25 sierpnia
niedziela
Luizy, Ludwika, Józefa
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Pusta ściana

Ocena: 4.9
510

Jeżeli odrzucimy chrześcijaństwo, to pustkę po nim wypełnią bardziej archaiczne i brutalne religie - mówi socjolog dr hab. Michał Łuczewski w rozmowie z Michałem Komorkiem.

fot. Michał Komorek/Idziemy

Czy jest Pan katolickim intelektualistą?

Czasem mówią o mnie „katolicki socjolog”, ale tylko na Zachodzie, w Polsce – nie.

Skąd ta różnica?

W Polsce wszyscy jesteśmy katolikami, niezależnie, czy tego chcemy. Możemy nie wierzyć w katolickie dogmaty, ale nadal jesteśmy częścią katolickiej kultury. Ona ukształtowała naszych dziadków i rodziców, naszą literaturę i teatr. W Polsce nawet powietrze jest katolickie, ale rozumiemy to dopiero, gdy wyjeżdżamy na Zachód. Ja nawet gdy byłem ateistą, to byłem ateistą katolickim.

Rozmawiałem ostatnio z Krzysztofem Zanussim. Opowiadał, jak poszukiwał funduszy na produkcję „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego. Ku zaskoczeniu Zanussiego wsparcia odmówił Centralny Komitet Niemieckich Katolików, bo obraz za bardzo metafizyczny, za dużo w nim Boga. To wystarczyło. A przecież Kieślowski nie był człowiekiem Kościoła. Dekalog nie był dla niego prawdą wiary, ale prawdą kultury. Polska inteligencja na Zachodzie zawsze uchodzi za religijną. Może dystansować się od Kościoła, ale przykład Zanussiego pokazuje, że Polski nie da się zrozumieć bez Chrystusa.

Skoro tak, to dlaczego krzyż w przestrzeni publicznej wydaje się tracić zwolenników?

Rzeczywiście, dziś przypuszczono silny atak na obecność chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej. Gdyby dziś na naszych ścianach nie wisiały krzyże, to niełatwo znalazłyby się osoby chętne je wieszać.

Dlaczego?

Ze strachu. Krzyż jest znakiem zabójstwa – pokazuje, że naszego Boga zabito. To najbardziej radykalny akt wykluczenia ze społeczności. Krzyż jest też znakiem sprzeciwu wobec świata. Kościół to również znak sprzeciwu, i nie może o tym zapomnieć, bo zgubi swoją istotę. To nie dziwne, że świat chce się go pozbyć, tak jak pozbył się Chrystusa. Stając po stronie krzyża, coraz częściej stajemy w pozycji potencjalnej ofiary. Prędzej czy później „przyjdą po nas”. To nieuniknione. Tak samo jak nieuniknione było „wieszanie” Jana Pawła II.

Ma Pan na myśli spektakl „Klątwa”?

Nie tylko. Obecna dyskusja o odpowiedzialności papieża za pedofilię przyjmuje niekiedy formę „wieszania”. W Teatrze Powszechnym w Warszawie powieszono pomnik Jana Pawła II – „obrońcy pedofilów”, teraz wiesza się go w rzeczywistości. Przełamano tabu i obecna dyskusja jest tylko kontynuacją tamtego przekroczenia. Z antropologicznego punktu widzenia każdy przywódca w pewnym momencie staje się ofiarą. Spektakl „Klątwa” był symbolicznym mordem Ojca Świętego, który dla Polaków był po prostu ojcem. Zaskakujące było to, że zdarzyło się to tak późno. W Polsce Jana Pawła II zaczęto zabijać dopiero po śmierci. Uczestnicy tego procesu wydają się sobie bardzo nowocześni, ale w rzeczywistości powtarzają archaiczne gesty.

Mamy się na to godzić?

Logika wiary jest inna niż logika natury. Zgodnie z wiarą, po śmierci czeka nas zmartwychwstanie.

Ale czy to znaczy, że w ogóle nie warto bronić miejsca chrześcijaństwa w przestrzeni publicznej?

Krzyża powinniśmy bronić nie z punktu widzenia wiary, która przygotowuje nas na śmierć, ale z punktu widzenia wspólnoty obywatelskiej. Wspólnota polityczna musi zdecydować, jaka religia jest najlepsza dla zachowania jedności i pokoju. Taką religią według mnie jest chrześcijaństwo. Jeżeli je odrzucimy, to pustkę po nim wypełnią bardziej archaiczne i brutalne religie.

Jakie?

Religia archaicznego prawa i religia przekroczenia prawa.

Proszę wytłumaczyć, na czym one polegają?

Religia prawa to religia zakazów i nakazów, która porządek publiczny buduje na silnych podziałach, wykluczeniu i przemocy. Dziś tego typu formę przyjmuje niekiedy islam, który wprowadza bardzo silne granice: między Bogiem a człowiekiem, sacrum a profanum, kobietami a mężczyznami.

Druga opcja to wiara, która jest doskonałym rewersem religii prawa. Wszystko, czego religia prawa zakazuje, religia przekroczenia afirmuje. Granice stają się płynne. Nie ma różnicy między człowiekiem a Bogiem, bo człowiek stał się bogiem, sacrum jest profanowane, a mężczyzna może stać się kobietą. Wystarczy się rozejrzeć, aby zobaczyć, jak szybko nowoczesne ideologie przybierają formę tak rozumianej religii. Na czarnych marszach czy paradach równości łamane jest tabu, a między uczestnikami powstaje rodzaj kolektywnego uniesienia. Przypomina to średniowieczne karnawały, które świat przedstawiały na opak. Różnica polega na tym, że karnawał był krótkim czasem ekstazy, współczesne zaś transgresje instytucjonalizują się i stają się częścią prawa, a przynajmniej tak jest na Zachodzie.

Co w tym złego?

Nowoczesna religia przekroczenia, która nie widzi własnej religijnej natury, pozwala przełamać sztywne podziały w społeczeństwie, ale jednocześnie wprowadza niepokój, który jest naturalną konsekwencją burzenia norm. Kiedy pojawia się niepokój, zaczyna się szukanie winnego.

Gdzie?

Na pewno nie w sobie. Dla obu tych religii, religii prawa i religii przekroczenia, kozłem ofiarnym jest chrześcijaństwo. Dla islamu jest ono zbyt nowoczesne, zbyt indywidualistyczne i dekadenckie, a dla nowoczesności – za bardzo przypomina islam. Katolicy w oczach wyznawców religii nowoczesności są katotalibami.

Parodie Bożego Ciała czy Mszy stały się nieuniknionym elementem tych wszystkich karnawałowych marszów. Nie może być inaczej. Wykluczenie chrześcijaństwa jest ich ukrytym celem. Nie potrafią mu się oprzeć. Dlaczego antyklerykalni liberałowie paradoksalnie popierają antyliberalny islam? Może dlatego, że ukrytym łącznikiem między tymi dwiema przeciwstawnymi religiami jest chęć wyeliminowania chrześcijaństwa.

Gdzie w tym obrazie jest miejsce dla nas chrześcijan?

Nigdzie. O ile te dwie religie wpisane są w naturę ludzką – wszystkie społeczeństwa archaiczne łączyły w sobie elementy religii prawa i religii przekroczenia – o tyle chrześcijaństwo „nie jest z tego świata”. Chrystus każe nam robić to, co niemożliwe: kochać nieprzyjaciół i – co jeszcze trudniejsze – kochać samych siebie. To cud, że tyle lat sobie radziliśmy. Po dwóch tysiącleciach następuje apokaliptyczne przesilenie: na Zachodzie w wielu miejscach islam i religia nowoczesności wyparły chrześcijaństwo. Te religie będą silniejsze, gdyż wynikają z brutalności człowieka, a chrześcijaństwo usiłuje naszą naturę przekształcić, „przeanielić”. Chrześcijaństwo znosi prawo, ale nie po to, by je niszczyć, ale żeby je wypełnić. Nie daje gotowych odpowiedzi, ale zostawia przestrzeń do poszukiwania, rozwoju i wolności. Odrzucenie tej religii będzie dla nas zabójcze, bo sprawi, że popadniemy w jedną z dwóch skrajności. Skutki tego można obserwować już dziś.

Czyli jednak trzeba bronić krzyża.

Zanim zaczniemy bronić krzyża, chciałbym, żebyśmy zrozumieli, czym on jest. A także żebyśmy zrozumieli intencje wrogów krzyża. Rozumiem ludzi, którzy chcą zdjąć krzyż. Byłem jednym z nich. Za komuny, jako bardzo młody chłopak, śpiewałem z ogniem w duszy: „Nie zdejmę krzyża z mego serca”, a po bierzmowaniu, już w nowej Polsce, od razu go zdjąłem, i to na całe lata. Myślałem, że wiara będzie obciążeniem w realizacji siebie na wszystkich polach. Potem, dzięki mojej żonie, odkryłem – może teraz odkrywam to jeszcze mocniej – że krzyż cały czas jest. Możemy o nim zapomnieć, zdejmować go, nakładać, ale on cały czas jest. Nasze życie jest zawsze drogą krzyża. Dla mnie to jest nie tyle prawda wiary, ale empiryczny fakt. Krzyż daje nam głębszą wiedzę o życiu niż wszystkie uczone rozprawy.

I co nam mówi?

Każdy głęboki symbol daje do myślenia. Sprawia, że możemy na chwilę się zatrzymać. Krzyż przypomina nam, że prędzej czy później, weźmiemy go na swoje barki. Że możemy stać się ofiarą, ale też sprawcą. Wreszcie, że czeka nas inne, piękniejsze życie. Wobec pustej ściany takie myśli nie mogą się pojawić.

Ale to znaczy, że zdjęcie krzyża ze ściany, także ze względów religijnych, nie jest zupełnie obojętne?

Powiedziałem wcześniej, że nie broniłbym krzyży na ścianach ze względu na moją wiarę, lecz ze względu na pokój społeczny. Ale jako katolik bardzo chciałbym, żeby ten krzyż tam wisiał. Bardzo się cieszę, że Chrystus jest obecny w naszym codziennym życiu od Bałtyku do Tatr. Że niebo jest częścią naszej codzienności. To wielki dar. W jakim innym kraju moje dzieci mogłyby dorastać, gdzie krzyż byłby czymś oczywistym? Chrześcijanin jest posłany do ludzi, aby świadczyć im o Bogu. Dopomina się obecności krzyża w przestrzeni publicznej ze względu na tę misję, a nie dla własnych upodobań. Krzyż przede wszystkim nas samych powinien skłaniać do nawrócenia. I to jest najtrudniejsze.

Musimy też zaakceptować, że coraz więcej ludzi nie rozumie krzyża. Nie tylko ten symbol przestaje być zrozumiały, ale nawet intencja nawracania kogoś jest coraz bardziej obca. Tu właśnie ujawnia się ta właściwość chrześcijaństwa, o której mówiłem wcześniej. Chrześcijaństwo zostawia miejsce na refleksję i wątpliwości. Nie daje gotowych odpowiedzi. Zostawia przestrzeń na decyzję i nakazuje kierować się miłością.

 

Michał Łuczewski (1979), socjolog, dyrektor programowy Centrum Myśli Jana Pawła II. Ostatnio wydał „Kapitał moralny. Polityki historyczne w późnej nowoczesności”.
PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

NIEDZIELNY DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 25 sierpnia

"Są ostatni, którzy będą pierwszymi, i są pierwsi, którzy będą ostatnimi."

Dziś w Kościele: niedziela XXI tygodnia zwykłego 
+ Wspomnienie bł. Marii od Jezusa Ukrzyżowanego
+ Czytania liturgiczne (rok C, I): Iz 66,18–21, Ps 117, Hbr 12,5–7.11–13, Łk 13, 22–30
+ komentarze Bractwa Słowa Bożego do czytań

Lato z SalveNet - na okres wakacji proponujemy formację duchową w przystępnej formie: codziennie jeden kilkuminutowy film z cyklów prezentowanych na portalu SalveNet.



Najczęściej czytane artykuły



Najwyżej oceniane artykuły

Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -