21 czerwca
piątek
Alicji, Alojzego
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Poczwórne szczęście

Ocena: 0
350

Są rodzicami trojaczków Zuzi, Tosi i Lenki oraz najmłodszej Zosi. Zanim Bóg im je dał, przeszli dużo. Czasem się zastanawiają, jak dali sobie z tym radę.

fot. arch. rodzinne Adrianny i Wojciecha Michalików

Adrianna i Wojciech Michalikowie poznali się dwadzieścia lat temu, od piętnastu są małżeństwem. Połączyły ich nie tylko wspólne wartości, ale i pragnienie założenia dużej rodziny. Oboje z takich rodzin pochodzą.

Jednak na ich wspólnej drodze pojawiły się niespodziewane komplikacje. Okazało się, że organizm Ady nie produkuje progesteronu. Kiedy zdążyli się pogodzić z myślą, że nie zostaną rodzicami biologicznymi, w ich życiu wydarzyły się cztery największe cuda. Chociaż droga do spełnienia marzeń była trudna i kręta.

 


TRZY SERDUSZKA

Stracili pierwsze dziecko w dwunastym tygodniu ciąży. To było traumatyczne doświadczenie straty i ból emocjonalny, który trudno opisać. Starania o drugie dziecko trwały dwa lata. Po wielu badaniach, przeprowadzeniu kompleksowej diagnostyki i wdrożeniu leczenia Adrianna dowiedziała się, że jest w ciąży.

Na wizycie lekarz stwierdził, że niekoniecznie jest to ciąża, ale być może „jakiś worek z płynem”. Potem poinformował, że to ciąża, ale martwa, bo nie widać bicia serca dziecka. Kolejne badanie USG wykazało, że mama spodziewa się bliźniąt, przy czym jedno serduszko bije, a drugie nie.

– Zostałam poddana wnikliwym badaniom i po nich lekarz odesłał mnie do innego pomieszczenia. Po chwili weszła salowa i zapytała, czy to ja przed chwilą byłam na badaniu USG. Odpowiedziałam, że tak. „To pani ma trojaczki?” – powiedziała. I dodała, że znalazła zdjęcia naszych dzieci w koszu na śmieci – wspomina Adrianna.

Po kilku minutach do sali wszedł lekarz. – Rzeczowo tłumaczył, że są to trojaczki, ale żyje tylko jedno, a pozostałych dwoje jest martwych. I że jest to jakiś siódmy tydzień ciąży, a do dziesiątego tygodnia nie uznaje się, że to ciąża. Jest więc jeszcze czas, aby „coś z tym zrobić”, bo przy mojej budowie ciała nawet jednego dziecka nie donoszę, a co dopiero troje. Powiedziałam, że skoro bije choćby jedno serduszko, to w ogóle nie mamy o czym rozmawiać. Wyszłam ze szpitala na własne żądanie – opowiada Adrianna.

Zaczęli się z mężem modlić, aby w ich życiu wydarzył się cud i dzieci urodziły się zdrowe. Po kilku godzinach byli już w drodze do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. Tam zaopiekował się nimi profesor, który wykonał szczegółowe badania. Ostatecznie potwierdziły one, że jest to ciąża trojacza, ale bardzo wczesny tydzień i na bicie wszystkich trzech serduszek trzeba jeszcze trochę poczekać.

 


JAK WYŚCIE SIĘ ZMIEŚCIŁY?

Kolejne tygodnie nie były łatwe. Adrianna całą ciążę spędziła w krakowskim szpitalu. Tygodniami leżała w sali, w której pacjentki zmieniały się co kilka dni.

– Nie mogłam doświadczyć radości oczekiwania na poród tak jak inne mamy. Byłam podpięta pod kroplówki z magnezem z powodu silnych skurczów macicy, które wywoływały moje trzy kruszynki swoim baraszkowaniem w brzuchu. Jedyną moją rozrywką podczas pobytu w szpitalu było spacerowanie po korytarzu oddziału z moim „przyjacielem” – stojakiem na kroplówkę – wspomina.

Wojciech wspierał żonę, jak tylko mógł. Po pracy wsiadał w samochód i jechał z Nowego Sącza do Krakowa, ponad 120 km, aby choć na chwilę się spotkać.

Wreszcie 3 lipca 2011 r., w 31. tygodniu ciąży, przyszły na świat trzy dziewczynki: Zuzia (1,5 kg), Tosia (1,3 kg) i Lenka (1,32 kg). – Boże, jak wyście się we mnie zmieściły? – to pierwsze słowa, jakie powiedziała do swoich córek Adrianna.

– Płakałam i dziękowałam Bogu za moje dzieci. Nie jestem w stanie opisać słowami uczucia, jakie się wtedy we mnie obudziło – mówi mama. – Ale jednocześnie pojawiło się mnóstwo pytań: Czy mają wszystkie paluszki? Czy są zdrowe? I czy będą żyć? Przecież tak wcześnie się urodziły i były takie maleńkie!

 


RODZICIELSKI MOUNT EVEREST

Po urodzeniu dziewczynki jeszcze przez ponad miesiąc przebywały w inkubatorach. Lekarze powtarzali, że najważniejsze jest teraz, aby osiągnęły wagę dwóch kilogramów.

– Jedynym sposobem, aby ogarnąć całą trójkę, była synchronizacja. Nauczyliśmy dziewczynki wszystko robić razem. Razem spały, jadły, razem się budziły. Pełna dyscyplina, wszystko jak w zegarku – uśmiecha się Wojciech.

Dzisiaj Zuzia, Tosia i Lena mają po trzynaście lat. Są bardzo rezolutne i samodzielne. Bardzo dobrze się uczą i co roku otrzymują świadectwo z biało-czerwonym paskiem. Każda z nich ma swoje pasje. Lenka i Tosia lubią sport, tańczą hip-hop i już odnoszą spore sukcesy. Zuzia uwielbia czytać książki i gotować. Wolny czas poświęca też nauce.

Trzy lata temu Michalikowie powitali na świecie czwartą pociechę. – Śmiejemy się, że Zosia ma cztery mamy i jednego tatę. Starsze córki angażują się w opiekę nad siostrą i lubią się z nią bawić – mówią małżonkowie.

Czy przy takiej gromadce są jeszcze chwile na małżeńskie randki? – Oczywiście! – odpowiadają jednogłośnie Adrianna i Wojciech. – Jest czas na wszystko!

Przyznają, że nie wstydzą się okazywać uczuć przy dzieciach. – Jak się kogoś kocha, to się to pokazuje i się o tym mówi – mówią zgodnie. Czują się szczęśliwi. I nie wyobrażali sobie, że życie zgotuje im aż taką niespodziankę. Ich marzeniem jest, aby razem się zestarzeć i przeżyć jeszcze wiele wspaniałych chwil.

– Jest wiele plusów posiadania wieloraczków. Choćby ten, że my ze swoimi dziećmi, kiedy były małe, nie musieliśmy się bawić ani organizować im czasu, bo one same sobie go organizowały. Ale chyba największy plus jest taki, że one zawsze będą miały siebie i będą zgranym teamem, który rozumie się bez słów. Chociaż trojaczki, tak samo jak każde inne rodzeństwo, potrafią się i kochać, i nie cierpieć. Jak wszystkie dzieci mają gorsze dni, kiedy mówią: „Dziś nie lubię Tosi, Leny czy Zuzi” – opowiadają Adrianna i Wojciech.

Mówią również, że rodzicielstwo jest dla nich spełnieniem marzeń. – To jak wędrówka na Mount Everest, tylko bez mapy – żartują.

 


MAŁE RODZINNE TRADYCJE

W każdą niedzielę rodzina Michalików idzie razem do kościoła na Mszę Świętą. Dba o swoją duchowość i pokłada zaufanie w Bożej opatrzności. Celebruje również wspólne posiłki. – Obiad czy kolacja to moment, w którym obdarzamy się zainteresowaniem, miłością i czasem. To świetna okazja do rozmowy, wysłuchania, śmiechu czy radości ze wspólnie spędzonych chwil – tłumaczą Adrianna i Wojciech.

Wraz z dziećmi co roku jeżdżą na Jasną Górę – to już ich rodzinna tradycja. Modlitwę ofiarowują za dzieci, proszą o błogosławieństwo i potrzebne łaski. Uwielbiają również spędzać ze sobą wolny czas. Kiedy tylko pogoda pozwala, w weekend pakują plecaki i idą w góry.

– Od czasu, kiedy urodziły się nasze córki, nauczyliśmy się doceniać każdy dzień. Kiedy dziewczynki były małe, przychodziliśmy wieczorami do ich pokoju, by zrobić na ich czole znak krzyża. Mówiłam im wtedy: „Dziękuję, że jesteście”. Dziś to one przychodzą codziennie po krzyżyk – wyznaje Adrianna.

Rodzice mówią, że bardzo kochają swoje córki i nieustannie dziękują za cud ich narodzin. Bo chociaż lekarze kilkanaście lat temu postawili swoją diagnozę, Bóg miał przecież dla rodziny Michalików inne plany…

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Doktor z zakresu edukacji medialnej i dziennikarstwa


redakcja@idziemy.com.pl

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 czerwca

Piątek, XI Tydzień zwykły
Wspomnienie św. Alojzego Gonzagi, zakonnika
Błogosławieni ubodzy w duchu,
albowiem do nich należy królestwo niebieskie.

+ Czytania liturgiczne (rok B, II): Mt 6, 19-23
+ Komentarz do czytań (Bractwo Słowa Bożego)



Najwyżej oceniane artykuły

Blog - Ksiądz z Warszawskiego Blokowiska

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.



Newsletter