25 września
wtorek
Aurelii, Wladyslawa, Kleofasa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Kwadratura koła

Ocena: 4.2
1524

Czy obrona dobrego imienia Polski w znowelizowanej ustawie o IPN może być skuteczna, jeśli zawarte w niej wyjątki są niejasne?

Bunkier w Yad Vashem upamiętniający miejsca zagłady Żydów, fot. ks. Henryk Zieliński/Idziemy

Karze do trzech lat więzienia podlega przypisywanie narodowi polskiemu odpowiedzialności lub współodpowiedzialności za popełnione przez III Rzeszę niemiecką zbrodnie nazistowskie – głosi znowelizowana ustawa o IPN. Od tej zasady jest jednak wyjątek: można to robić w ramach działalności artystycznej lub naukowej. No cóż, tylko w państwie, w którym jeszcze nie przebrzmiały echa minionej epoki, można tak stawiać sprawę. Tylko w takim kontekście rozgraniczenie tego, co stanowi działalność naukową, a co nie, może być jasne i oczywiste – w Polsce stanowi o tym Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

W USA na szczeblu federalnym w ogóle nie ma odpowiednika Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Mimo tego „braku” uczelnie amerykańskie i nauka amerykańska należą do światowej czołówki. Naukowe zaś jest to, co za „naukowe” uważają uczeni – nawet jeśli w jakiejś dziedzinie stanowią nieliczne grono – a nie jakiś urzędnik.

Natomiast w Polsce wykaz czasopism naukowych ogłasza minister. Co prawda kryteria, którymi minister ma się kierować przy nadawaniu statusu czasopisma naukowego, są określone w rozporządzeniu, ale w ostatecznym rachunku decyzja leży w gestii ministra i nie ma żadnych sankcji w przypadku, gdyby pominął on jakiś periodyk. Sam fakt, że decyzja o tym, które pismo spełnia kryteria naukowości, leży w gestii władzy, winien dawać głębokie powody do obaw, ponieważ władza jest tu także możliwym oskarżycielem.


Co jest naukowe?

Ale to jest najmniejszy kłopot. Sęk w tym, że działalność naukowa w żadnym przypadku nie ogranicza się do publikacji w czasopismach naukowych. Ogromna liczba cennych wypowiedzi jest zamieszczana w seryjnych publikacjach dłuższych lub krótszych artykułów naukowych, często zwanych working papers. Już sama nazwa – w wolnym tłumaczeniu: „praca w toku” – sugeruje brak naukowości, choć często są to publikacje na najwyższym poziomie. Takie serie wydawnicze nie mają żadnego wskaźnika wpływu (impact factor), który dla naszego ministerstwa stanowi podstawowe kryterium w ocenie konkretnej pracy, zatem ministerstwo ma zupełną dowolność w uznaniu danego working paper za naukowy – lub nie.

Ale i to jest dopiero początek kłopotów. W dobie internetu rozpowszechnia się blogowanie. W Polsce tego typu wypowiedzi bardzo trudno uznać za naukowe, choćby z tego powodu, że często nie mają one „znamion naukowości”, np. rozbudowanej bazy bibliograficznej. Niemniej wielu wybitnych naukowców prowadzi blogi i tego typu ich wypowiedzi są niejednokrotnie cytowane w artykułach naukowych. Co więcej, króciutkie publikacje w prasie codziennej, np. w pismach rangi „The Wall Street Journal” czy „The New York Times”, są na wielu uczelniach wliczane do dorobku naukowego. Czy polskie ministerstwo i sądy zaliczą je do prac naukowych? Albo przypuśćmy, że ktoś w ramach pracy naukowej dojdzie do wniosków, które są w sprzeczności z zapisem ustawy, i prasa codzienna je zreferuje – czy dziennikarz to czyniący pójdzie na trzy lata odsiadki?


Która książka?

Zupełnie osobną kategorię stanowią książki – bo która książka spełnia kryteria naukowości? Czy opinia zatrudnionego przez wydawnictwo recenzenta wystarczy? Czy recenzent może mieć tylko tytuł magistra? Czy może trzeba mieć jednak doktorat albo być wykładowcą czołowego uniwersytetu? Dodajmy, że w USA nie ma stopnia naukowego doktora habilitowanego, więc w świetle polskich przepisów żaden, nawet najznakomitszy wykładowca amerykańskiego uniwersytetu nie jest samodzielnym pracownikiem naukowym.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

Autor jest profesorem ekonomii w Hollins University w stanie Wirginia, USA



Najwyżej oceniane artykuły

SALON DZIENNIKARSKI