Polscy kibice przed meczem mistrzostw Europy Polska – Belgia Biało-czerwoni znaleźli się w najlepszej ósemce Europy i możemy być z tego powodu dumni.

Nigdy nie byłem fanem koszykówki. Z kilku powodów. Po pierwsze, nikt nigdy nie nauczył mnie porządnie jej podstaw. Po drugie, nikt z bliskich kolegów nie przepadał za tym sportem. Po trzecie, i chyba najważniejsze, zawsze brakowało mi centymetrów, by w rywalizacji pod koszem mieć cokolwiek do powiedzenia. Fanem nie byłem i nie będę, ale zawsze ten sport szanowałem, gdyż dzięki niemu potrafią pojawić się przeogromne emocje, a końcowe sekundy wyrównanych, zaciętych spotkań czasami przyprawiają o palpitację serca.
Na to liczyli też nasi fani basketu przed rozpoczęciem współorganizowanych przez Polskę mistrzostw Europy. Wszyscy liczyliśmy się też jednak z tym, że o wyjście z grupy może być bardzo trudno. Głównie z powodu problemów zdrowotnych. Kontuzje wykluczyły z gry syna trenera, Igora Milicicia juniora, a także Jeremy’ego Sochana. Wyjazd tego drugiego ze zgrupowania (a potem szybkie pojawienie się na zajęciach w klubie) wzbudził kontrowersje, ale nie mnie rozstrzygać, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. W ten sposób w zespole pojawiły się dwie bardzo duże wyrwy. Można było złapać się za głowę, można było się załamać albo… zakasać rękawy i powalczyć. Na szczęście koszykarze zrobili to drugie. Bo pech czy uraz jednego zawodnika to zawsze szansa dla drugiego.
I od pierwszego meczu mistrzostw Europy Polacy grali fantastycznie. Na dzień dobry ograli Słowenię, mającą w składzie tak wielką gwiazdę, jak Luka Doncić. Ta wygrana poniosła nasz zespół. Awans do 1/8 finału to był plan minimum. Udało się go wykonać, a potem zrobić kolejny krok. Drugi raz z rzędu koszykarska kadra znalazła się wśród ośmiu najlepszych drużyn Europy. To przeogromny sukces – co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Nie mam też wątpliwości, że tego sukcesu nie byłoby bez znakomitej gry Jordana Loyda. Amerykanin dołączył do naszej kadry i z marszu okazał się ogromnym wzmocnieniem.
W ćwierćfinale ulegliśmy niepokonanej od początku mistrzostw Europy Turcji. Tej drużynie, niestety, nie sprostaliśmy, ale cały turniej pokazał, że nasi koszykarze dali radę. Z Eurobasketu odpadło przed nami kilka o wiele mocniejszych drużyn, na czele z Francją, Serbią i Hiszpanią. Biało-czerwoni znaleźli się w najlepszej ósemce Starego Kontynentu i możemy być z tego powodu dumni. Tak jak dumny był kapitan reprezentacji. Mateusz Ponitka nieraz w trakcie turnieju powtarzał: „Polacy potrafią grać w koszykówkę”. I pokazali to między innymi w katowickim Spodku. To była znakomita reklama tego sportu, a kibice kolejny raz udowodnili, iż na trybunach potrafią dokonać rzeczy niebywałych.
Powtórzę więc raz jeszcze – reprezentanci Polski dali radę. Za to należą im się podziękowania, bo niejeden ekspert wieszczył przed imprezą wielkie problemy z wyjściem z grupy. Problemy były, i to bardzo różne, lecz biało-czerwoni je wszystkie pokonali. Dlatego dokonania na Eurobaskecie trzeba podsumować jednym słowem: sukces.



Co? Gdzie? Kiedy?
