej zdjęcia, widzimy twarz dziewczyny zdecydowanej. Jestem przekonany, że umierając, była świadoma, że tę decyzję zrealizowała. Przed śmiercią powiedziała bowiem: „Przedstawiajcie mi wasze potrzeby, a ja będę je przedstawiać Bogu, bo umieram z miłości, a Miłość miłości niczego odmówić nie może”. Czegoś takiego nigdzie nie spotkałem, żeby świętość była przedmiotem tak stanowczej decyzji. Dlatego nawet zastanawiałem się, czy książka nie powinna otrzymać podtytułu „zrealizowana decyzja”.

 

A kolejne powody fascynacji bł. Sancją?

One stanowią o aktualności jej przykładu życia w dzisiejszych czasach. Po pierwsze, jej świętość rodziła się w rodzinie. To szczególnie ważne, kiedy przeżywamy kryzys rodziny. Proszę sobie wyobrazić, że Sancja już jako siostra zakonna powiedziała, że jej ojcem duchownym był jej rodzony ojciec. Jej ojciec był samoukiem i rozczytywał się między innymi w książce „O naśladowaniu Chrystusa”, przypisywanej Tomaszowi a Kempis. Potrafił z niej na różne okoliczności zacytować jakieś zdanie. Sancja napisała potem, że wszystko, co dobrego otrzymała, otrzymała od swojej rodziny. Tam wzrastała w atmosferze modlitwy, solidności, prawdy i prawości. Czyli w formułowaniu jej osobowości jawi się bardzo twórcza rola rodziny – to jest fascynujące.

 

Najwięcej jednak wiemy o jej działalności i życiu w czasach studenckich…

Uważam, że to były najpiękniejsze lata jej życia, kiedy studiowała romanistykę na Uniwersytecie w Poznaniu. Wtedy wykazywała jakąś ogromną gorliwość apostolską. Była codziennie na Mszy Świętej, należała do różnych organizacji katolickich. Ale to, co najbardziej uderza wówczas w jej życiu, to fakt, że jeździła z koleżankami do najbardziej zaniedbanej dzielnicy Poznania, zwanej „Wesołym miasteczkiem”, aby tam uczyć biedne dzieci i opiekować się nimi. Kiedy koleżanki z Sodalicji Mariańskiej i stowarzyszenia św. Wincentego czasem bały się wieczorem, zwłaszcza zimą, pójść w te zaułki, to ona szła tam sama, bo mówiła, że tam czeka na nią Chrystus. W tych dzieciach i ubogich widziała Chrystusa potrzebującego. W książce cytuję niektóre zdania jej koleżanek, które pokazują, jaki ona miała na nie wpływ, jak uświadamiała im piękno życia religijnego i jedności z Chrystusem. To czyni jej przykład szczególnie aktualnym: apostolstwo wśród studentów.

 

Wreszcie ostatni etap, którym bł. Sancja jakby wyprzedziła deklarację papieża Franciszka o świętości osiąganej nie tylko przez męczeństwo za wiarę, ale i przez poświęcenie życia dla innych…

Faktycznie, trzeba powiedzieć, że ona oddała życie za więźniów francuskich i angielskich. Wkrótce po tym, jak wstąpiła do zakonu sióstr serafitek, zaczęła się wojna. Niemcy zajęli ich dom zakonny i prócz swoich żołnierzy wprowadzili tam również więźniów francuskich i angielskich. Przełożona radziła młodym siostrom, żeby wracały do domu, bo tutaj czeka je śmierć: brak ogrzewania, głód, choroby. Sancja została świadomie, żeby się opiekować więźniami – głównie jako tłumaczka, ponieważ dobrze znała język francuski, ponadto angielski i niemiecki. Musiała wtedy zdawać sobie sprawę z tego, co ją czeka w tych nieludzkich warunkach. Sami więźniowie mówili o niej „nasza święta”. Kiedy zmarła na gruźlicę, przychodzili całować jej ręce. Już po jej beatyfikacji dostałem list od pewnego pana z Anglii, którego ojciec był wśród tych więźniów. Pisał, że ojciec opowiadał o dziewczynie, która bardzo się dla nich poświęcała. Pozostawali wobec niej pełni zachwytu i wdzięczności. Była dla nich aniołem dobroci. Nie wiedzieli, że była siostrą zakonną, bo nie mogła tam nosić habitu.

 

Czy jej droga do świętości była prostą konsekwencją decyzji? Tak bez kłopotów i rozterek?

Ona miała zdecydowane postanowienie woli, ale to nie znaczy, że realizacja tego postanowienia nic jej nie kosztowała. W swoich zapiskach bł. Sancja bardzo często pisała o pokusach i analizowała strategię szatana. Zauważyła, że szatan na początku żąda rzeczy małych, a potem coraz większych. Stara się w nas osłabić siły obronne. W książce cytuję niektóre myśli z dziennika bł. Sancji: „Im piękniejsza cnota, tym trudniejsza”; „Uśmiech, który jest na ustach, musi umieć pokryć całą wewnętrzną walkę – czasami straszliwą – z egoizmem, musi też, jeśli to konieczne, świadczyć o zwycięstwach ducha nad przeciwnościami wynikającymi ze strony zmysłów i miłości własnej”. Albo inny fragment, który mnie poruszył: „Pamiętaj, że ktokolwiek pragnie dążyć do doskonałości, gotuje sobie pokusy i straszne burze. Wobec ich rozpętanej wściekłości odpowiadasz: Dawniej nie doświadczałam takich pokus. Prawda, lecz szatan wówczas nie miał o ciebie obawy. Nie trwóż się, widząc, że pokusy wzmagają się w miarę wzrastania w tobie gorliwości. W tych, którzy są blisko świętości, szatan będzie robił wszystko, aby osłabić ich siły obronne”.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Redaktor naczelny tygodnika "Idziemy"
henryk.zielinski@idziemy.com.pl



Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły