Tam, gdzie się tworzą relacje prawdziwe, głębokie, takie momenty jak dzisiejszy bolą. Nie jestem ze stali, ale każdą z tych relacji biorę ze sobą. - mówi kard. Grzegorz Ryś w rozmowie z ks. Pawłem Kłysem

Decyzją papieża Leona XIV został Ksiądz Kardynał mianowany arcybiskupem metropolitą krakowskim…
Ta decyzja musi być przyjęta przeze mnie jako głos Pana Boga, bo inaczej bym się nie odnalazł w takich terminach. Dzisiaj tym, co mnie broni, to jest posłuszeństwo w Kościele i wiara w to, że w Kościele jest Piotr. Ten Piotr ma dziś na imię Leon, a to jest jego decyzja, podjęta zapewne po głębokim namyśle. Wszyscy wiedzą, jak długo trwało obsadzanie biskupstwa w Krakowie, więc po takim czasie nie ma przypadkowych decyzji.
Kardynałowie są tymi duchownymi, którzy przyrzekają posłuszeństwo cztery razy, a to ostatnie jest posłuszeństwem wprost przyrzekanym Piotrowi. To mi daje pokój ducha. Jest oczywiste, że ja Kraków kocham, zawsze go kochałem. Tam się urodziłem, tam wyrosłem do wiary, do życia, do kapłaństwa, do wszystkiego. Ale to nie ma nic wspólnego z Krakowem, to ma wspólne wszystko z Łodzią. Bardzo trudno zostawiać Kościół łódzki.
Jakiego Kościoła uczył się Ksiądz Kardynał przez lata spędzone w Łodzi?
Kiedy byłem w Rzymie na okoliczność konklawe, pojechaliśmy z kard. Konradem Krajewskim na grób papieża Franciszka. Weszliśmy po godzinach do Bazyliki Matki Bożej Większej, bo takie są przywileje kardynalskie, klęknąłem sobie przy tym grobie i przez pierwsze piętnaście minut nic do mnie nie dotarło, miałem w sobie absolutną pustkę. I tak mówiłem: „Ojcze Święty, powiedz mi coś, powiedz mi coś, bo konklawe się zbliża” – i nic mi nie mówił. Po półgodzinie się zorientowałem, dlaczego mi nic nie mówi. Odkryłem, że ja się od niego nauczyłem wszystkiego, w co wierzę, gdy chodzi o Kościół, i że ja nie chcę innego Kościoła, że po prostu nie wyobrażam sobie innego Kościoła niż ten, którego nas uczył Franciszek. Nie chcę innego Kościoła, nie chcę Kościoła, który nie jest misyjny, nie chcę Kościoła, który nie jest miłosierny, nie chcę Kościoła, który nie jest otwarty, który nie jest w dialogu. Nie chcę innego Kościoła. Franciszek mnie uczył rozumienia Kościoła.
Czym jest dla Księdza Kardynała Kościół łódzki?
Nie powiedziałem jeszcze o rzeczy najważniejszej, którą jest codzienność: życie w parafiach, we wspólnotach, w kurii. Codzienność jest tkanką podstawową. Będę wyjeżdżał z Łodzi z doświadczeniem, że wiele rzeczy jest możliwych. Kiedy tu szedłem, mówiono, że to trudny Kościół. A to się okazał Kościół bardzo dynamiczny, bardzo otwarty, gotowy, angażujący się, współodpowiedzialny. Mógłbym teraz bardzo długo mówić. Każdemu biskupowi życzę takiego doświadczenia Kościoła, jakie ja miałem przez te osiem lat w Łodzi.
Co udało się zrobić w Łodzi w ciągu tych ośmiu lat?
Pierwszą rzeczą jest oczywiście nasz synod diecezjalny, na który nałożył się też synod biskupów o synodalności. To bardzo piękne doświadczenie, aż po tzw. synody parafialne. W Watykanie nie mogą się nadziwić, że taka rzecz się działa gdzieś w Kościele. Właśnie w Łodzi wydarzył się synod na poziomie parafii. Kiedy więc myślę „synod”, to myślę o konkretnych ludziach. Dalej – myślę o dziełach charytatywnych, bo tak funkcjonuje Kościół, że tym, co jest pierwsze, powinno być miłosierdzie. Uważałem, że taka zmiana jest potrzebna dla całej Polski, nie tylko dla Łodzi, ażeby na czele Caritas diecezjalnej stanęła osoba świecka. Potem jest oczywiście ewangelizacja – bardzo wiele różnych wydarzeń, ale także katechumenat przy katedrze, Arena, Orszak Trzech Króli. Należy wspomnieć Seminarium 35+, które przeszło z Krakowa do Łodzi, Seminarium Redemptoris Mater, a także diakonat stały. Jeszcze może ekumenizm, a w nim Szkoła Ekumeniczna i Szkoła Liturgii.
Co Ksiądz Kardynał zabiera za sobą z Łodzi do Krakowa?
Wiele rzeczy, trudno tak od razu powiedzieć. Naprawdę się nie przygotowywałem miesiącami do takiej zmiany. Ona mnie zaskoczyła. W tej chwili myślę przede wszystkim o konkretnych ludziach, z którymi tu pracowałem. To nie były tylko, mówiąc brzydko, więzi zawodowe, bo w Kościele zawsze chodzi – mówiliśmy o tym przy ostatnim synodzie – o relacje. Tam, gdzie się tworzą relacje prawdziwe, głębokie, takie momenty jak dzisiejszy bolą. Trudno, żeby nie bolały. Wielu ludzi podchodziło do mnie, płacząc. Trudno mi, ja też nie jestem ze stali, ale każdą z tych relacji biorę ze sobą. To jest zawsze najważniejsze, co się bierze z Kościoła. Zabieram ze sobą konkretnych ludzi, pięknych ludzi, wspaniałych ludzi, którzy się sami nawracają, a potem dzielą się wiarą z innymi, są zapaleni przez Ducha Świętego.




Co? Gdzie? Kiedy?
