21 sierpnia
wtorek
Joanny, Kazimiery, Piusa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Spojrzenie pełne głębi

Ocena: 0
866

Odszedł Maurice Maurin, znany jako brat Moris, francuski zakonnik, od niemal 30 lat mieszkający w Polsce. W swoim malutkim pokoju w Izabelinie koło Warszawy przyjmował setki osób. Miał 89 lat.

fot. Ludmiła Plitta

W autobiografii „Z powodu Jezusa i Ewangelii” opowiada tak naprawdę nie o sobie, ale o ludziach, których spotkał, głównie o swoich współbraciach z Instytutu Małych Braci Jezusa. Przez wiele lat mieszkał w Maroku, pełnił odpowiedzialne funkcje w zgromadzeniu. Jednym z jego przyjaciół był Jacques Maritain, francuski filozof i teolog, który po śmierci żony Raissy, u schyłku swojego życia, został przyjęty do Małych Braci Jezusa. W gronie najbliższych znalazł się później także prof. Stefan Swieżawski, z którym brat Moris rozmawiał o teologii i filozofii. Jednak całe jego życie prowadziło ku ubóstwu i prostocie. I spotkaniu Jezusa w Najświętszym Sakramencie oraz w drugim człowieku.


Polski Nazaret

„Nazaret to znaczy: więcej pokory (nie tej fałszywej, o którą nietrudno!); więcej otwarcia się na drugiego człowieka, o którym Jan Paweł II mówił, że jest drogą Kościoła; więcej ubóstwa… To po prostu przylgnięcie do Jezusa” – mówił brat Moris w jednym z wywiadów.

Do Polski przyjechał po raz pierwszy w 1978 r. – na prośbę jednego z młodych braci formującej się dopiero polskiej wspólnoty. Na stałe zamieszkał tu w 1990 r., mając prawie 62 lata. W tym wieku nauczył się dobrze mówić po polsku. Po polsku głosił rekolekcje i prowadził spotkania, które bardzo lubił. Był zresztą chętnie zapraszany – od duszpasterstw akademickich po klasztory klauzurowe. W ten sposób poznało go wielu ludzi, którzy następnie odwiedzali go regularnie w Izabelinie.

– Przyjeżdżali do Morisa bardzo różni ludzie – od intelektualistów, artystów, księży, po studentów i ludzi prostych – wspomina mały brat Wojciech, polski regionalny zgromadzenia. Wśród przyjaciół był bp Michał Janocha. On też przewodniczył Mszy Świętej pogrzebowej.

Krótko po przybyciu do Polski brat Moris zamieszkał w samym centrum trudnej warszawskiej Pragi – na ulicy Brzeskiej, gdzie żyje druga, po Izabelinie, wspólnota Małych Braci Jezusa. Chciał żyć życiem prostych, często zagubionych osób.

– Brat Moris potrafił spotkać każdego, nawet największego rozrabiakę z naszej ulicy – mówi Andrzej Rataj, sąsiad z niższego piętra. – Zachęcał młodych braci do kontaktów z ubogimi i z trudnymi rodzinami. Jeden z braci jest ojcem chrzestnym dzieci z sąsiedniej kamienicy. Dla mnie Moris był kimś bliskim, kto żyjąc między nami, mówił więcej o Bogu i Kościele niż niejeden ksiądz z ambony. Mówił nie słowami, ale zwykłą, codzienną obecnością.

– Nie chciałbym, aby Moris w pamięci ludzi pozostał postacią posągową, nieskazitelną – mówi brat Wojciech. – On by się z tym źle czuł, ponieważ uważał, że każdy ma swoje zranienia i to one czynią nas ludźmi, pomagają nam lepiej rozumieć drugiego. Moris w każdym starał się dostrzec dobro. On, który pochodził z prostej rodziny, który miał trudne dzieciństwo, był zagubiony, w pewnym momencie uwierzył, że Jezus go kocha bezinteresownie, że widzi w nim dobro. Od tej pory sam także chciał widzieć w ludziach dobro, nawet w tych najbardziej poranionych.

– Jego troska o każdego napotkanego człowieka, umiejętność słuchania innych, pokora w słowach były poruszające – wspominają Małe Siostry Jezusa. – Sam był bardzo nieśmiały i wrażliwy, także na piękno: dbał o drobne kwiatki na stole, harmonię wnętrza kuchni u braci na Brzeskiej, a potem w Izabelinie. Projektował braciom kaplice, pisał ikony.

Tancerz wierny Bogu

– Nigdy nie opowiadał dowcipów – mówi brat Wojciech – ale miał celną ripostę lub zabawną puentę. Przejawiał talent do naśladowania, niektórzy żartowali, że powinien był zostać komikiem. Urzekające było w nim to, że potrafił zachwycać się pięknem przyrody czy dobrym jedzeniem. Do później starości lubił tańczyć, bo mało kto wie, że tuż przed wstąpieniem do zakonu zdarzyło mu się nawet wygrać zawody taneczne!

– Jednak to, co szczególnie mnie w nim ujmowało – mówi brat Wojciech – to była wierność modlitwie. Kiedy kilka lat temu trafił do szpitala, lekarka wyraziła niepokój z powodu dziwnego wyglądu kolan Morisa. Były bardzo ciemne, niemal czarne. Były takie, ponieważ Moris zawsze długo klęczał na drewnianej podłodze. „Choroba zawodowa zakonnika” – mawiał.

– Utkwiła mi w pamięci jego postać na małym stołeczku przed Najświętszym Sakramentem, kiedy trwał długie godziny przed Panem, podczas rekolekcji, które dla nas głosił – wspomina jedna z Małych Sióstr Jezusa. – Zapadło mi też w pamięć proste zdanie będące istotą naszego powołania: „Na adoracji Jezus patrzy na ciebie, a potem w pracy, wśród ludzi ty patrzysz Jego oczami”. Te słowa miały moc, bo on nimi żył.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:


Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI