Koncerty w Polsce i za granicą mają zakontraktowane do stycznia 2027 r., ponad 20 rocznie. Po ich występach publiczność przychodzi do garderoby, by się upewnić, że na scenie rzeczywiście grały, śpiewały i tańczyły osoby niepełnosprawne.

Koncerty w Polsce i za granicą mają zakontraktowane do stycznia 2027 r., ponad 20 rocznie. Po ich występach publiczność przychodzi do garderoby, by się upewnić, że na scenie rzeczywiście grały, śpiewały i tańczyły osoby niepełnosprawne.
Pod filmikiem w sieci z jednego z takich występów ktoś napisał: „Mazowsze trzyma poziom!”. A to Mazowiacy. – Faktycznie, mówi się o nas „Małe Mazowsze”, zdarzało nam się występować i z Mazowszem, i ze Śląskiem, ale my jesteśmy integracyjnym zespołem pieśni i tańca – mówi prof. Leszek Ploch, twórca i opiekun zespołu.
MYSZ W PUZONIE
– Artur, perkusja bez nogi! Monika, tamburyn tremolo – rzuca pan Leszek zza pianina, dyrygując blisko 20-osobowym zespołem instrumentalnym. – Karolinka, usiądź prosto, Wiktor, nie śpij! Oleńka, zapraszam cię na środek ze skrzypcami! Maciuś, gotowy z saksofonem? Proszę: „Już taki jestem zimny drań”.
– W C-dur? – rzuca Piotr znad metalofonu, na którym gra równie płynnie, co na pianinie, czytając z nut.
Po międzywojennym szlagierze rozlegają się dźwięki „Summertime”. – Paweł, przedmuchaj ten puzon, bo cię nie słyszę, może tam mysz weszła? – żartuje dyrygent. – O, teraz świetnie! – chwali i daje znak, by orkiestra kontynuowała. Nagle przerywa: – Marakasy dopiero w drugiej części!
Choć Leszek Ploch stawia na improwizację, każdy z muzyków wie, kiedy i na ile taktów ma wejść. Podobnie gdy ktoś się wypowiada, reszta słucha – rzecz nie tak oczywista. – Dyscyplina to podstawa – mówi dyrygent, który umiejętnie łączy ją z szacunkiem i życzliwością wobec podopiecznych. Traktuje ich poważnie; do nowych zwraca się per „pani”, „pan”. W przypływie zachwytu mówi: „Są kochani!”. Jednak bez dyscypliny niemożliwe by było ani muzykowanie, ani układy choreograficzne, ani koncertowanie czy wyjazdy.
Doceniają to zwłaszcza te mamy, które brak dyscypliny i stawiania granic obserwują w innych miejscach, gdzie uczęszczają ich dzieci. Efektem jest wysoki poziom artystyczny, a ten przekłada się na koncertowe oklaski.
Leszek Ploch stawia też na samodzielność, do której bardziej niż artystów musi przekonywać ich mamy, skłonne we wszystkim ich wyręczać. – Na zajęciach czy podczas tournée, gdzie jeden opiekun przypada na kilka osób, okazuje się, jak dużo potrafią robić sami – mówi. – Owszem, mają swoje ograniczenia, dlatego zespołowi towarzyszy blisko 50 wolontariuszy: uczniów szkół średnich, studentów, wspierających ich w tańcu, śpiewie czy pracach technicznych. Także każda nasza kolejna siedziba jest dostosowana do ich potrzeb.
DOLARY I DZWONKI
Do Mazowiaków może dołączyć każdy z orzeczeniem o niepełnosprawności, po 16. roku życia: uczniowie szkół specjalnych, wychowankowie ośrodków szkolno-wychowawczych, uczestnicy warsztatów terapii zajęciowej, pracownicy spółdzielni inwalidzkich. Nie ma castingów, jest półroczny okres próbny. Ela, której postać jest na plakacie promującym 40-lecie zespołu, jest w nim od początku. – Byłam na zabawie połączonej z konkursem wokalnym, gdzie usłyszał mnie pan Leszek – mówi. – Odtąd śpiewałam w zespole arie Moniuszki i tańczyłam w pierwszej parze krakowiaka, a w orkiestrze gram na wiolonczeli.
Sam Leszek Ploch także znalazł się w zespole niejako przypadkiem. Jako 17-letni uczeń szkoły średniej oraz zwycięzca konkursów i popisów akordeonowych szykował się na dyrygenturę, gdy wiceprzewodnicząca Organizacji Czasu Wolnego Koła Dzieci Specjalnej Troski przy Towarzystwie Przyjaciół Dzieci poprosiła go o akompaniowanie grupie z niepełnosprawnościami podczas pikniku w Lasku Bielańskim. – Była głęboka komuna, a ja pierwszy raz zobaczyłem takie osoby, których wówczas nie widywało się na ulicach – wspomina. – Spodobało mi się, a że i oni przyjęli mnie z życzliwością, dostałem propozycję objęcia coniedzielnych zajęć instrumentalnych.
Zarzucił pomysł studiów muzycznych, bo w świat muzyki chciał odtąd wtajemniczać osoby niepełnosprawne. Dlatego rozpoczął resocjalizację w Państwowym Instytucie Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Dziś jako nauczyciel tej uczelni, noszącej obecnie nazwę Akademii Pedagogiki Specjalnej, do pracy z osobami niepełnosprawnymi włącza także jej studentów.
Coraz częściej myślał, by efekty starań jego i jego podopiecznych pokazywać publiczności. W 1983 r. spośród najaktywniejszych uczestników zajęć wyłonił chór i orkiestrę, a z czasem i sekcję taneczną. Mamy uszyły stroje i ruszyli z występami. W czerwcu 1985 r. zespół przyjął nazwę Mazowiacy. Zgłaszało się coraz więcej chętnych, a praca artystyczna przybrała formę regularnej edukacji.
W 1984 r., po koncercie, na którym był minister kultury, zaproponował on panu Leszkowi sfinansowanie pięciu par strojów ludowych. Niedługo potem koncertowali w Niemczech (Hessen), a w 1987 r. z ambasady Finlandii przyszła propozycja pokazania się w Helsinkach. – Za występy na statku dostaliśmy zniżki na kajuty i wyżywienie – wspomina założyciel Mazowiaków. – A za podarowane dolary kupiliśmy m.in. saksofon i dzwonki chromatyczne, których używamy do dziś.
W lutym 1987 r. Leszek Ploch zarejestrował fundację, dzięki czemu mógł sam szukać lokalu na siedzibę, kupować instrumenty czy pozyskiwać sponsorów. – Mamy 5 ton sprzętu scenicznego: rampę z głowicami oświetlenia, światła ultrafioletowe, dymiarkę i wiele innych wysokiej klasy urządzeń – mówi.
PRZED KRÓLAMI
W ciągu 40 lat istnienia przez Mazowiaków przewinęło się blisko 2 tys. osób z Warszawy i okolic. Obecnie w zajęciach uczestniczy 75. Niektóre udzielają się od lat, inne – od roku czy miesiąca. Tym, którzy mówią i się poruszają, przygotowania do wyjścia na scenę zajmują dwa, trzy lata. Niektórzy z początkujących być może nigdy nie wystąpią publicznie, ale dla wszystkich najważniejsze są sama przynależność do zespołu i zajęcia.
– Przerwę między 45-minutową rozgrzewką a próbą tańców robię właściwie dla siebie, im szkoda czasu – mówi zawodowa tancerka i choreografka Hanna Szczepańska-Ploch, która dla Mazowiaków opuściła teatr Syrena. – Stawiam na profesjonalizm; gdy moim tancerzom coś nie wychodzi, pozwalam im złapać oddech na boku, czasem nawet popłaczą, ale nie pozwalam im się poddawać. Niepełnosprawny nie znaczy nieporadny. Z podobnego założenia wychodzi mąż, który im powtarza, że jeśli chcą być artystami, muszą zacząć od samodzielnego sznurowania butów. Fantastycznie się mobilizują. Pracy jest dużo, zwłaszcza po wakacjach, kiedy kroków często trzeba uczyć od początku. Ale gdy dopada mnie zwątpienie, wystarczy spojrzeć na ich radość i spontaniczność, i znów mi się chce.
Uczestnicy zajęć mogą nie zdawać sobie sprawy z ich terapeutycznego charakteru, bo oni przede wszystkim dobrze się bawią i nabierają pewności siebie. – Niesamowicie się rozwijają – przyznaje Leszek Ploch. – Ćwiczą koordynację psycho-ruchową, pamięć, a przebywanie ze sobą uczy ich też zasad współżycia, w tym dobrego wychowania.
Kiedy na próbie chóru Monika do śpiewu solo wstaje razem z mamą, dyrygent tłumaczy, że to część terapii. Mamy nazywają go lekarzem dusz. – Kiedyś Monika jeździła konno, wygrywała nagrody, znała wierszyki i piosenki – mówi jej mama Hanna Kowalczyk. – Na skutek traumy przestała mówić. Pan Leszek rozumie nasz problem i ma pomysł na rozwiązanie. Monika nigdy nie była wylewna, ale gdy wychodzimy z zajęć chóru czy orkiestry, po jej minie widzę, że jest radosna. Z kolejnymi zajęciami się odblokowuje.
Wiktor należy do wszystkich sekcji Mazowiaków: tanecznej, chóru, kapeli i orkiestry, ale gdyby było ich więcej, chodziłby także na nie. Podobnie inni. Wielu od rana nie może doczekać się zajęć, przychodzi na nie grubo przed czasem, by dłużej ze sobą pobyć. Są jak rodzina. Dla nich to ważniejsze niż występy przed parami prezydenckimi i królewskimi, w prestiżowych salach, pałacach i filharmoniach w Polsce i za granicą, w których oglądało ich blisko 750 tys. widzów. Dla nich to nie tyle terapia, ile sens życia.



Co? Gdzie? Kiedy?



