24 stycznia
niedziela
Felicji, Franciszka, Rafała
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

W duchu i w prawdzie

Ocena: 3.4
1383

Wciąż żyjemy w aurze wielkanocnych spotkań Chrystusa z najbliższą Mu garstką przyjaciół, przeczuwając, że miłość jest silniejsza niż śmierć.

fot. ks. Henryk Zieliński / Idziemy

Najpierw więc pojawiają się ewangeliczne kobiety, które z lękiem i drżeniem słyszą, że On zmartwychwstał, bo przecież słowo anioła, Bożego wysłannika, nie może być oszukańcze. Biegną więc, by o niepojętym fakcie powiadomić uczniów, przeczuwając, że miłość jest rzeczywiście silniejsza niż śmierć. Próbujmy i my obecnie tę prawdę uczynić własną: zobaczyć, jak w życiu każdego z nas przejawiają się Boże dary. A nie jest to łatwe, ponieważ czasy temu nie sprzyjają. Wciąż ktoś nas poucza, proponuje zyski i łapówki, abyśmy tylko wyrzucili z serc Jezusa Zmartwychwstałego. Wystarczy spojrzeć na pierwsze strony gazet, pełne negatywnych głosów, podejrzeń dotyczących doktryny chrześcijaństwa, działalności papieża, księży.


Źródło życia w pełni

Czas Zmartwychwstania jest najwłaściwszy, by zobaczyć siebie we właściwym świetle, dojrzeć swe duchowe nieporadności. Doznajemy przy tym bojaźni i zarazem radości. Lecz nie dziwimy się takim odczuciom. Jesteśmy przecież tuż przy grobie Zmartwychwstałego. Słyszymy Jego głos: „Witajcie”. Obejmujemy Go za nogi, oddajemy pokłon. Ten cudowny fakt powinien nas wewnętrznie scalać i napełniać duchową pogodą. Pamiętajmy: dar wiary to doprawdy wielki dar.

I co najbardziej przejmujące: sam Bóg objawił, że w Chrystusie i przez Chrystusa mamy dostęp do wiecznej szczęśliwości. Cokolwiek więc czynimy, powinno nas to wiązać ze sprawami miłości. Mamy kochać coraz pełniej, mniej egoistycznie, zauważać w każdym człowieku jego niepowtarzalność i piękno. Bóg podtrzymuje cały świat w istnieniu, troszczy się o każde słowo i uśmiech, tworząc warunki, żebyśmy mogli przedkładać dobro nad zło, życzliwość nad zgryźliwość i poczucie wyższości. Dlatego codzienność wymaga pracy nad sobą, aby kryzys (w różnych porządkach życia) nie opanował nas do głębi. Tym bardziej że otuchą napawa fakt przyjścia zapowiedzianego przez Jezusa Ducha Świętego, żebyśmy się nie załamywali w wierze, umocnieni Jego siłą.

Naturalnie, nie potrafimy Go sobie wyobrazić. Mówimy o Nim tylko o tyle, o ile dostrzegamy owoce Jego działania. Jest On ukrytym źródłem, z którego tryskają wszystkie dobre czyny i natchnienia. Przynosi całą prawdę, tę uobecnioną przez Chrystusa, prawdę o miłości Boga do stworzenia, o zbawieniu, o wiecznej radości. Stąd pochodzi siła Ducha? Z nieskończonej miłości między Ojcem i Synem; On sam jest tą Miłością i świadczy o niej. Dzięki Niemu jesteśmy zdolni przyznać: należymy do Boga i nie chcemy żyć bez Jego wspomagającej czułości. Wypełniamy misję, jaką otrzymaliśmy: Bądźcie świadkami mojego życia, śmierci i zmartwychwstania.


Pożyteczne odejście

Jeżeli kogoś kocham, chcę z nim przebywać jak najczęściej, współuczestniczyć w jego duchowych radościach i troskach. Miłość domaga się bliskości, czułego gestu. Każdy z nas przecież, istot odrębnych i niepowtarzalnych, odczuwa wzajemną potrzebę opieki, szacunku, życzliwości. Kiedy więc owa potrzeba z jakichś powodów zanika, tracimy poczucie zakorzenienia w życiu, popadamy w przygnębienie i rozczarowanie. Dlatego uczniowie Jezusa, dowiedziawszy się, że ich opuszcza, bo „idzie do Ojca”, są smutni i rozżaleni. Jakże to – rozmyślają – kochamy Go, chcemy być z Nim szczęśliwi, a On nas pozostawia na pastę złowrogiego losu? Ale nieoczekiwanie słyszą przedziwne zdanie: „Pożyteczne jest dla was moje odejście. Bo jeśli nie odejdę, Paraklet nie przyjdzie do was. A jeśli odejdę, poślę Go do was” (J 16,7). Jezus miał zapewne na myśli swoje wniebowstąpienie, ale przecież wypowiada te słowa w przeddzień śmierci, którą traktuje jako drogę do Ojca. Czy to ma oznaczać, że zarówno Jego męka, jak i nadejście Parakleta, czyli obrońcy, pocieszyciela, powołanego na rzecznika, adwokata (takie są znaczenia tego terminu) musiały koniecznie być poprzedzone przeżyciem klęski, żalu, kto wie, może i rozpaczy? Czy dopiero po okresie niepewności, swoistej żałoby prawda o zmartwychwstaniu Jezusa okaże swą głębię i kosmiczną wyjątkowość? Czy sens cierpienia, sens Krzyża zyskuje uzasadnienie wraz z przyjściem Ducha Świętego? Przyznaję: niezbyt to zrozumiałe, niezbyt przekonujące.

Dzieje chrześcijaństwa potwierdzają jednakowoż powyższą diagnozę. Apostołom nie było łatwo, podobnie jak pierwszym wyznawcom Chrystusa. Żyli w ciągłym strachu, ponieważ Żydzi uznawali ich za wrogów i religijnych odszczepieńców. Rzymianie noc i dzień próbowali ich mordować, bo nie oddawali oni czci bogom, lecz zwracali serca w stronę Jezusa. Przy tym chrześcijanie nie należeli do wpływowych kręgów społeczeństwa, nie dysponowali środkami, by się bronić przed narastającymi szykanami i prześladowaniami. Ufali wszelako Bogu, ufali Duchowi Świętemu. A Ten, gdy przyjdzie sprawi, że świat przekona się o własnej grzeszności (przecież żyje, jakby Boga nie było), o spełnieniu się sprawiedliwości, wreszcie o ostatecznym sądzie nad „władcą tego świata”.

Jesteśmy przeto w dobrej sytuacji. Jezus, idąc do Ojca, wcale nas nie opuszcza. Posyła nam natomiast Ducha Świętego, by w ten sposób zlikwidować wszelkie przeszkody między sobą a nami. Odtąd stoi przed nami otwarta przestrzeń Jezusowej miłości: wystarczy lekkie drgnienie serca i pokorne pochylenie głowy. Wystarczy wrażliwość na powiew rozkołysującego nasze życie od wewnątrz duchowego wiatru.


Cała prawda

Możemy wyjść z wieczernika swych lęków. Zaufać tym, którzy znajdują się na zewnątrz. Są oni różni od nas, ale jesteśmy w stanie zbliżyć się do nich, gdyż prawo egoizmów upada pod wpływem Ducha Świętego. Konieczne, żebyśmy zaufali Bogu, chcieli Go rozpoznawać w sobie i wokół siebie. Zacznijmy od spraw najprostszych: codziennej uczciwości, prawdomówności, gotowości do rezygnacji w imię prawdy z własnego zdania, z własnej chwalby. Tym bardziej że Duch Święty doprowadzi nas do „całej prawdy”.

O jaką prawdę chodzi? Współcześnie pojęcie prawdy zostało zniesławione. Któż bowiem jest w stanie wejść na szczyt boskiego punktu widzenia i oceniać rzeczywistość. Któż ma moc wglądu w najbardziej intymne doświadczenia osób? Któż ośmieli się twierdzić, że odsłoni przed nami rzeczy przyszłe? Odpowiedź wydaje się oczywista: nikt z nas, ludzi, nie jest do tego czynu zdolny. A gdyby nawet ktoś poznał tę najwyższą prawdę (gdyby istniała), wówczas dysponowałby narzędziem dominacji, prowadzącym do wykluczania i przemocy. Takiemu stanowi rzeczy trzeba się więc przeciwstawiać i przekonywać, że prawdy się nie odkrywa, lecz konstruuje ją w procesach mediacji i dyskursu. Stąd wypływa wniosek: ile dyskursów, tyle prawd. Mrzonki o rzekomo istniejącej prawdzie przez duże „P” bez niepokoju odkładamy do lamusa. Zdani na własne siły.

Pamiętajmy, że Jezus nie wikłał się w filozoficzne dysputy. Sam dawał świadectwo prawdzie, której był absolutnym uosobieniem. „Ja jestem drogą, prawdą i życiem.” Do tak pojętej prawdy mamy dostęp, możemy ją wyrażać w naszym ułomnym języku i żyć w jej świetle. Dlaczego jest to możliwe? Duch Święty wspomaga nas, kiedy staramy się poznawać Jezusowe nauczanie w całej jego pełni, poznając prawdę właśnie. Prowadzi w życiu zgodnie z tymi Jezusowymi słowami, jeśli unosi nas żar wiary. Prawda i życie Jezusa nakładają się na siebie, siebie nawzajem warunkują. Bóg, jeżeli wolno tak określić, posłużył się swoim Synem, żebyśmy mogli zetknąć się z samą Prawdą. A skoro Duch Święty działa tak jak Jezus – nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy mogli żyć w duchowym pokoju.

Nic i nikt nie zdoła nas odciągnąć od wiary, chyba że my sami porzucimy ewangeliczne ścieżki. Jeżeli jednak tego nie czynimy, przeciwstawiajmy się kulturze, która pozbawia człowieka zakorzenienia w transcendencji, ograbia z miłości, która nie jest egoistycznym splotem emocji, ale darem dla innych. Ale baczmy i na to, że nie jesteśmy – jak ktoś zauważył – pędzeni do zbawienia niczym stado baranów. Przyjmujemy zbawienie aktem świadomym, jako dar Wiecznej Miłości i Prawdy. Ten, kto pyta, nie jest buntownikiem, gdyż pytanie jest wyrazem troski o prawdę. Ale skoro prowadzi nas Duch Święty w wolności i pokorze, nie obawiajmy się trudności, przeciwieństw i duchowych rozterek. Dopóki jesteśmy napełnieni łaskami i charyzmatami Chrystusa-Zbawiciela, Jego Duch formuje kontury naszego świata. Ku naszemu szczęściu i naszej wewnętrznej harmonii.


Gdy brakuje miłości

Jezus zapewnia, że Ojciec w niebie nas kocha. Dlatego, wiedząc o tym, powinniśmy odpowiadać na tę miłość postawą całego życia, to znaczy: mamy się przede wszystkim wzajemnie miłować. Bo gdy brakuje miłości, codzienność traci sens, i w tej sytuacji nie pomoże nawet najbardziej intensywna bliskość. Trzymając kogoś w ramionach, ale bez czułej bezinteresowności, okazujemy co najwyżej pożądanie bądź egoizm. Dlatego nie tylko warto o miłość zabiegać w tym znaczeniu, że miłować innych ludzi, ale należy wystrzegać się fałszywej miłości. Co nam na myśli? Na przykład to, żebyśmy się nie poddawali naciskom etyki pieszczoty. W pieszczocie dłoń pozostaje otwarta, dotyka nie naciskając. Taki wyraz ma erotyka, nieprzenikająca do wnętrza serca, ograniczona do zewnętrznych rytuałów przynoszących samozadowolenie.

Dlatego czyńmy, co tylko możliwe, by w naszej obecności kwitła autentyczna miłość i żebyśmy w jej blasku mogli żyć. Konieczne jest jednak, żebyśmy potrafili rozeznać, czym tak rozumiana miłość jest, skoro zauważamy w sobie przedziwną dwoistość: z jednej strony dostrzegamy swe ograniczenie, słabość, grzech, a z drugiej odczuwamy chęć trwania w stanie zbawczej doskonałości. Teraz nie możemy dostąpić tego rodzaju łaski (poza radością, jaka płynie z sakramentalnego wymiaru życia Kościoła), co wcale nie oznacza, że jakoby nasza egzystencja wskazywała na to, iż istniejmy na ziemi niczym garstka niezrozumiałych bytów, bez określonego celu i sensu.

Tak oczywiście nie jest, ale z pokorą przyznajmy: nawet najszlachetniejsze uczucie, najmocniejsze miłosne przygarnięcie dzieje się na naszą miarę. Często zdarza się, że nagle wysusza się źródło jedności, źródło pragnienia. Spojrzenia chłodzi obojętność, pycha, zazdrość. Osobowa bliskość jest narażona na zranienie, nie obywa się bez cierpienia. W tym znaczeniu wypada powiedzieć, że miłość ludzka jest naprawdę oczekiwaniem na tajemnicę miłości Boga, która dokonuje się przez Chrystusa. Bóg ukochał i pojednał nas w Chrystusie jako ludzi pełnych, myślących i działających. I tak właśnie, jako ludzie pełni, myślący i działający, kochamy Boga i braci. Dzięki temu jesteśmy w stanie nie opuszczać drogi codziennego nawrócenia, podejmując coraz bardziej prostolinijne decyzje. I nie godzimy się na żadną pustkę, żadną bezwzględną nicość.

Bóg kochając świat, postawił przed każdym człowiekiem jemu tylko przynależne zadanie, które powinien on w przeciągu życia odkryć i zrealizować. Na chwałę Boga, ludzi i – kto wie! – może wszelkiego istnienia.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY NIEZBĘDNIK DUCHOWY - 24 stycznia

Niedziela, III Tydzień zwykły
+ Trzecia Niedziela zwykła
«Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi».
+ czytania liturgiczne (rok B, I): Jon 3,1-5.10; Ps 25, 4-6.7bc-9; 1 Kor 7,29-31; Mk 1,14-20
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)
+ Szukanie sensu (tygodnik Idziemy)

ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY



E-WYDANIE


Zachęcamy do prenumeraty e-wydań tygodnika Idziemy



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter