Kardynał Aleksander Kakowski dbał, aby odradzająca się po półtorawiekowej niewoli Polska była wspólnotą obywateli świadomych, wykształconych, mających poczucie godności własnej. Pragnął, aby Polacy szanowali swoje państwo.

Urodził się na rok przed wybuchem powstania styczniowego w zubożałej rodzinie szlacheckiej w Dębinach koło Przasnysza. Duch insurekcji 1863 r. był stale obecny w jego wychowaniu, przede wszystkim za sprawą ojca, który poszedł bić się o wolność. Chciał też, by syn został wojskowym i zdobył umiejętności, które w przyszłości pomogą w kolejnym zrywie niepodległościowym.
Aleksander wybrał inną drogę: zamiast munduru założył sutannę.
DUCHOWNY, NIE ŻOŁNIERZ
Studiował w seminarium warszawskim, petersburskim, doktoryzował się z prawa kanonicznego na Gregorianum w Rzymie. Święcenia kapłańskie przyjął w 1886 r., rok później został profesorem seminarium metropolitalnego w Warszawie, potem jego rektorem, a wreszcie w 1910 r. objął rektorat Akademii Duchownej w Petersburgu. Na rok przed wybuchem wojny przyjął sakrę biskupią i został metropolitą warszawskim.
Jego posługa przypadła na czas, jakiego dotychczas Polacy nie znali. Mocarstwa rozbiorowe wystąpiły przeciw sobie, co stwarzało cień szansy, aby wybić się na niepodległość. Metropolita z wyczuciem inicjował działania, które dla świata były czytelnym sygnałem o marzeniach o Polsce odrodzonej, złączonej z trzech zaborów. Był pomysłodawcą listu do papieża Benedykta XV, w którym prosił o pomoc dla Polski. Obok niego list podpisali biskupi Poznania, Lwowa i Krakowa, a odczytano go z ambon w zaborze rosyjskim, pruskim i austriackim. Było to niezwykle symboliczne: biskupi z trzech zaborów wspólnie zabrali głos, manifestując, że uważają się za episkopat całej wspólnoty narodowej. „Niech naród, który zawsze z przywiązania do Kościoła czerpał swoje siły i nadzieje, z ciężkich zmagań wyszedł odrodzony do nowego, pomyślnego życia” – pisali biskupi do papieża.
Podobnemu celowi służyły organizowane przez abp. Kakowskiego w Warszawie spotkania biskupów z wszystkich zaborów. Omawiano na nich nie tylko sprawy bieżące, ale np. kształt terytorialny Kościoła po odzyskaniu niepodległości czy główne założenia przyszłego konkordatu ze Stolicą Apostolską. Trzeba było dużej wiary, żeby rozmawiać o sprawach, które były mglistą i nieoczywistą przyszłością. Arcybiskup Kakowski tę wiarę miał.
REGENT I ZGODA
Wykorzystywał każdą szansę, jaką Opatrzność dawała Polsce. W listopadzie 1916 r. państwa centralne, licząc na wsparcie mieszkańców zaboru rosyjskiego w poborze rekrutów do armii, zapowiedziały odtworzenie samodzielnego Królestwa Polskiego. Rok później powołano Radę Regencyjną, czyli swoistą trzyosobową „głowę państwa”. Arcybiskup Kakowski wszedł do niej obok księcia Zdzisława Lubomirskiego i Józefa Ostrowskiego, stając się odpowiedzialnym za organizację życia Polaków, w chwili gdy mocarstwa rozbiorowe waliły się w gruzy. Warto podkreślić, że to właśnie zarządzenia Rady Regencyjnej tworzyły podwaliny pod ustrój społeczno-prawny pierwszych lat II Rzeczypospolitej. I że ich współautorem, szczególnie w obszarze edukacji, wychowania, pomocy najuboższym był właśnie metropolita warszawski.
„Brak zmysłu państwowotwórczego, odruchowa niemal opozycja do wszelkich zarządzeń władzy – to owoc długiej niewoli, to smutne piętno, które i dziś jeszcze szpeci naszą duszę narodową” – celnie diagnozował, gdy Polska powróciła na mapy świata i mogła cieszyć się suwerennością. „Wszystkich Polaków wzywam do zgody, jedności i miłowania się wzajemnie, abyśmy wszyscy, ilu nas jest, mieli jedno serce i jedną duszę, bo z miłosierdzia Bożego powstaje Polska wolna i niepodległa” – apelował do rodaków, gdy na progu wolności temperatura sporu politycznego osiągała często stan wrzenia.
Wierny zasadzie, że słowa uczą, ale przykłady pociągają, dawał swym naukom realny kształt. Choć nie był entuzjastą Józefa Piłsudskiego, to właśnie jemu 11 listopada 1918 r. przekazał wraz z Radą Regencyjną zwierzchnictwo nad wojskiem, a trzy dni później nad całym państwem. Wiedział, że w chwilach dziejowych trzeba umieć się porozumieć dla dobra wspólnoty.
W OBRONIE CYWILIZACJI
Kiedy nawałnica bolszewicka ruszała na Polskę, kardynał był jednym z autorów listu pasterskiego ogłoszonego przez biskupów polskich w 1919 r.: „Bolszewizm czy komunizm jest przede wszystkim chorobą duszy (…). Nie wolno nam zwątpić w siebie. O pierś i wiarę naszego ludu rozbiją się fale bolszewizmu” – apelował. I sam nigdy w zwycięstwo nie zwątpił. Gdy czerwone hordy zbliżały się do stolicy, organizował procesje błagalne, nowenny, adoracje. Był też jednym z inicjatorów aktu poświęcenia Najświętszemu Sercu Jezusa i ponownego obrania Matki Bożej Królową Polski. „Gdy nad ojczyzną gromadzą się chmury ciemne, wołamy – jak niegdyś uczniowie Twoi zaskoczeni burzą na morzu – Panie, ratuj, bo giniemy. Królowo Korony Polskiej, Tobie się oddajemy, Tobie się poświęcamy – broń i strzeż nas jak własność swoją” – modlono się 27 lipca 1920 r. na Jasnej Górze.
Kardynał apelował do księży, aby zgłaszali się ochotniczo do wojska. Był to efekt rozmowy, jaką przeprowadził z Piłsudskim. Jak odnotował we wspomnieniach hierarcha, Marszałek wyraził nadzieję, że wiarę w zwycięstwo podtrzymać mogą w wojsku dobrzy kapelani. „Kapelanów, dobrych kapelanów dla armii – wołał – którzy by szli w szeregach razem z żołnierzem, w okopach podnosili na duchu”. W odpowiedzi na ten apel kard. Kakowski wydał specjalną odezwę do księży, aby wsparli armię polską, która broni chrześcijaństwa. „Księża stanęli w szeregach, jedni jako kapelani, inni jako sanitariusze – wspominał. – Szczególnie młodzież z seminariów duchownych poszła z zapałem do szeregów”. Do narodowej legendy przeszedł ks. Ignacy Skorupka, który jako kapelan ochotniczego 236 pułku poległ w bitwie pod Ossowem. Takich jak on było wielu. W kulminacyjnym momencie bitwy warszawskiej kard. Kakowski nie tylko nie opuścił stolicy, tak jak zrobili to dyplomaci z wyjątkiem nuncjusza apostolskiego Achillesa Rattiego, ale też wizytował pod Radzyminem oddziały ochotnicze, przelewając w ich serca własną wiarę w zwycięstwo.
W wolnej Polsce był tytanem pracy duszpasterskiej. Erygował blisko 50 nowych parafii, organizował Akcję Katolicką, stworzył Muzeum Archidiecezjalne i – co było jego oczkiem w głowie – powołał Dom Pracy dla Najbiedniejszych na Bródnie. Gdy zmarł w grudniu 1938 r. i otworzono jego testament, wielu nie kryło zdziwienia. Na miejsce swego spoczynku wyznaczył bowiem kardynał cmentarz w najuboższej dzielnicy Warszawy – na Bródnie, aby być blisko tych, którym poświęcił tak wiele.



Co? Gdzie? Kiedy?
