15 lipca
poniedziałek
Henryka, Wlodzimierza, Dawida
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Wigilie trudnej nadziei

Ocena: 0
995

Wigilia na zsyłce, w obozie, w miejscu internowania – mimo tragicznych okoliczności jednoczyła i dawała namiastkę normalności.

fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe

Do obozu Tajszet za Irkuckiem na Syberii w 1951 r. jechała jako 21-letnia studentka polonistyki. Zsyłkę poprzedziło przesłuchanie w 1947 r. na Łukiszkach. – Enkawudziści odczekali te cztery lata, by zaobserwować, z kim się spotyka ta harcerka Szarych Szeregów, i dopiero wtedy wsadzili mnie do więzienia: najpierw na Łubiance, potem na Butrykach – wspomina 93-letnia płk Stanisława Kociełowicz „Iskierka”, jedna z żołnierzy niezłomnych. – Za przynależność do ZHP i kontakty z akowcami dostałam osiem lat łagrów.

 


BLIZNA NA ŚWIĘTA

– W moim baraku mieszkała jeszcze jedna Polka – kontynuuje Stanisława Kociełowicz. – Z rodaczkami z innych baraków, które w obozie przebywały nawet od 1944 r., co roku urządzały Wigilię. Ponieważ nie sposób było przygotować jej po pracy, delegowano do tego jedną z kobiet, która symulując chorobę, mogła pozostać. Tamtego roku trafiło na mnie.

Aby uniknąć pracy w fabryce miki, wystarczyło skaleczyć się w rękę, i to też zaproponowano Stanisławie. – Byłam przerażona, nie dałam rady sama się skaleczyć, dlatego zrobiła to koleżanka – mówi żołnierka. – Rana długo nie chciała się goić, bliznę mam do dziś, ale traktuję ją jako pamiątkę po tamtej Wigilii.

Kiedy więźniarki wyszły do pracy, Stanisława wzięła się za szykowanie wieczerzy. Między narami rozłożyła papiery w charakterze serwetek i poukładała na nich cukier i co lepsze towary z paczek od rodzin, ale przede wszystkim odkładany przez więźniarki czarny chleb, który zastąpił im upragniony opłatek. Wieczorem blisko dziesiątka Polek zgromadziła się przy pryczy Stanisławy i wspominała Wigilie z rodzinnych domów. – Boże Narodzenie w Wilnie zawsze świętowaliśmy radośnie – opowiada emerytowana nauczycielka. – My, dzieci, robiłyśmy ozdoby choinkowe, a potem rodzinnie zasiadaliśmy do tradycyjnej wieczerzy. Na stole zawsze były ryby, śliziki, czyli bułeczki maczane w maku z bakaliami, i kisiel z żurawin lub pszenicy. A potem aż do wyjścia na pasterkę śpiewaliśmy kolędy; śpiewy kończyliśmy piosenkami żołnierskimi i legionowymi. Tak było zawsze, nawet w czasie wojny i okupacji. I tak też było w łagrze.

Ta Wigilia w obozowym baraku pozwoliła więźniarkom przenieść się myślami do rodzinnych domów. – Może komuś popłynęła łezka, ale dla mnie to były radosne chwile – wspomina kombatantka. – Do naszych śpiewów przyłączały się Niemki i Litwinki, zwłaszcza do „Cichej nocy”.

Została zwolniona w połowie odsiadywanej kary na mocy amnestii po śmierci Stalina. Po powrocie do Wilna poznała akowca Wiktora, który nielegalnie wydostawszy się z łagru, ratunku przed dalszą zsyłką szukał w ożenku z Polką. – Harcerski obowiązek kazał mi go poślubić, co uczyniliśmy po trzech dniach znajomości, a była to miłość od pierwszego wejrzenia i na całe życie – mówi żołnierka.

 


WIECZERZA Z LISTĄ GOŚCI

Polscy patrioci nie godzili się na ojczyznę urządzaną po wojnie przez komunistów. Wielu z nich lub ich dzieci działało w „Solidarności”. Rozbudzone przez wielomilionowy ruch społeczny nadzieje zgasił nagle stan wojenny. – Z Januszem dopiero zaczęliśmy być parą, choć jako członkowie społeczności KUL znaliśmy się od dawna – mówi Joanna Krupska, prezes Związku Dużych Rodzin 3+. – Janusz był wtedy redaktorem naczelnym podziemnego pisma „Spotkania” i liderem skupionego wokół niego lubelskiego środowiska niepodległościowego. Był poszukiwany przez SB, więc musiał się ukrywać.

Na święta Joanna chciała jechać do rodzinnej Warszawy. – Jednak na myśl o tym, że Janusz spędzi je sam, postanowiłam towarzyszyć mu w Wigilię – wspomina ówczesna działaczka ruchu Wiara i Światło. – Przemieszczanie się między miastami wymagało przepustki i uzasadnienia szczególnymi okolicznościami. Skłamałam w urzędzie o chorym krewnym, którego muszę odwiedzić w Lublinie, i tak znalazłam się przy Januszu.

Z tamtej Wigilii najbardziej zapamiętała poczucie zagrożenia. – Nie wiedzieliśmy, co czeka jego, mnie, jaka może być nasza wspólna przyszłość, najważniejsze było dla nas to, że jesteśmy razem – wspomina. – Nie pamiętam, czy coś jedliśmy, czy odważyliśmy się pójść na pasterkę – pewnie nie, bo Janusz bał się wychodzić i nawet gdy wybraliśmy się kiedyś na spacer nocą, zawrócił od razu, jak na horyzoncie zobaczył człowieka. Pamiętam tylko, że na osobnych kartkach spisywaliśmy listę osób, z którymi chcielibyśmy spędzić ten czas. Na kartce Janusza byli jego rodzina i przyjaciele, na mojej – moi bliscy, a były to odrębne środowiska. To była przymiarka do tworzenia wspólnego kręgu znajomych. Z perspektywy czasu widzę, jak to wydarzenie było dla nas jednoczące i jak zacieśniło naszą więź, pomimo przytłaczającego lęku.

Janusz ukrywał się jeszcze długo, do momentu złapania i osadzenia w więzieniu. Po amnestii nieznani sprawcy porwali go do lasu i oblali żrącą substancją pomieszaną z trucizną; cudem uszedł z życiem. – Ale nasz związek przetrwał te trudne momenty. Kolejną Wigilię – po dwóch latach od tej pierwszej – świętowaliśmy jako małżeństwo. Każde następne święta były o tyle radośniejsze, o ile w naszej rodzinie przybywało dzieci – mówi siedmiokrotna mama.

 


HALO, TU KISZCZAK

Jako radosne święto dzieci Boże Narodzenie pamięta Agnieszka Romaszewska-Guzy, dyrektor TV Biełsat. – W grudniu 1981 r. przestałam być dzieckiem nie tylko dlatego, że skończyłam 19 lat – wspomina dziennikarka. – Po wybuchu stanu wojennego nagle zabrakło rodziców, którzy musieli się ukrywać, o czym nie wiedziałam, a mnie i mojego ówczesnego narzeczonego, dziś męża, aresztowano za działalność w NZS.

Na milicyjnym dołku w jednoosobowej celi siedziało pięć kobiet; Agnieszka Romaszewska spała w ubraniu na stole. Potem był areszt śledczy w Olszynce Grochowskiej, później Gołdap, na koniec Darłówek. – Wigilię przyszło mi spędzić w Olszynce Grochowskiej – wspomina. – Mijał dziesiąty dzień stanu wojennego, wiedziałyśmy o zabitych górnikach z „Wujka” i strajkach w kopalni „Piast”, nie miałyśmy pojęcia, jak sytuacja się rozwinie. Ogarnęło mnie poczucie bezradności.

W pierwszej paczce od babć – mamy ojca i jej siostry – dostała kanapki i parę sztuk bielizny. – Skąd babcie miały wiedzieć, co się daje do więzienia? Pierwszą porządną paczkę dostałam od osoby, której nigdy nie poznałam. Zawartość paczek wystawiłyśmy z pozostałymi internowanymi na stół, i tak znalazły się na nim: chleb, serek topiony, jabłko i gałązka świerkowa. Przez cały dzień pościłyśmy, zresztą – odmówienie sobie więziennego gulaszu ze świńskich skór nie wymagało wyrzeczeń. A potem jadłyśmy kanapki i śpiewałyśmy kolędy. To były bardzo smutne święta.

Wtedy wśród internowanych w różnych miejscach zaczęła krążyć śpiewana na melodię „Bóg się rodzi” kolęda, która wyszła z aresztu na Białołęce. – „Bóg się rodzi, a rodacy po więzieniach rozrzuceni, bo marzyła im się Polska niepodległa na tej ziemi”, pamiętam ją do dziś – cytuje Agnieszka Romaszewska-Guzy.

Kolejna Wigilia zapowiadała się równie posępnie: rodzice siedzieli na Rakowieckiej, mąż – w Darłówku, a dwudziestolatka została sama w pustym mieszkaniu, bez pieniędzy. – Żyłam z zapomóg i tylko krążyłam z paczkami między rodzicami a mężem – wspomina. – Jak ja pragnęłam, żeby mieć przy sobie choć jedno z nich!

Stan wojenny dobiegał końca. Agnieszka Romaszewska zadzwoniła do Czesława Kiszczaka z pytaniem, czy wypuszczą jej męża. – Odbiłam się od sekretariatu, ale 22 grudnia, gdy odebrałam telefon, usłyszałam: „Tu gen. Kiszczak, dzwoniła pani do mnie”. Zbaraniałam, a on zapewnił mnie, że na święta mąż będzie w domu. To mnie tak podniosło na duchu, że za pieniądze otrzymane od ojca przyjaciółki kupiłam gęś i postanowiłam urządzić prawdziwą Wigilię. Harowałam dwie doby; podłogi szorowałam i pastowałam pół nocy, a gdy nazajutrz w drzwiach stanął mój mąż, został zagoniony do robienia sałatki jarzynowej. Wieczerzę podałam na tym samym serwisie, co mama. Choć rodzice w kryminale, to miałam już przy sobie babcie i męża. To była Wigilia nadziei.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Absolwentka polonistyki i dziennikarstwa na UW, dziennikarka, autorka książek o tematyce rodzinnej i historycznej


monika.odrobinska@idziemy.com.pl

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 13 lipca

Sobota, XIII Tydzień zwykły
Wspomnienie świętych pustelników Andrzeja Świerada i Benedykta
Błogosławieni jesteście, jeżeli złorzeczą wam z powodu imienia Chrystusa,
albowiem Duch Boży na was spoczywa

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Mt 10, 24-33
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)




Najwyżej oceniane artykuły

Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter