21 stycznia
środa
Agnieszki, Jarosława
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Stan nielegalny

Ocena: 5
157

Strzelanie do ludzi, zatrzymania, inwigilacja, wyrzucanie z pracy z wilczym biletem – 13 grudnia 1981 r. jeszcze mocniej zmienił życie w reżimowej PRL. Mecenas Marek Markiewicz, prawnik, dziennikarz i działacz opozycji, został… taksówkarzem. Przez lata zabiegał o uznanie stanu wojennego za nielegalny i o rehabilitację jego ofiar.

fot. Irena Świerdzewska

Przed pamiętnym 13 grudnia wiedział, że coś się wydarzy następnego dnia. Figurce Matki Bożej przed łódzkim kościołem ktoś utrącił ręce. – Jako redaktor wydania łódzkiego TVP zadzwoniłem do oficera dyżurnego. W słuchawce odezwał się człowiek, który nie wiedział, gdzie znajduje się najbardziej znany kościół w Łodzi. Zrozumiałem, że to ktoś obcy. To zwiastowało zmianę.

 


RACHUNEK W KAJDANKACH

Był wtedy prawnikiem z aplikacją sędziowską, przewodniczącym Komisji Zakładowej Solidarność w łódzkiej TVP. W listopadzie 1980 r. został delegatem na I Krajowy Zjazd Solidarności z regionu Ziemi Łódzkiej. – Nadawałem relacje ze zjazdu do naszej redakcji, przyjmowane w pokoju transmisyjnym w obecności całej komisji zakładowej, która baczyła, żeby jeden przecinek nie został usunięty, i to szło na antenę – wspomina. Wiedział, że ówczesna władza wystawi mu za to rachunek. O tamtych czasach opowiada dziś ze swadą i poczuciem humoru, ale wtedy wyglądało to zupełnie inaczej.

– Po wysłuchaniu 13 grudnia telewizyjnego przemówienia Wojciecha Jaruzelskiego nałożyłem kożuszek i pojechałem do zarządu regionu. Byli tam już Andrzej Słowik i Jerzy Kropiwnicki, przewodniczący i wiceprzewodniczący Zarządu Regionalnego NSZZ Solidarność Ziemi Łódzkiej. Potrzebny był „lektor” do przeczytania komunikatu – wspomina. Z okna siedziby zarządu odczytywał więc tekst wzywający do rozpoczęcia strajku generalnego w regionie. Za chwilę pod budynkiem były kordony milicji i ZOMO.

– Wartownik z karabinem poprowadził mnie na drugie piętro, do mojego pokoju, przez który jakby przeszedł huragan, zwłaszcza przez moje biurko – opowiada. – Andrzeja Słowika i Jerzego Kropiwnickiego zabrano czarną wołgą. Pozostałych nas, skutych w kajdanki, wyprowadzono do ciężarówki. Nie chciała ruszyć, więc zapytałem: „Może osadzeni popchną?”; odpowiedzi nie będę cytował. Po drodze zatrzymaliśmy się w parku. Stała tam ciężarówka, z której wyszli policjanci i ładowali naboje do broni. Skojarzenie mogło być jedno. Dojechaliśmy jednak na dziedziniec komendy milicji, obstawiony zomowcami z tarczami i pałkami. Kiedy prowadzono mnie schodami budynku, co chwilę jakiś mijany ubek rzucał: „Dzień dobry, panie magistrze”. Znali mnie z wykładów w Studium Administracyjnym, do którego przysyłano takich, którzy robili jakieś dyplomy.

– Na komendzie nie wiedzieli, co ze mną zrobić, więc zwolnili po przesłuchaniu. Za dwa dni ktoś zapukał do mieszkania. Żona otworzyła i usłyszałem: „Marek, panowie do ciebie. Panowie nie piją herbaty”. Stropieni, wręczyli wezwanie na pozew sądowy i wyszli – relacjonuje pan mecenas.

Proces odbywał się w sądzie w Łodzi, w którym obronił niedawno aplikację sędziowską. – Prowadzony w konwoju Andrzej zdążył zapytać mnie, czy grozi mu kara śmierci. Odetchnął, kiedy zaprzeczyłem, bo sędzia Ekiert zapewniał go, że zaraz po rozprawie taki wyrok zostanie wykonany. Mnie powiedziano, że do końca procesu pozostaję świadkiem, a potem będzie „trochę inaczej”. „Trudno, żebym był rzecznikiem oskarżenia” – pomyślałem. Zresztą wcześniej zwróciłem się z pytaniem do dziekana Eugeniusza Sindlewskiego z Łódzkiej Rady Adwokackiej, dlaczego mnie zwolnili; że czuję się winny próby obalenia ówczesnego ustroju i liczę na konsekwencje. Odpowiedział, żebym zmykał mu z oczu jak najszybciej, bo ma więcej kłopotów.

– Byłem przygotowany na pytania na rozprawie: „Czego szukałem w zarządzie Solidarności?”. I na odpowiedź: „Drogi uspokojenia sytuacji w kraju wobec nielegalnego stanu wojennego”. Na tej rozprawie wskazałem na niezgodność stanu wojennego z obowiązującym prawem, ponieważ został wprowadzony w czasie sesji trwania sejmu, kiedy rada państwa nie może wydawać żadnych dekretów. Udowadnianie tego stało się moją pasją przez następne lata. Sędziowie i adwokaci, których znałem, przyjęli to oświadczenie jako ważne dla toczącego się procesu i do tego odwoływali się potem. Do mojego dossier doszło jednak „szczucie na procesie”. Niestety, wtedy to nie pomogło, nasi chłopcy zostali skazani i trafili na cztery lata do Zakładu Karnego w Barczewie. Pół roku temu, po 16 latach procesowania się w sprawie doświadczonych prześladowań, wygraliśmy sprawę. Ówczesny zastępca naczelnika więzienia, będąc jednocześnie tajnym funkcjonariuszem SB, został skazany na rok bezwzględnego pozbawienia wolności i ten wyrok utrzymał się – mówi Marek Markiewicz.

 


KAKTUS NA DŁONI

Po wprowadzeniu stanu wojennego telewizja była „zmilitaryzowana”. Spikerzy czytali wiadomości w mundurach wojskowych. – Zostałem zwolniony z Komitetu ds. Radia i Telewizji w obecności komisarza wojskowego i skazany na dożywotni zakaz pracy w mediach. Cieszyłem się, że usunięto mnie z tego „frontu ideologicznego”. Pułkownik milicji zapowiedział, że mu kaktus wyrośnie na dłoni, jak będę robił coś innego niż jazda na taksówce.

Odbierałem kartki na mięso z bezrobotnymi. Nie udało mi się dostać w ajencję sklepiku, więc poszedłem na kurs w Zrzeszeniu Taksówkarskim. Na drzwiach bocznych auta napisałem nr 4679 i kupiłem taksometr Ryga. Kiedy pojechałem na dworzec po żonę – była nauczycielką i wracała z dziećmi z wycieczki szkolnej – rozpłakała się. Zrozumiała, jak teraz zmieni się nasze życie. Nie zdecydowaliśmy się jednak na proponowany przez kurię łódzką wyjazd do USA, gdzie mógłbym pracować w Głosie Ameryki – wspomina.

Pisał w pismach w podziemnych: „Naszym Głosie”, „Solidarności Walczącej”, „Między Przystankami”. Został redaktorem naczelnym podziemnego pisma „Biuletyn Informacyjny Solidarność Region Ziemi Łódzkiej” i „Głosu Łodzi”.

Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego przy parafii Najświętszego Zbawiciela w Łodzi powstał Ośrodek Pomocy Osobom Pozbawionym Pracy. – Działał podobnie jak ośrodek w Warszawie przy ul. Piwnej, tylko powołany był wcześniej. W magazynie wydawano dary, a 2–3 razy w tygodniu były nieodpłatne dyżury prawników. Nie mogliśmy występować na rozprawach sądowych, zajmowaliśmy się głównie przygotowywaniem pism procesowych, aż do 1987 r. – opowiada Marek Markiewicz. W tym okresie był inwigilowany i wzywany na przesłuchania.

Kościół prowadził wtedy daleko idącą działalność, także propagującą myśl kard. Stefana Wyszyńskiego. – Z Bydgoszczy przewoziłem do Warszawy do kościoła św. Anny paczki z książkami – opowiada pan mecenas. – Transportowałem też książki z Warszawy do Łodzi. Raz zatrzymało mnie nieoznakowane auto. „Panie Markiewicz, otwieramy bagażnik” – powiedział funkcjonariusz, a nie podawałem mu przecież dowodu osobistego. Rozcinał kolejne paczki z książkami o św. Celestynie, które miałem wyrzucać na śnieg. Dochodził już do kard. Wyszyńskiego; modliłem się: „Panie Boże, zabierz go stąd”. I wtedy powiedział: „A co tam będę te śmieci oglądać, zbieraj to pan”. Kant miałby tu kolejny dowód na istnienie Boga – konkluduje Marek Markiewicz.

 


PATRZEĆ DO TYŁU

Po przemianach ustrojowych w 1989 r. Markiewicz wrócił do Łódzkiego Ośrodka TVP na stanowisko dyrektora. Potem pracował w Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji, także jako jej szef. Przeprowadził ostatni wywiad z Jaruzelskim, jeszcze jako prezydentem Polski. – Na pytanie czy wie, ilu ludzi straciło życie z powodu stanu wojennego, ile dokonano nieprawości, represji, ilu pozbawiono pracy, odpowiedział: „Jak się idzie do ataku, to nie można patrzeć na prawo i do tyłu”.

– W lutym 1992 r., kiedy byłem posłem z listy Solidarności, przygotowaliśmy uchwałę przyjętą przez sejm, że stan wojenny był nielegalny. Wtedy też uchwałą została powołana komisja do badania skutków stanu wojennego. Po niemal dwóch dekadach, w 2011 r., Trybunał Konstytucyjny orzekł, że stan wojenny był nielegalny. To znaczy, że wszystkie decyzje, represje były niezgodne z prawem.

– Dodam tu jeszcze istotną rzecz, o której mało kto pamięta. Stan wojenny został wprowadzony dekretem z 12 grudnia 1981 r., ale ogłoszony w Dzienniku Ustaw 16 grudnia. Największe represje ponieśli ci, którzy strajkowali 13, 14 i 15 grudnia. Według orzeczenia TK wszyscy sędziowie, którzy wtedy orzekali, popełniali przestępstwo. Nie ponieśli za to odpowiedzialności, a skutków braku tych rozliczeń doświadczamy obecnie w funkcjonowaniu Sądu Najwyższego – podkreśla mecenas Markiewicz.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Dziennikarka tygodnika „Idziemy”, absolwentka ziołolecznictwa na SGGW i dziennikarstwa na UW, korespondentka Vatican News


irena.swierdzewska@idziemy.com.pl

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 stycznia

Środa, wspomnienie św. Agnieszki, dziewicy i męczennicy
II Tydzień zwykły
+ Czytania liturgiczne (rok A, II): Ewangelia: Mk 3, 1-6
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najczęściej czytane artykuły



ZAPOWIADAMY, ZAPRASZAMY

Co? Gdzie? Kiedy?
chcesz dodać swoje wydarzenie - napisz
Blisko nas
chcesz dodać swoją informację - napisz

Pod koloratką - kanał na YouTube



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter