Dlaczego Bóg, który jest dobrocią i miłością, dopuszcza stratę i cierpienie?
fot. Pixabay | pexels.com
Mimo upływu lat trudno mi się pogodzić ze śmiercią mojego tatusia. Umarł, gdy ja byłem nastolatkiem. Teraz moje dzieci są już prawie w tym wieku. Przychodzi mi na myśl: jak by to było dobrze, gdyby tata żył, jako dziadek, jako ojciec. Kiedy mam problemy remontowo-budowlane czy większe trudności życiowe, porównuję się z kolegami, którzy od żyjącego ojca mają choć minimalne wsparcie.
Bóg kocha nas i wie wszystko. Dlaczego Bóg, który jest dobrocią i miłością, dopuszcza stratę i cierpienie? Pewnie potrzebne nam są te bóle, także doświadczenie odejścia osób kochanych. Choćby po to, żebyśmy dostrzegli, że doczesność nie daje szczęścia na miarę głębi ludzkiego serca. Widocznie jest konieczny ten ból, jeśli Jezus nań pozwala. Z pewnością jest najlżejszy, jaki może być, dla naszego dobra.
Pan Jezus nam współczuje, kiedy dopuszcza na nas te doświadczenia. Sam jest „mężem boleści”. On często nie zabiera trudności, ale pozwala nam je znosić. Umacnia naszą wiarę.
Pytamy: dlaczego najbliżsi odchodzą? Powtórzę często słyszane zdanie z pogrzebów: „Bóg wie, kiedy dla każdego człowieka jest najlepszy czas, i wtedy go zabiera”. A my nie rozumiemy, nie widzimy perspektywy lat, pokoleń, wieków. Widzimy ten malutki krąg teraz – krąg poważnej straty i realnego bólu. A Bóg wie, co będzie dobre, aby nasz bliski posiadł wieczność. Gdyby ten człowiek żył dalej, nie wiemy, co by się stało. Może by się załamał od pokus i stracił wszystko na wieki? Bóg tylko wie. On jest Panem historii i skoro dał wolność ludziom, to konsekwentnie dopuszcza skutki tej wolności: i kataklizmy, i wypadki, i choroby, i śmierć.
Zabiera nas z tego świata właśnie wtedy, kiedy człowiek ma największe szanse na zbawienie. Trzeba uwierzyć Jezusowi, ale też uwierzyć do końca. „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie” (J 11,25). Nasza ufność ma oparcie w fakcie zmartwychwstania Chrystusa. A nasz los, taki nieraz trudny, ma oparcie w męce Chrystusa. Nie bójmy się, nie jesteśmy sami. Bóg jest królem miłości. Nie z wysokości niebieskiego tronu panuje nad nami, lecz przychodzi, staje się człowiekiem i króluje z krzyża. Nikt tak nie cierpiał jak wcielony Syn Boży, Jezus Chrystus. On, najniewinniejszy, cierpiał za naszych bliskich i za nas. Jako ofiara zastępcza i żeby nam dodać otuchy. To nic, że teraz nie wszystko rozumiemy.
Wpadają mi do ucha słowa Psalmu 116: „W krainie życia będę widział Boga”. Będę widział Miłość, która wszystko wytłumaczy do końca.




Co? Gdzie? Kiedy?
