21 maja
wtorek
Wiktora, Kryspina, Tymoteusza
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Aktor na plebanii

Ocena: 0
1257

Dziś jestem, jutro mnie nie będzie. Moja wiara to zachowanie właściwej miary, z prawdą o mnie samym.

fot. arch. prywatne Dariusza Kowalskiego

"Pieniądze to nie wszystko – tak mówią nieudacznicy, ludzie słabi, którzy nie potrafią walczyć" – wielokrotnie podkreślał Janusz Tracz, biznesmen, najbogatszy mieszkaniec Tulczyna.

Chroniony przez swoich goryli, nie liczył się z nikim, chociaż przyjmuje każdego: burmistrza, księdza, siostry zakonne, które zbierają pieniądze na konkretne cele. Janusz Tracz to najczarniejszy z czarnych charakterów polskich seriali, w którego rolę wcielił się aktor Dariusz Kowalski.

Tamta rola w „Plebanii” przyniosła mu ogromną popularność. W serialu nie było wątpliwości: jeśli zło istnieje, to nosi imię Janusz Tracz. Zresztą, czytane wspak, brzmi: Czart. Mimo że od ostatniego odcinka serialu minęło ponad sześć lat, postać Janusza Tracza ciągle żyje.

– Czarny charakter chyba łatwiej zagrać. Zło jest bardziej atrakcyjne, bardziej rzuca się w oczy, jest bardziej krzykliwe, hałaśliwe, ekspansywne, zaborcze, przez co łatwiej zwraca na siebie uwagę, a to w pewnym sensie jest istotą zawodu aktora – ocenia Dariusz Kowalski.

– Grał świetnie, był postrachem całej wsi. Chociaż wspólnych scen było niewiele. Jako babcia Józia byłam dla Tracza uprzejma, mimo że wiedziałam, jakim jest człowiekiem i jakie interesy prowadzi – śmieje się Katarzyna Łaniewska, która w „Plebanii” grała gospodynię proboszcza. – Teraz czasem spotykam Darka w kościele; zdarzało się nam razem występować podczas różnych uroczystości. Opowiadał kiedyś, że w kościele, kiedy grał jeszcze w serialu, podchodzili do niego ludzie i pytali, co tutaj robi!

„Dobry klecha to martwy klecha” – mawiał biznesmen. Potrafił recytować na pamięć całe fragmenty Pisma Świętego i jednocześnie być wyjątkowo skuteczny w walce z lokalnym Kościołem. – Rozmowa z Traczem była prawie niemożliwa – śmieje się Marcin Janos Krawczyk, który grał ks. Antka, wikariusza w parafii, na terenie której mieszkał Janusz Tracz. – Rzadko się spotykaliśmy na planie, scen wspólnych nie było wiele. Ograniczały się najczęściej do służbowego „Szczęść Boże” i uśmiechu – dodaje.

Dariuszowi Kowalskiemu jednak rola Tracza nie przeszkadza w życiu. Można go spotkać w świątyni na indywidualnej modlitwie, jest zaangażowany w życie Kościoła, a rodzina to dla niego istotna wartość. Biznesmen z Tulczyna to jego całkowite zaprzeczenie.

– Czasami ktoś gdzieś usłyszy, że przyznaję się do tego, iż jestem wierzący, i zaprasza mnie, abym przyjechał i opowiedział o swojej wierze, o doświadczeniu obecności Boga w moim życiu – mówi aktor. – Jadę i opowiadam o tych wszystkich cudach, jakich On dla mnie dokonał i dokonuje. Jemu zawdzięczam wszystko: życie, rodzinę, aktorstwo. Od Niego dostałem talent. W Nim wszystko ma sens, nawet cierpienie. Nie spuszcza mnie z oka nawet na chwilę. Kim jestem przy Nim? Dziś jestem, jutro mnie nie będzie. Moja wiara to zachowanie właściwej miary, z prawdą o mnie samym – mizernym stworzeniu, i o Stwórcy, który jest Miłością, który wydał swojego Syna, żeby za mnie umarł. On chce mnie prowadzić bezpiecznie, jak dobry Ojciec. Wiara każe mi oddać stery mojego życia w Jego ręce. On mnie tyle razy ratował z pułapek moich własnych pomysłów na życie...

– Niezastąpioną pomocą w porządkowaniu świata jest dla mnie Biblia. To życiodajne Słowo, ono mnie prowadzi, pomaga nawet w codziennych decyzjach. To Księga, która mówi o odwiecznym porządku – podkreśla Dariusz Kowalski.

– Prawdziwą zawodową przystanią jest dla mnie teatr – mówi. – Najciekawsza jest relacja, która nawiązuje się między sceną a widownią, za każdym razem inna, świeża. Lubię mieć poczucie sensu tego, co robię. Mam szczególną satysfakcję, kiedy widz po wyjściu z teatru czuje się wzbogacony, pozytywnie naładowany, albo wręcz rozładowany, bo boli go przepona ze śmiechu.

– Jako aktor – dodaje – jestem powołany do sumiennego, odpowiedzialnego wykonywania swojego zawodu, a jako człowiek i chrześcijanin jestem powołany do miłości bliźniego. Święty Augustyn powiedział, że niespokojne jest ludzkie serce, dopóki nie spocznie w Bogu. To znaczy, że tylko Boża Miłość jest w stanie zaspokoić moje pragnienia, wypełnić pustkę. Ale jest jeden warunek: muszę chcieć otworzyć się na tę Miłość, wejść w relację! Dać Mu przyzwolenie, zaprosić, po prostu oddać Mu swoje życie.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 21 maja

"Niech się nie trwoży serce wasze ani się nie lęka."

Dziś w Kościele: wtorek V tygodnia Wielkanocy
+ dzień Powszedni albo wspomnienie świętych męczenników Krzysztofa Magallanesa, prezbitera i Towarzyszy
+ Czytania liturgiczne (rok C, I): Dz 14, 19-28; Ps 145 (144), 10-11. 12-13. 21 ; J 14,27-31a.
+ komentarze Bractwa Słowa Bożego do czytań



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -