31 marca
wtorek
Beniamina, Dobromierza, Leonarda
Dziś Jutro Pojutrze
     
°/° °/° °/°

Nieugięty biskup

Ocena: 0
2780

Zawsze skromny, jakby niewidoczny, ale wybitnie zdolny i utytułowany dwoma doktoratami po studiach na Papieskim Uniwersytecie Gregoriańskim w Rzymie – abp Antoni Baraniak, kandydat na ołtarze.

fot. arch. Bogdana Nowaka

Szczecińska archikatedra gościła go, gdy 8 września 1974 r. odbywały się uroczystości 850-lecia chrztu Pomorza Zachodniego z udziałem episkopatu Polski. Najbardziej oklaskiwano wejście prymasa Stefana Wyszyńskiego, nie zdając sobie wtedy sprawy, że za nim idzie przyszły papież i święty – metropolita krakowski kard. Karol Wojtyła.

Kilka miesięcy wcześniej, z okazji zawarcia sakramentu małżeństwa, otrzymaliśmy z żoną niezwykle starannie i proroczo zredagowane błogosławieństwo abp. Baraniaka, w którym przestrzegał nas: „dzisiejsze czasy przynoszą wiele niebezpieczeństw dla życia rodzinnego i jego spoistości. Starajcie się, aby w oparciu o prawo Boże budować wasze rodzinne życie i obowiązki wobec Stwórcy wypełniać z największą sumiennością”.

Kochał ponad wszystko młodzież, bo był salezjaninem.

Wiedzieliśmy o tym, dlatego w połowie roku 1973 udało się mi zorganizować wyjazd do Poznania z kilkunastoosobową śpiewającą grupą dziewcząt i chłopców Szmaragdowe Słowiki, którą wówczas prowadził brat Edmund Sobiś TChr, kawaler Orderu Uśmiechu.

Wsiadaliśmy do pociągu na stacji Szczecin-Zdroje do różnych wagonów, by nikt na dworcu nie podejrzewał, że jedziemy do Poznania całym zespołem parafialnym. W tamtych czasach aktywność katolickiej młodzieży była bacznie obserwowana przez Służbę Bezpieczeństwa.

W rezydencji metropolity poznańskiego powitał nas najpierw kapelan ks. Marian Przykucki, podkreślając, że spotkanie nie może przekroczyć czterdziestu minut.

Wreszcie weszliśmy do pięknej auli audiencji zbiorowych i przejęci stanęliśmy w tej historycznej przestrzeni. Wszedł ksiądz arcybiskup. Bardzo wyszczuplony, ale radosny na twarzy, jak jego ukochany – przypuszczam – święty, ks. Jan Bosko. Wygłosiłem tekst powitalny, określający cel naszej pielgrzymki, z czego ucieszył się ksiądz metropolita. Z jego postaci emanowała pokora, dobroć i życzliwość. Również miał przemówienie na piśmie, zapewne by czegoś w spotkaniu z nami nie zapomnieć. Potem podchodził do każdego, by krótko porozmawiać oraz przekazać drobne upominki religijne i słodycze. Każdy całował biskupi pierścień, nie zdając sobie sprawy, że zdobi on palec męczennika w obronie Prymasa Tysiąclecia i Kościoła w Polsce w okresie stalinowskich prześladowań religijnych 1953-1956.

Zaprezentowaliśmy kilka piosenek. Gdy arcybiskup dowiedział się, że w naszej grupie jest sześcioro rodzeństwa Jachów, zaprosił ich do osobnej fotografii. Audiencja trwała godzinę dłużej, niż to było przewidziane w programie dnia księdza arcybiskupa.

– To były nietypowe rekolekcje, ale jakie owocne! – stwierdził Zbyszek, który później został księdzem. Agnieszka z rodziny Jachów została zakonnicą, wysłaną na misje do USA. Były jeszcze inne trwałe powołania kapłańskie i zakonne powstałe pod wpływem spotkania młodzieży z pasterzem wielkopolskim, który miał wymowne zawołanie w swoim herbie: „Daj mi dusze, resztę zabierz”.

Kilka lat wcześniej mój proboszcz zafundował mi – w czerwcu 1965 r. – podróż do poznańskiej katedry, bym uczestniczył w święceniach kapłańskich wraz z kolegą ze Stargardu.

Zaraz po ósmej wprowadzono abp. Antoniego Baraniaka. Mieliśmy dobre miejsce, skąd widzieliśmy, jak metropolita ubierał się do celebry. Na zakończenie trzygodzinnego obrzędu kazanie wygłosił arcybiskup. Jego głos był przejmujący. „Tak trudno być obecnie księdzem – mówił – czyha na niego tyle niebezpieczeństw doczesnego świata”.

W jego przemówieniu dało się odczuć ogromne przygnębienie sytuacją w Polsce. Mówiąc, stał tyłem do ołtarza. Pastorału nie trzymał, lecz opierał się o niego, jakby go przygniatały ciężkie obowiązki. Stał z lekka pochylony, bardzo chudy. Na zakończenie rozdawał obrazki soborowe ze swoim błogosławieństwem. Ja też taki otrzymałem. Rozdając, był serdecznie uśmiechnięty.

Dopiero po jego śmierci, 13 sierpnia 1977 r., prymas Stefan Wyszyński ujawnił na pogrzebie, jak wielkim męczennikiem był jego dawny sekretarz i kapelan bp Baraniak. Został aresztowany wraz z Prymasem w nocy z 25 na 26 września 1953 r. Wywieziony do aresztu śledczego na warszawskim Mokotowie, przez trzy lata był poddawany brutalnemu śledztwu przez katów z Urzędu Bezpieczeństwa. W lodowatej celi, pełnej fekaliów, był przetrzymywany bez ubrania przez kilka dni, zrywano mu paznokcie. Mimo cierpień nie dał się złamać i w niczym nie obciążył Prymasa, na czym zależało komunistycznym służbom. Takie zeznania z ust kapelana umożliwiłyby wytoczenie procesu kard. Wyszyńskiemu o zdradę państwa i działalność kontrrewolucyjną.

Obecnie trwa proces beatyfikacyjny abp. Baraniaka. Z woli papieża przez ostatnie 20 lat swego życia kierował archidiecezją poznańską.

Bogu dziękuję, że było mi dane choć trochę skorzystać z łask Bożych za pośrednictwem tego wielkiego Polaka i prawdziwego bohatera narodowego, jak go nazywał sekretarz i kapelan, a późniejszy arcybiskup, ks. Przykucki.

PODZIEL SIĘ:
OCEŃ:

DUCHOWY NIEZBĘDNIK - 31 marca


Tam, gdzie Ja idę, wy pójść nie możecie.

Dziś w Kościele: Wtorek, V Tydzień Wielkiego Postu
Czytania liturgiczne (rok A, II): Lb 21,4-9; Ps 102,2-3.16-21; J 8,21-30
+ Komentarz Bractwa Słowa Bożego do czytań
+ Wielkopostne Kościoły Stacyjne
31 marca –  Parafia Najczystszego Serca Maryi (ul. Chłopickiego 2, DW-P)
+ "Ziarna Słowa" Jana Pawła II

E-WYDANIE

Tygodnik Idziemy dostępny w e-wydaniu!
Zachęcamy także do prenumeraty wydań drukowanych.

- Reklama -


Najczęściej czytane komentarze



Reklama

Miejsce na Twoją reklamę
W tym miejscu może wyświetlać się reklama Twoich usług i produktów. Zapraszamy do kontaktu.
- Materiał partnera serwisu -



Newsletter