W Kościele fajerwerki mogłyby rozbrzmieć w pierwszą niedzielę Adwentu, którą rozpoczynamy nowy rok liturgiczny. Będziemy w nim kolejno rozważać tajemnice z życia Chrystusa. A jak to mawiał pewien znajomy ksiądz: kto wie, dla kogo będzie to ostatni rok jego życia. Żeby zaś dobrze przeżyć kolejny rok, dany nam i zadany, nie marnując szans i okazji, by być coraz bliżej Boga i ludzi, Kościół w Polsce przygotowuje program duszpasterski, który ma prowadzić wiernych przez następne dwanaście miesięcy. Tegoroczny rok duszpasterski będzie przebiegał pod hasłem: „Uczniowie-misjonarze”. Chodzi o to, by w tym roku przyjrzeć się lepiej temu, jakim jestem chrześcijaninem. Czy rzeczywiście czuję się częścią Kościoła i ludu Bożego, wspólnoty wierzących, czy pozostaję biernym obserwatorem życia Kościoła rzucającym od czasu do czasu swoje uwagi pod jego adresem?
Aby odpowiedzieć sobie na to pytanie, po pierwsze, należy zdać sobie sprawę z tego, kto jest uczniem Jezusa. Jak czytamy we wprowadzeniu do programu duszpasterskiego: „Uczniem Jezusa jest ten, kto na drodze formacji, przez stałe wzrastanie w miłości, osobiście Go spotkał, doświadczył Jego bliskości i poważnie żyje Jego słowem”. To kluczowa sprawa, bo nie można być czyimś uczniem, nie znając nauczyciela i tego, co ten nauczyciel głosi i czego od nas wymaga. Nie można być też uczniem, żyjąc tak, jakby nauczyciel nie istniał i nie interesował się nami. Ani nie można być uczniem, nie żyjąc w zażyłości z nauczycielem. Wówczas nie jest się uczniem, ale zewnętrznym obserwatorem.
„Z drugiej zaś strony, podkreśla obowiązek wszystkich ochrzczonych, którym jest udział w misji Kościoła, i wskazuje na nierozerwalny związek między wyznawaniem wiary a dawaniem jej świadectwa” – czytamy dalej w programie. To już odnosi się do bycia misjonarzem. W teorii wiadomo, że na mocy chrztu wszyscy jesteśmy misjonarzami, czyli jesteśmy wezwani do głoszenia, gdyż chrzest czyni każdego chrześcijanina aktywnym uczestnikiem misji Chrystusa. Aktywnym – to znaczy, że nie wystarczy pójść w niedzielę do kościoła i od czasu do czasu pomodlić się w skrytości serca, traktując wiarę jako prywatną sprawę, której nie chciałbym innym narzucać czy nią razić. My jesteśmy wezwani – a nawet mamy obowiązek – by dzielić się wiarą, bo inaczej nie możemy siebie nazywać uczniami Jezusa.
Stąd też bycie uczniem-misjonarzem to istota bycia chrześcijaninem. Nie wystarczy być ochrzczonym, trzeba przez całe życie rozwijać to, co otrzymaliśmy na chrzcie świętym, który jest początkiem naszej drogi wiary. Chrzest upodabnia nas do Chrystusa i w kolejnych latach naszego życia mamy stawać się coraz bardziej tacy jak On. To jest praca, to jest rozwój, to jest zadanie. Bo chrześcijaństwo nie jest religią bierną. Jest żywą i przemieniającą relacją z Tym, w którego zostaliśmy we chrzcie włączeni. A prawdziwy uczeń Chrystusa wie, że Kościół to nie punkt usługowy ani sklep samoobsługowy, gdzie każdy korzysta tylko z tego, co mu odpowiada albo czego w danej chwili życia potrzebuje. Nie może być uczniem Jezusa ten, kto przychodzi z pretensją do zakrystii, bo mu się jakiś „papier” należy. Nie może być też uczniem Jezusa ten, kto ocenia z boku Kościół, stawiając się ponad nim i jakby poza nim. Bo Kościół to szkoła Jezusa, w której jesteśmy uczniami. Nie może być uczniem Jezusa ten, kto chce żyć w świętym spokoju, nie interesując się tym, jak żyją jego bracia, jakie mają potrzeby, jak im się powodzi materialnie i duchowo.
Bycie uczniem Jezusa jest wymagające, ale dlatego jest piękne. Bóg daje nam kolejny rok, byśmy wzrastali w byciu uczniami Jezusa i aby nasze życie miało sens. Od nas zależy, co z tym czasem zrobimy.




Co? Gdzie? Kiedy?
