Podczas gdy sprawy europejskie zaprzątały umysły po obu stronach Atlantyku, Chiny poczyniły kolejne kroki do osiągnięcia hegemonii na swoim kontynencie.

W 2011 r. administracja prezydenta Baracka Obamy ogłosiła „zwrot ku Azji”, czyli zmianę priorytetów z obszaru północnego Atlantyku ku Indo-Pacyfikowi. Do tej pory niewiele z tego wyszło, bo po drodze na pierwszy plan wysunęła się sprawa ukraińska. Z punktu widzenia interesu narodowego USA administracja Joego Bidena popełniła kardynalny błąd, dopuszczając do wojny na pełną skalę, szczególnie że od 2018 r. toczyła się już wojna handlowa z Chinami i USA podjęły się prowadzenia zmagań na dwa fronty. Ale to już historia.
Ostatnia podróż prezydenta Donalda Trumpa do Azji wskazuje na zmianę priorytetów. Dodatkowym dowodem jest zmniejszenie wojskowej obecności na wschodniej flance NATO: wycofano ogromną większość amerykańskich wojsk z Rumunii. Dodajmy, że zapewne niebawem podobne kroki zostaną podjęte w stosunku do wojsk stacjonujących w innych państwach sąsiadujących z Rosją. Niemal cztery lata wojny w Ukrainie dowiodły, że Rosja ma ograniczone możliwości w zakresie działań ofensywnych i w Waszyngtonie wyciągnięto odpowiednie wnioski. Miejmy nadzieję, że i nad Wisłą dokona się podobna ocena.
ROLA INDII
Na obszarze od Japonii po półwysep Dekan mieszczą się dwa najludniejsze państwa świata (Indie, Chiny), i – licząc wg parytetu siły nabywczej – cztery z pięciu najpotężniejszych gospodarek (Chiny, Indie, Japonia, Rosja). Nie trzeba sięgać do prac Halforda Mackindera sprzed ponad wieku, aby docenić rodzące się zagrożenie dla jednobiegunowego świata. Sprawa ukraińska doprowadziła do nawiązania bardzo bliskich stosunków na linii Pekin–Moskwa. Dopuszczenie do takiego rozwoju sytuacji stanowiło radykalne odstępstwo od polityki prezydenta Richarda Nixona (i Henry’ego Kissingera) oraz zaleceń Zbigniewa Brzezińskiego zawartych w jego książce „Wielka szachownica. Geostrategia amerykańskiego przywództwa”. Jest to niesłychany błąd, którego skutków nie będzie łatwo odrobić kolejnym mieszkańcom Białego Domu.
W zmaganiach o przywództwo w świecie kluczową rolę odegrają Indie, bo z przyczyn demograficznych znaczenie Japonii będzie szybko maleć. Do niedawna sytuacja na tym odcinku wyglądała, z punktu widzenia Waszyngtonu, bardzo obiecująco. New Delhi ograniczało stosunki z Moskwą, a agresywne zachowanie Pekinu w zakresie spornej granicy doprowadziło do silnego zaostrzenia stosunków chińsko-hinduskich. Niestety, i w tym przypadku wojna rosyjsko-ukraińska odcisnęła swe piętno. Indie, zresztą zgodnie z zaleceniami administracji Bidena, kupowały wielkie ilości rosyjskiej ropy naftowej, i krewki Trump postanowił położyć temu kres. Postawił New Delhi ultimatum, przed którym premier Narenda Modi się nie ugiął. Skutkiem tego cła na import hinduskich towarów podskoczyły do 50 proc. Indie i Chiny zaczęły szybko ocieplać stosunki. O przymierzu hindusko-chińskim mowy być nie może, ale początek zwrotu ku Azji w wykonaniu Trumpa trudno uznać za udany.
WOJNA GOSPODARCZA
Zgodnie z wcześniejszymi obietnicami 2 kwietnia Biały Dom ogłosił kolosalne podwyżki ceł. Ów „dzień wyzwolenia” miał przynieść amerykańskiej gospodarce ogromne pożytki. Oczekiwane zwiększone wpływy z ceł miały walnie przyczynić się do wzrostu wpływów do budżetu i sfinansować obniżki podatków. Niemniej warto pamiętać, że za pomocą wojny handlowej największe koncesje uzyskuje się od bliskich sojuszników, państw, które są ściśle powiązane gospodarczo z krajem je nakładającym. Tak też mają się sprawy w przypadku obecnej wojny handlowej.
Pierwsza skapitulowała Unia, potem na nierównoprawne stosunki zgodę wyraziły Japonia i Korea Południowa. Natomiast Chiny odpowiedziały podwyżką ceł i groźbą ograniczenia wywozu metali ziem rzadkich, minerałów koniecznych do wyrobu elektroniki. Bez tego zaś nie może działać większość działów gospodarki. Nie była to czcza groźba, bo Kraj Smoka wytwarza około 70 proc. światowej produkcji. W dodatku Chiny zawiesiły import żywności z USA, co ujemnie odbiło się na dochodach farmerów, bardzo ważnego republikańskiego elektoratu. Ta ostra gra przyniosła oczekiwane skutki. Waszyngton i Pekin rozpoczęły negocjacje, które zdaniem amerykańskich negocjatorów zakończyły się wielkim sukcesem. Uzgodniono spotkanie między prezydentami obu państw i Trump udał się do Azji.
HOŁDY AZJATÓW
Zanim doszło do spotkania Trump–Xi, amerykański przywódca odwiedził Malezję, Japonię i Koreę Płd. Wszędzie był przyjmowany z najwyższymi honorami i uzyskał potwierdzenie wcześniejszych obietnic. Tak więc Japonia ma zainwestować w USA 550 mld dolarów, a Korea Płd. – 350 mld. Lwia część japońskich inwestycji (ok. 332 mld) ma dotyczyć energetyki, szczególnie elektrowni atomowych. Ponadto oba kraje mają podjąć współpracę w celu utrzymania przez USA wiodącej roli w najbardziej zaawansowanych technologiach. Kraj Kwitnącej Wiśni ma także zwiększyć zakupy amerykańskiego uzbrojenia, nośników energii i artykułów rolnych. Oba państwa mają także współpracować w rozwoju (a praktycznie odbudowie) amerykańskiego przemysłu stoczniowego. Z innych mniej istotnych spraw na szczególną uwagę zasługuje wprowadzenie ułatwień w eksporcie do Japonii samochodów marki Toyota wytwarzanych w USA oraz współpracę tego samochodowego olbrzyma w promowaniu amerykańskich aut w Japonii. Premier Sanae Takaichi miała się także zobowiązać do wspierania kandydatury Trumpa do Pokojowej Nagrody Nobla.
Z kolei Seul ma podzielić owe 350 mld dolarów na dwie części. Pierwsza to fundusz inwestycyjny, do którego ma wpłacać 20 mld rocznie przez kolejne 10 lat. Druga, w wysokości 150 mld, ma być zainwestowana w amerykański przemysł stoczniowy. Zyski z tych przedsięwzięć mają być dzielone po połowie. W zamian za te inwestycje przeciętne cła na wwóz koreańskich towarów do USA zostaną obniżone z 25 do 15 proc.
Wcześniej amerykański prezydent zawarł „ramowe” porozumienia z Malezją, Kambodżą, Tajlandią i Wietnamem. Te państwa poczyniły ustępstwa na miarę swoich możliwości, głównie w postaci zniesienia ceł importowych na amerykańskie towary. W sumie ta część podróży przyniosła Trumpowi ogromne sukcesy. Jego hasło America First zostało przekute na konkretne poważne ustępstwa uczynione przez wieloletnich sojuszników i państwa, które aspirują do takiego statusu.
TWARDY ORZECH
Zupełnie odmienny przebieg miało spotkanie z prezydentem Chin. Już sama otoczka szczytu mówiła wszystko o stanie stosunków między najpotężniejszymi krajami świata. Spotkanie miało miejsce w skromnej sali w koreańskiej bazie wojskowej. Trwało ok. stu minut, czyli ograniczyło się do minimum, i nie zakończyło się zawarciem szczegółowego porozumienia. Trudno o bardziej jaskrawy rozdźwięk pomiędzy retoryką i rzeczywistością.
Szczyt Trump–Xi (jeśli słowa „szczyt” można tu użyć) doprowadził do zawarcia rozejmu, który będzie trwać co najwyżej rok. Na taki czas Chiny zgodziły się przesunąć wcielenie w życie ograniczeń w wywozie metali ziem rzadkich. W zamian za to Waszyngton zgodził się obniżyć cła do ok. 47 proc. Chiny wznowiły import amerykańskiej żywności i nośników energii, ale rozmiar tych zakupów nie jest określony. Mówiąc wprost, obecne zobowiązania Państwa Środka są dużo poniżej tych, do których zobowiązało się ono w ramach tzw. pierwszej fazy w styczniu 2020 r.
USA szachują Chiny dostępem do najbardziej zaawansowanych półprzewodników, a Pekin – dostępem do metali ziem rzadkich. W momencie, w którym jedna strona dogoni przeciwnika w dziedzinie, w której sama ma braki, przeciwnik utraci możliwość wywierania nacisków i dojdzie do eskalacji. Gospodarcza i polityczna przyszłość świata nie rysuje się optymistycznie.



Co? Gdzie? Kiedy?



