20 maja
niedziela
Bazylego, Bernardyna, Aleksandra
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Przebij iluzję, uwierz

Ocena: 4.9
1667

Mam nadzieję skupić uwagę ludzi, którzy nie przyszliby na rekolekcje do parafii.   mówi ks. Teodor Sawielewicz.

fot. Mariusz Margas/arch. ks. Teodora Sawielewicza

Z ks. Teodorem Sawielewiczem rozmawia Anna Dąbrowska

 

Pan Jezus polecił uczniom: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię”. Czy internet może stanowić skuteczne narzędzie ewangelizacji?

Internet to współczesny areopag. Ojciec Adam Szustak powiedział, że YouTube to największa ambona świata, i chyba nie przesadził. Moje przekonanie jest takie, że tam, gdzie są ludzie, tam powinien być ksiądz, tam powinna być ewangelizacja. Nie tylko po to, żeby wypierać złe treści, dać jakąś alternatywę, ale przede wszystkim, by biegać za tymi owieczkami, które się pogubiły, wychodzić im naprzeciw. Kiedyś myślałem, że wykorzystując tylko internet nie za bardzo da się pomóc człowiekowi, którego nigdy nie spotkało się osobiście. Doświadczenie prowadzenia ewangelizacji internetowej pokazuje mi coś innego. Staram się kierować ludzi, którzy słuchają mnie w internecie, do spowiedników i księży, którzy są w zasięgu ich ręki. Widzę, że ta metoda wydaje dobre owoce. Uważam, że spotkanie odbiorcy ewangelizacji internetowej z żywym świadkiem Jezusa, z żywym Kościołem w realu powinno być jednym z celów ewangelizacji w internecie.

 

Nie obawia się Ksiądz, że ta ambona wirtualna przesłoni z czasem ambonę kościelną?

Może przesłonić ambonę kościelną, jeśli będzie się szukało w internecie polubień, potwierdzeń swojej pseudowspaniałości kapłańskiej, komentarzy, pochlebstw, wkupienia się w gusta. W innym przypadku ambona internetowa może tylko pomóc tej kościelnej.

 

A wierni? Czy nie stracą zainteresowania uczęszczaniem do kościoła, skoro w internecie też mogą wysłuchać księży?

Jeśli ludzie pozostaną tylko w świecie szklanego ekranu, to znak, że ta ewangelizacja internetowa nie ma sensu. Cieszy ucho i oko, ale nic nie zmienia w sercu. Dostaję jednak świadectwa, które dowodzą czegoś innego. Jednym z nich jest historia mężczyzny, który zaczął chodzić do kościoła dzięki temu, że jego żona wchodziła na Teobańkologię. On sam się zainteresował i przekonał.

 

„Teobańkologia” – tego hasła nie znajdziemy w słowniku języka polskiego, ale w świecie wirtualnym już tak. Co ono właściwie oznacza?

„Teobańkologia” to skrót od nazwy „Teologia ks. Teodora w bańkach mydlanych, czyli poważne treści w filigranowej formie”. Pod takim hasłem prowadzę profile na Facebooku i YouTube’ie. Mam nadzieję łączyć poważne treści ewangeliczne z czymś kruchym, zabawowym i przyciągającym uwagę, jak bańki mydlane.

 

Wykonywane przez Księdza bańki to prawdziwy majstersztyk. Bańka sześcienna, dwunastościan, burza z baniek…

Bańki mydlane mają kilka funkcji. Przede wszystkim mają przyciągnąć uwagę i obrazować prawdy Ewangelii. Dla niektórych mogę być dziwną maskotką, z której można się pośmiać, dla kogoś innego będę kimś, kto łamie stereotyp księdza odgradzającego się na plebanii, mającego w nosie wiernych po odprawionej Mszy. Być może przekonam kogoś, że są księża, którym się chce. Niektórzy pozostaną dlatego, że jest fajnie, że jest zabawa, jest jakiś dziwak. Inni, mam nadzieję, pójdą głębiej.

 

Jest Ksiądz prawdopodobnie jedynym w Polsce, a może nawet i na świecie, kapłanem, który zajmuje się profesjonalnym tworzeniem baniek mydlanych. Co dało początek Księdza pasji?

Zaczęło się zgodnie z zasadą: dobro, które czynimy innym, wraca do nas zwielokrotnione. Po jednej z Mszy niedzielnych odprowadzałem niepełnosprawną panią do jej domu. Niedziela była jedynym dniem, kiedy wychodziła i mimo bardzo późnej pory poprosiła mnie, by pójść dłuższą drogą. Na chodniku spotkaliśmy ludzi, którzy robili bańki mydlane. Postanowiłem zrobić kilka dla owej pani, a oni zaproponowali przepis na płyn, jeśli coś od nich kupię. Tak zaczęła się moja przygoda z bańkami mydlanymi. Później ćwiczyłem ich tworzenie przy zmywaniu naczyń. Podpatrywałem w internecie, jak robią je inni, naśladowałem ich, uczyłem się o właściwościach poszczególnych płynów. Oglądając internetowe nagrania, zauważyłem, że ludzie, którzy tworzą bańki, opowiadają przy tym różne historie. Jedną z takich osób jest genialny człowiek, Tom Noddy. Zainspirował mnie tak bardzo, że nawiązałem z nim kontakt. Zapewnił mnie, że w czasie pokazów ludzie chętnie słuchają opowieści. Jedną z pierwszych historyjek, które zobrazowałem przy pomocy baniek, była opowieść o teologii małżeństwa i rodziny. Grubsza bańka – mężczyzna, chudsza – kobieta. Spotykają się. Są dzieci, czyli bańki w bańce, i tak dalej.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najczęściej czytane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI



Najwyżej oceniane artykuły